Anthrax, Acid Drinkers – Wrocław (12.06.2019)

Ciekawa sprawa z tymi koncertami Anthrax w Polsce. Przez blisko trzydzieści pierwszych lat działalności wystąpili u nas tylko dwukrotnie, podczas gdy w ostatniej dekadzie odwiedzili nas już ósmy raz. Ostatni przystanek miał miejsce we wrocławskim klubie A2. Zanim jednak sceną zawładnęła gwiazda wieczoru, publiczność miała okazję rozgrzać formacja niezwykle zasłużona dla polskiej sceny metalowej.

O Acid Drinkers często mówi się, że preferują thrash nieszablonowy, pokręcony, nietrzymający się sztywno definicji tego gatunku, podobnie jak gwiazda wieczoru. Ponadto perkusista poznaniaków, Ślimak przyznaje, że duży wpływ na jego grę miał Charlie Benante, bębniarz Wąglika. Słowem- support wybrano niezwykle trafnie. Sam jednakże na występ Kwasożłopów nie czekałem jakoś szczególnie niecierpliwie. Nie potrafię zliczyć, ile razy widziałem ich na przestrzeni ostatnich 25 lat. Jestem nasycony i nie mieszczę już kolejnych kawałków z najczęściej ogrywanego Infernal Connection, przeplatanych Titusowymooł jeeee, ladies and gentleman, pasuje?!?!“. Niemniej jednak nawet taki malkontent jak ja musi przyznać- w środowy wieczór Acidzi rozpalili publikę do czerwoności. Są w kosmicznej formie i obchodząc w tym roku 30 lecie powstania, zdają się przeżywać drugą młodość. Łukasz “Dzwon” Cyndzer świetnie odnalazł się w kapeli,stanowiąc z Popcornem duet nie do zdarcia. Nie pamiętam kiedy po raz ostatni Barmy Army, I Fuck the Violence czy Dancing in the Slaughter-House żarło tak mocno. W numerach z debiutu brzmienie gitar miało ten charakterystyczny sound z płyty. Dzwon gorzej zaprezentował się wokalnie, ale być może podczas Blues Beatdown były jakieś problemy z mikrofonem i dlatego wypadł tak niewyraźnie. To jednak jedyny, w dodatku niewielki, minus tego koncertu. Publika, podobnie jak Acidzi, dawała z siebie wszystko. Niejedna osoba po blisko godzinnym spotkaniu z Kwasożłopami kończyła zabawę mokra, jakby wskoczyła w ubraniach do basenu.

A był to jedynie przedsmak tego, co miało się jeszcze wydarzyć. O ile podczas Drinkersów było naprawdę gorąco, to na Anthrax w klubie A2 po prostu wrzało. Moshpit (i pierwsze wywrotki w tańcu) miały już miejsce podczas puszczonego z taśmy Number of the Beast Ironów. W chwili wyjścia na scenę Scotta, Charliego, Franka i Jonathana, kiedy poczęstowali nas fragmentem Cowboys from Hell Pantery płynnie przechodząc w Caught in a Mosh, pod sceną rozpętało się piekło. Widząc to, dzierżący mikrofon Joey Belladonna, strofował fanów mówiąc:”Spokojnie, nie szalejcie tak bardzo“. I mimo że mówił to z przekąsem, oddaje to, co się tego wieczora działo. Fani po prostu zwariowali. Śpiewali nie tylko teksty, ale i niektóre melodie (Be All, End All, Antisocial), a ścian śmierci i moshpitów nie sposób zliczyć. Pomiędzy utworami domagali się dokładki (co chyba Scott Ian skomentował “eee, napier…what?“). Podkreślam szampańską i dziką zabawę pod sceną, bo to ona często buduje klimat występu, ale co oczywiste, najważniejsza była muzyka.Tu komplementy pod adresem Anthrax także cisną się na usta same. Brzmieli potężnie, grali na luzie i z wielką radością.
Scott wspominał, że pamięta koncert we Wrocławiu sprzed trzech lat, kiedy supportowali Iron Maiden. Wtedy też fani zgotowali im świetne przyjęcie. Joey znów udowodnił, że mimo blisko 60 lat na karku, brzmi jakby nadal miał przynajmniej trzy dekady mniej. Po raz kolejny udowodnił także jak charyzmatycznym jest frontmanem. Szukał kontaktu z fanami, zagadywał, komentował, naśladował te reakcje fanów, które najbardziej mu się podobały. Również Frank Bello zagrzewał publikę do jeszcze większego wysiłku. 

W secie dominował oczywiście album Among the Living, przeplatany dość świeżymi Evil Twin oraz In the End z ostatnich dwóch wydawnictw, a także oczywistymi hitami ze Spreading the Disease (Madhouse, Medusa) czy State of Euphoria (wspomniany Be All, End All). Z tego ostatniego krążka grupa zaprezentowała także Now It`s Dark, odświeżony po blisko trzydziestu latach! To był jedyny rarytas w setliście tego wieczora i jeśli szukać czegoś, do czego można się przyczepić, to byłoby to właśnie uparte trzymanie się oczywistego repertuaru. Bardzo bym chciał, aby Anthrax przypomniał sobie o istnieniu albumów nagranych z Johnem Bushem. Może i są mniej znane (albo inaczej- sprzedały się gorzej niż klasyczne pozycje z lat 80.), ale znajduje się na nich mnóstwo wspaniałej muzyki. Gdyby nawet jednak przyjąć, że okres z Johnem to zamknięty etap i nie warto wracać do tych piosenek, to jak wytłumaczyć brak czegokolwiek (no, oprócz coverowego Got the Time) z Persistence of Time? Ale dość już szukania dziury w całym. Uczciwie trzeba przyznać, że koncert był świetny, pełen energii i doskonałej zabawy, wypełniony ponadczasowymi klasykami. Mam wrażenie, że niektóre zespoły na żywo nie potrafią się nawet na chwilę zbliżyć do poziomu, jaki Wąglik prezentował przez pełne 90 minut.

Tagi: , , , , , , .