15 urodziny Progresji: Night Mistress, TFN, 4dots i inni – Warszawa (24.11.2018)

Końcówka listopada to istny wybuch najlepszych koncertowych odsłon. Tak trzeba żyć. Okazji do gromadzenia muzycznych wrażeń wyjątkowo nie brakuje, niektóre imprezy odbywają się w tym samym czasie, więc albo trzeba dokonać trudnego wyboru, albo próbować się rozdwoić – i nie zawsze te próby spełzają na niczym, przyrzekam. Ubiegły weekend obfitował w parę eventów na stołecznej mapie, jednak pewien był ważniejszy pod kilkoma względami: warszawski klub Progresja 24 listopada br. obchodził swoje 15. urodziny, przy tej okazji poważniejsze w zamyśle wcielenie muzyków Nocnego Kochanka, czyli Night Mistress również mogli pochwalić się takim stażem, zaś jeden z najlepszych polskich materiałów eksportowych – zespół Tides From Nebula – świętował 10-lecie istnienia. Czy tego wieczoru można było wybrać inne miejsce muzycznych ekspresji? Mało tego, na deskach Progresji pojawili się fantastyczni muzyczni goście, bar serwował specjalną wersję progresyjnego piwa, na pierwszym piętrze przygotowano wernisaż fotografii koncertowej upamiętniający najlepsze koncerty w klubie, atmosfera była wzniosła, momentami gorąca i podkręcona, a innym razem zimna i melancholijna. Zapraszam do krótkiej relacji z tego fantastycznego wydarzenia!

Tytułem wstępu bardzo żałuję, że dzień przed wydarzeniem trójmiejski dark popowy skład Tranq odwołał swój występ z powodu niedomagania wokalistki. Żal, wielki żal, pozdrawiam serdecznie. Wczesny wieczór o 17.00 rozpoczął więc olsztyński zespół Traffic Junky. Propozycja od olsztynian była dość energetyczna, wcześniej nie miałam możliwości zapoznać się z klasycznie rockową, może miejscami nawet grunge’ową przeprawą muzyków. Panowie przyjemnie bujali, nie mogłam się do niczego przyczepić ani też zaczepić na dłużej czy uważniej, do tego – jak to bywa w przypadku grup otwierających duży event – publika dopiero nabierała w siłę, czyli krótko mówiąc: tłum mizerny. Niemniej jednak rozpoczęcie miłe i pozytywne. Następnie miała przyjść nawałnica. 

O warszawskiej formacji kropek, tudzież groszków 4dots [::] mogłabym wystosować elaborat, dlatego skupię się tym razem na najważniejszych aspektach, towarzyszących ich koncertowi. Przede wszystkim perkusja. Zestaw perkusyjny Jerzego Roberta Chodkowskiego już samą ilością/wielkością robi wrażenie, a co dopiero fakt, co ten człek potrafi z nim wyprawiać i jak manewrować w idealnej synergii z pulsującym basem Kamila Stankiewicza i kosmicznym soundem gitary Wiktora Jarawki. Panowie pierwszy raz gościli na scenie Progresji i widać było, że czują się dokładnie na swoim miejscu. Widziałam 4dots w paru odsłonach w małych klubach, ale to tego wieczoru rozkwitli w pełnej krasie – czuć było ich radość grania, w połowie występu pojawił się już luz i porządne dociążenie klimatu połamanymi dźwiękami. I jak oni w końcu zabrzmieli!

Wyrazy uznania dla szanownego Andrzeja Dziadka, który podkręcił kropki do świetnego wygaru. Mogliśmy usłyszeć utwory delta, alpha i nowy IX – wszystkie z live sessions, które były nagrywane latem bieżącego roku (więcej o specyfice, formach bez treści i reszcie detali w wywiadzie tu). Bardzo podobała mi się reakcja publiki, która w większości chłonęła koncert – najpierw z lekkim niedowierzaniem, może zdziwieniem, a potem z pokiwaniami głowami i wyrazami zadowolenia. 4dots [::] życzę Wam dużych scen z całego czarnego serca! Zarażajcie tą energią!

