Algiers, Esya – Warszawa (20.02.2020)

Hybrydy muzyczne od zawsze leżą w granicach mojego zainteresowania, szczególnie jeśli takowe działają i niosą ze sobą świeżość w sferze, w której zaczyna robić się duszno. Zatem wypowiadam słowo Algiers i już wiadomo, co mam na myśli. O fenomenie amerykańskiej formacji powiedziano już wiele, ich hybryda bluesa, gospel, rocka, a nawet industrialu intryguje i ciągle ciekawi, choć mam wrażenie, że nadal popularność Amerykanów jest stosunkowo średnia. Nie zmienia to jednak faktu, że Algiers to jeden z tych zespołów, których nie można nie zauważyć. Przy okazji najnowszego wydawnictwa There is no year (2020) dzięki Live Nation zespół zawitał do Polski, i tak, 20 lutego br., można było zobaczyć ich koncert w Warszawie w klubie… Hybrydy. Cóż, przeznaczenie?

Na początek przedsmak w postaci wokalistki i basistki o pseudonimie Esya. Niestety kompletnie nie uległam onirycznym utworom serwowanym przez artystkę. Zawodzone pieśni w dość mocno niepokojącym i zimnym anturażu niezbyt skupiły moją uwagę, toteż na takim komentarzu pozostanę – było. Frekwencja dość nikła, przy czym zdecydowanie przeszkadzały głośne rozmowy i śmiechy z tyłu sali koncertowej. Niestety wątpliwej jakości nagłośnienie zwiastowało również podobne niedostatki w przypadku headlinera….

… i przesłanki się spełniły. Od pierwszego numeru z nowego albumu Algiers coś szwankowało. Kompletnie nie było słychać gitar. Z nadzieją, że coś się poprawi dopiero przy energetycznym Unoccupied dosłyszałam bas. Mimo wszystko trzeba było poszukać plusów i próbować zatopić się w klimacie wieczoru. Rewelacyjnie nastrój tonowała setlista – energetyczny numer Void rozbujał Hybrydy  (przeszkadzały już mniej zbite dźwięki bez żadnej selektywności), by wolniejszym Blood uspokoić nieco publikę i pobujać aż do Dispossession, który znali chyba wszyscy. Wrażenie od początku do końca robił rewelacyjny wokal multiinstrumentalisty Franklina Jamesa Fishe, który wybijał się ponad instrumentarium w każdym numerze. Być może w lepszych warunkach mogłabym bardziej docenić perkusję Matta Tonga, który dwoił się i troił za swoim niemałym zestawem, czy basistę Ryana Mahana, którego ukochałam za ekspresję przy Cleveland czy bisowy The Cycle. Zabrakło mi paru ulubionych numerów, w innych mogłabym odnaleźć na nowo ich sens i piękno, starałam się jak najbardziej wykorzystać to, co klub Hybrydy mógł zaoferować. Trudno, bywa i tak, że oczekiwania zderzają się ze ścianą… dźwięku. Trzeba się jakoś pozbierać. Algiers dali radę na tyle, na ile mogli, choć w innych okolicznościach przyrody mógł to być koncert – górnolotnie rokując – wybitny. Może następnym razem.

Setlista:

There Is No Year
Walk Like a Panther
Unoccupied
Void
Blood
The Underside of Power
Old Girl
Hour of the Furnaces
Dispossession
We Can’t Be Found
Hymn for an Average Man
Cleveland
Nothing Bloomed

Bis:
Liberation
The Cycle / The Spiral: Time to Go Down Slowly
Death March

 

Do następnego!

 

Zdjęcia: Aleksandra “Krucza” Burska

Joanna Pietrzak

Tagi: , , , , , , , , .