Achtung! Penisy w strefie ognia! Z wizytą w sklepie Rammsteina

Łódź. Hala Arena. 2010. – Nie da się przebić tego show! – krzyczałem do kumpla, odgarniając z twarzy i włosów kolejną porcję piany, wystrzelonej z wnętrza przemieszczającej się szynowo po całej szerokości sceny wielkiej różowej lufy „ujeżdżanej” przez Tilla Lindemanna. Chwilę wcześniej musiałem osłaniać się przed żarem płomieni buchających z nałożonego na głowę Paula Landersa miotacza ognia. – Ale daje po ryju! – żywiołowo opisywał swoje somatyczne odczucia mój koncertowy towarzysz. Ogień i perwersja. W tekstach, teledyskach, na koncertach, a teraz także w… sklepie stacjonarnym, który Rammstein otworzył w północnej części Berlina.

Często nawet mało znane zespoły, będące nierzadko jeszcze u podnóża swojej kariery, decydują się na otwarcie sklepu internetowego. Bo mają mega pomysłowe logo, nazwę albo „ryjący beret” tekst utworu czy okładkę płyty, i przy stosunkowo niskich kosztach takiego przedsięwzięcia, widzą w tym potencjał zarobkowy (na czym często korzysta „gigant mody” z jabłkiem i winogronem w swoim znaku graficznym). Merch dostępny online w przypadku dużych bandów to już standard. Ale ile zespołów udostępnia swoje produkty stacjonarnie? Już spieszę z odpowiedzią – nie mam zielonego pojęcia! Ale chyba mało. Dlatego informacja o otwarciu takiej „stacjonarki-muzeum” przez R+ zwróciła moją uwagę. Tym bardziej że akurat przebywałem w Berlinie. No i cóż, jako perwers od małego, człowiek potrafiący minutami gapić się w szybę „kominka” w oczekiwaniu na spektakularne runięcie pod wpływem żaru tego misternie wcześniej ułożonego układu drewien i drewienek, a przy tym również fan całokształtu twórczości zespołu Rammstein, po prostu nie mogłem się tam nie wybrać. Ciekawi jak było? Chodźcie do środka, albo używając słów piosenki „włóżcie bratwursta do kiszonej kapusty”…

Wilhelmsruh. Dzielnica Berlina na Pankow. Któraś październikowa sobota. Do rammsteinowej świątyni płomieni i lubieżności prowadziła dłuuuuga kolejka. Był moment niepewności, czy uda nam dostać się do środka, ponieważ sklep był czynny jedynie w godzinach 10-14, ale przepływ ludności odbywał się sprawnie. Po 45 minutach „podpełzywania”, jakoś trochę po 13.00 staliśmy już przed wejściem, wpatrując się w stalowe logo rozmiarów dorosłego fana Rammsteina (ale takiego chorobliwie otyłego). Najpierw minimuzeum na piętrze. Na antresoli 4m na 4m znalazła się większość stosunkowo małogabarytowych zużytych scenicznych rekwizytów – „mikrofononoże” różnych rozmiarów, tradycyjny i „twarzowy” miotacz ognia, pałeczki z „fontanną iskier”, spalone instrumenty,„ramię rakietowe” i inne pirotechniczne zabawki. Szczególną wesołość wśród zwiedzających budziła gablota z zestawem sztucznych penisów w stanie erekcji wraz z “okablowaniem”. To z nich podczas koncertów, przy utworze Bück Dich, po odpowiednio intensywnej stymulacji manualnej w wykonaniu Lindemanna, na publiczność, i ku jej wielkiej uciesze, tryskają litry płynu. Czy ktoś sprawdzał czy to aby na pewno woda? W internecie ejakulacyjne popisy z użyciem tych gadżetów można zobaczyć na wielu nieoficjalnych filmach (w opisie wideo na oficjalnym kanale YouTube znajduje się informacja: The LIVE AUS BERLIN – DVD is released without BÜCK DICH, since BÜCK DICH was banned). Jeden z Czytelników (dzięki!) oświecił autora, że najnowsze wydawnictwo wideo R+ zatytułowane Paris posiada wersję live tego utworu. Próźno go jednak szukać na oficjalnych kanałach zespołu.

Największym eksponatem muzeum są 3-metrowe rozkładane blaszane skrzydła. Utwór Engel, podczas którego z ich końców buchają płomienie, to jeden z najbardziej efektownych momentów show Rammsteina. Można zapozować do zdjęcia i zostać rammsteinowym aniołem. Szkoda tylko, że przycisk do uruchomienia miotaczy gdzieś schowano. Podobnie jak etykietki z cenami tych wszystkich gadżetów.

Kierunek zwiedzania (da się ogarnąć bez strzałek) prowadzi w dół – do sklepu. Pomieszczenie 8×8, a tam – oprócz (nie)typowego internetowego stuffu: zapalniczek, popielniczek, drewnianych metrów, mydeł Bück dich (tytuł utworu, tł. pochyl/schyl się), kieliszków do wódki, jak i samej wódki, figurek przedstawiających członków zespołu, zegarków naręcznych, jak i ściennych, uchwytów na tablice rejestracyjne, absolutnie wszystkich części garderoby, biżuterii, tosterów, pudełek śniadaniowych, plakatów, książek, albumów, wydawnictw płytowych – znaleźć można również lampy z koncertów Rammsteina. Cena: 10 euro. Lampy rozchodziły się jak (może już nie takie ciepłe) lampy z koncertu Rammsteina. Bo kto nie chciałby mieć w domu reflektora, który został użyty na scenie przez R+? Niby „nur deko”, ale kabel jest. Trochę prostych zabiegów elektrycznych powinno więc wystarczyć, by wskrzesić oświetlenie sceniczne legendy industrialu i chwalić się nim, kiedy znajomi zasiądą do (rammsteinowej) wódki w twoim salonie.

Mi się podobało. RammsteinShop warto odwiedzić, jeśli jesteś fanem i masz kilka wolnych godzin (dojazd z centrum wraz z oczekiwaniem i dokładnym zwiedzaniem zajął mi ok. 3,5 godziny, nie wiem jak jest teraz), tudzież mieszkasz w Berlinie lub przebywasz akurat w pobliżu sklepu. Potencjał turystyczny w tej części miasta jest niewielki, więc jeśli przyjeżdżasz pozwiedzać to przypadkowo w te okolice prawie na pewno nie trafisz. Co jeszcze warto wiedzieć? Darmowy wjazd, sklep czynny jest w większość sobót w godzinach 10-14 (na facebooku podane są dokładne daty), przy sporej liczbie chętnych w środku jest uciążliwie ciasno. Aha, stojąc w kolejce, zerknij przez szybę do magazynu. Tam Rammstein trzyma swoje największe skarby, w tym różową armatę pianową… „You’ve got a pussy, I have a dick!” lalala.

Der offizielle RammsteinStore öffnet seine Tore für alle, die gern auch offline shoppen. Hier kann jeder nach Lust und…

Gepostet von RammsteinShop am Montag, 1. Oktober 2018

Tomek Bilewicz

Tomek Bilewicz

Woodstalker, koncertowicz, fan marketingu muzycznego, języków obcych, relaksu festiwalowego, TM, MDM i NDH
Tomek Bilewicz

Tagi: , , , , , , , , , , .