Następnie przyszła kolej na stołeczny zespół Fiasko. Rock/metal w wykonaniu tychże zawsze dobrze się kojarzył, ich “piosenki posiadają treść”, nie tracą przy tym na chwytliwości i tak dalej. Niestety pech spotkał warszawiaków na całej linii. Po pierwszym utworze pojawiły się problemy techniczne, których już do końca koncertu nie udało się poprawić. Brzmienie poległo, elektroniki zabrakło, sytuację nieco ratował fajny, mocny jak zwykle wokal Tomka Mielnika, jednak w całości wszystko zabrzmiało ostatecznie płasko i zupełnie nie tak, jak powinno. Wielka szkoda, fiasko, tym bardziej że stać Panów na dobre widowisko. Trudno, tym razem nie zagrało do końca, ale wierzę, że to był wyjątek od reguły.

Po paru minutach przerwy zainstalowali się na scenie przedstawiciele Trójmiasta w postaci zespołu Spoiwo. Totalnie inna estetyka koncertowa i repertuarowa pozwoliła szybko i skutecznie zatrzeć ślady po poprzednim wykonawcy, a przede wszystkim zrobiło się momentalnie chłodniej i klimatycznie. Do Spoiwa mam pewien sentyment, widziałam ich już parę razy przed tuzami gatunku, jaki uprawiają (post-rock w dość klasycznej postaci), jak np. God is an Astronaut czy kochani Tides From Nebula, i za każdym razem wzbudzają te specyficzne emocje – tak zwane “odpowiednie smęty dla rozdygotanej duszy” (pozdrawiam kolegę Kamila, który pierwszy raz widział zespół w akcji), przy czym szczególnie zwróciłam uwagę, po raz kolejny zresztą, na budowanie napięcia podczas pauz i “grania ciszą”. Bardzo podoba mi się ich ustawienie na scenie i swego rodzaju “taniec” gitarzystów. Niezmiennie uwagę, szczególnie wzrokową, skupia na sobie śliczna Simona Jambor na klawiszach oraz praca sekcji na linii Paweł BereszczyńskiKrzyś Sarnek, w głównej mierze w gęstszych, kulminacyjnych momentach kompozycji. Szkoda jedynie, że materiał gdańszczan z debiutanckiego wydawnictwa Salute Solitude (2015) jest już mocno ograny. Gdzie nowości, proszę szanownych? Bardzo dobry występ, bardzo dobry wstęp do kolejnej nawałnicy o niemożliwym wręcz natężeniu emocjonalnym. 

Tides From Nebula widziałam i słyszałam w bardzo wielu odsłonach. Nigdy nie zapomnę jednego z pięknych koncertów w poznańskim niewielkim Eskulapie, kiedy ktoś (nie przebaczę Ci tego Andrzeju) przekonał mnie, że Panowie pochodzą zza wielkiej wody w Ameryce i byłam święcie przekonana o tej prawdzie, po czym na mini-merchu Maciek Karbowski przemówił w mym ojczystym języku. Szok i niedowierzanie, polski zespół, proszę Państwa. Poziom jednak, jaki w ciągu tych 10 lat istnienia na scenie osiągnęli, i jaki dziś reprezentują, należy już spokojnie zaliczyć do światowego. Takiej produkcji i niemożliwie wręcz idealnie dobranej oprawy oświetleniowej nie doświadczyłam na żadnym innym koncercie polskiej grupy w tym roku (a w paru-dziesięciu zdarzyło mi się uczestniczyć). Panowie rozplanowaniem koncertu przeszli samych siebie.

