Amon Amarth, Grand Magus, Dawn of Disease – Kraków (07.12.2016)

W minioną środę w krakowskim klubie Kwadrat miejsce miała kolejna odsłona trasy koncertowej promującej najnowszą płytę Amon AmarthJomsviking European Tour. I choć nie pałam jakimś namiętnym uczuciem do ostatnich poczynań Johana i spółki, a Amon Amarth na żywo widziałem już ładne parę razy, na koncert poleciałem ze śpiewem na ustach. Bo Szwedzi na żywo to zawsze świetne show!

Pierwszy na deskach Kwadratu wystąpił niemiecki Dawn of Disease. Niestety obowiązki zawodowe sprawiły, że pod scenę dotarłem tuż po ich występie i bardzo tego żałuję. Melodeath to jeden z moich ulubionych gatunków i obiecałem sobie solennie, że następnym razem Niemcom nie odpuszczę.

Po krótkim rozejrzeniu się po klubie stwierdziłem, że takiego tłumu i ścisku w Kwadracie nie widziałem chyba jeszcze nigdy. Na szczęście pod fosę przedarłem się tuż przed tym, jak wszedł na nią szwedzki Grand Magus.

Sztokholmskiego tercetu publice ewidentnie przedstawiać nie trzeba było. Natomiast Panowie pomimo debiutu na krakowskiej scenie, również rozpoczęli swoje przedstawienie bez oznak nieśmiałości. Podczas trwającego niecałą godzinę show Grand Magu

s zagrał dziewięć kawałków. Z ostatniej płyty usłyszeliśmy jedynie jeden utwór (Varangian), natomiast pozostałe kawałki stanowiły przekrój działalności wielkiego maga. I choć muzyków na scenie było zaledwie trzech, akcja rozgrywała się niezmiernie wartko. Nie było ani miękkich pogaduszek, ani smętnych przygrywek. Z głośników wylewało się samo ociekające krwią mięcho. Pojawiły się między innymi takie hiciory, jak I the Jury, Sword of the Ocean, Iron Will czy Hammer of the North. A wypełniona po brzegi sala bujała się w rytm tej rzezi niewiniątek. I jak tak sobie patrzyłem na ten rozentuzjazmowany tłum, odniosłem wrażenie, że to właśnie Grand Magus jest headlinerem wieczoru.

no images were found

Tylko że to nie na Grand Magusa zebrał się w środę komplet publiczności. Spora rzesza długowłosych, brodatych i uzbrojonych w rogi miłośników Odyna i Valhalli zjawiła się w Kwadracie, by zobaczyć Amon Amarth. Na szczęście Johan nie kazał im czekać na siebie zbyt długo…

Na deskach pojawili się w kolejności zwyczajowej – najpierw pałker, potem wioślarze, a na końcu On. Zaczęli od klasyków (Pursuit of Vikings, As Loke Falls), by następnie skupić się na chwilę na promowanym Jomsvikinga. Do tego krążka Szwedzi wracali zresztą jeszcze kilkukrotnie i w sumie zagrali go w przeważającej części. Na szczęście, mimo tak znacznego zakresu nowości, znaleźli czas, żeby zagrać te utwory, które wszystkim zgromadzonym grają w duszy najbardziej. Deceiver of the Gods, Destroyer of the Universe, War of the Gods, Guardians of Asgaard czy Twilight of the Thundergod stały się kierunkowskazem i hymnem wszystkich, którzy zebrali się pod sceną.

I było genialnie! Genialnie, jak zawsze na koncertach Amon Amarth, a jednocześnie znów lepiej niż ostatnio. Johan pił ze swojego rogu (ale i także z drugiego znacznie większego), i jak zwykle skracał dystans do publiczności pogaduszkami między kawałkami. Przed ostatnim utworem na scenie pojawił się z ogromnym Mjolnirem, którym z impetem uderzył w dechy. A wszystko robił z takim uśmiechem na ustach, i z taką radością i świeżością, jakby krakowski koncert był ich pierwszym w życiu, i to nie dla kilkuset fanów, a dla wypełnionego po brzegi Wembley.

no images were found

I niech za cały komentarz tego wydarzenia stanowi fakt, że podczas jednego z utworów zapomniałem, że na plecach mam plecak z obiektywami, a w ręku aparat z długą lufą i zacząłem spontanicznie skakać i machać łbem…

Taką ucztę mógłbym przeżywać co tydzień, na taki koncert pojechałbym na drugi koniec kraju i wiem jedno:  na kolejnym tournée Amon Amarth pojawię się jak amen w pacierzu. A nawet jeszcze pewniej!

Tagi: , , , , , , , .