Nie skupiając się na moment na wizualnych aspektach całości, które podkręcały klimat do wymiarów kosmicznych, TFN zaprezentowali świetną, przekrojową setlistę – od numerów z Aury (2009) z Shall We, Sleepmonster czy Purr, przez Earthshine (2011) z fantastycznym The Fall of LeviathanEternal Movement (2013) z przepięknym Now Run (niebieskie lasery i przytłumione światła dopełniały tak utworu, że na koniec niemal zapierał dech w piersiach) czy energicznym Only With Presence, standardowe pewniaki z Safehaven (2016) z The Lifter i We Are the Mirror, oraz debiut live z najnowszym singlem Dopamine. Tu się na chwilę zatrzymam, bo nie sposób nie wyrazić zdziwienia i zachwytu, jak ten dynamiczny, naładowany synthem kolos zabrzmiał. Publika momentalnie podchwyciła bit i cała Progresja zabujała się w taki sposób, jakiego na koncertach “tajdsów” chyba nie doznałam. Idzie nowe i wydaje się, że kierunek obierają całkiem słuszny. No, ciekawy, przynajmniej dla mnie. Na koniec przyszła pora na obowiązkowe bisy z finiszującym Tragedy of Joseph Merrick, wybuch konfetti i finalne wyjście do publiki gitarzystów Adama Waleszyńskiego i Maćka Karbowskiego. Ile razy bym tego triku nie widziała, to i tak nie mam dość! Patrzeć na tę energię, radość, rewelacyjne współgranie i piękne emocje po obu stronach sceny to najlepsze momenty koncertowe i wyjątkowe wrażenia, jakich można było doświadczyć. Panowie na koniec tradycyjnie kleknęli na scenie w szumie sustainu i tym samym zakończyli najbardziej spektakularne show tego wieczoru. Poziom-świat, powtarzam. Słowa wydają się ostatecznie kompletnie nie wystarczające, to trzeba było zobaczyć, poczuć. Fantastyczny koncert!

Ostatnim przystankiem tej muzycznej podróży po różnych stanach świadomości byli Panowie z projektem Night Mistress. Niestety nie jestem w pełni kompetentna, aby podsumować koncert heavy/power metalowej formacji ze Skarżyska-Kamiennej, gdyż nie specjalnie interesuje mnie jej repertuar, przepraszam, stoję po drugiej stronie barykady. Tym niemniej nie mogę nie docenić pełnego zaangażowania i profesjonalizmu muzyków na scenie, tu czapki z głów. Co do reszty – wybaczcie Państwo, odpuszczam silenie się na obiektywizm. Jedno natomiast, co mnie niezmiernie radowało, to fantastyczna zabawa na barze w rytm “nocnych” gitar, którą zaserwował nie kto inny, jak Marek “Prezes” Laskowski. Panie Prezesie, dziękuję za tę energię i tę cudowną air guitar! Skradł Pan show!

Po wszystkich koncertach obowiązkowo odbyło się after party, moja skromna osoba jednak przemieściła się już do innego miejsca koncertowego, by zasilić publikę innego wydarzenia, które miało miejsce w Warszawie. Kontemplacja po koncertach przyszła zatem dopiero nad ranem, by ponownie dojść do wniosku, jak muzyka wpływa na życie, jak piękną scenę mamy w Polsce, ilu profesjonalistów, pasjonatów, magików i wrażliwców. I podsumowując te 15. urodziny Progresji, jestem w stanie powiedzieć jedno: dziękuję! To klub, który najczęściej odwiedzam w ciągu roku, nigdy nie zawiodła mnie tamtejsza organizacja i z wypiekami na twarzy oczekuję kolejnych ogłoszeń koncertowych. Tytułem dygresji, podczas pogadanek pomiędzy koncertami, w trakcie których mogliśmy posłuchać m.in. różnych anegdot związanych z działalnością klubu, Prezes Laskowski obiecał, że na deskach Progresji nigdy nie zagości disco-polo. Parafrazując słynnego zabijakę Franza Mauera ze słynnego filmu – jakoś mu ufam i jakoś mu wierzę. Sto lat Panie Prezesie, sto lat Progresjo!

Do następnego!

Autorem zdjęć jest Aleksander Honc – Photocoder.pl

Joanna Pietrzak

Joanna Pietrzak

Kosmos, alternatywa, pomieszanie z poplątaniem - szukam, sprawdzam, przepadam, odkładam.
Skontaktuj się ze mną: joanna@kvlt.pl
Joanna Pietrzak

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , .