As I Lay Dying – Warszawa (11.12.2018)

Gdy świat obiegła historia o niedoszłym zleceniu przez Tima Lambesisa zabójstwa swojej ex-żony, byłem pewny, że As I Lay Dying wraz z liderem bezpowrotnie trafią na śmietnik historii.

Niemałe było też moje zdziwienie, gdy okazało się, że skruszony wokalista AILD otrzymał od społeczeństwa drugą szansę, wyszedł za dobre sprawowanie z więzienia w połowie odsiadki, pogodził się z ziomkami z bandu i postanowił kontynuować swoją wesołą, muzyczną działalność.

Wiedziony na poły ciekawością (jak prezentuje się zespół z tak niecodziennym bagażem doświadczeń) na poły sentymentem (As I Lay Dying to obok starszego oblicza Parkway Drive nieliczni przedstawiciele sceny metalcore, których płyty szczerze lubię) postanowiłem zawitać do Warszawy w dość mroźny i paskudny wtorkowy wieczór i na własnej skórze przekonać się, co do przekazania ma (jeszcze do niedawna pogrzebana w świadomości fanów i funkcjonująca na całkowitym marginesie sceny metalowej) grupa.

Opóźnienia busa na trasie Toruń – Warszawa, obsuwy “szybkiej” kolei miejskiej i jeżdżące całkowicie poza rozkazem warszawskie tramwaje pozwoliły mi zlądować w Proximie dopiero na zamknięcie krótkiego koncertu drugiego supportujacego band na trasie Bleed From Within (którzy mimo awarii transportowej ostatecznie zdołali zaakcentować swoją obecność na warszawskim przystanku tour).

W dość gęsto wypełnionym klubie pozostało mi więc czekać na gwiazdę wieczoru, która pojawiła się na scenie stołecznego klubu po kilkunastu minutach od mojego przybycia.

Zaczęli z wysokiego C swoimi najpopularniejszymi utworami – set składał się głównie z numerów z An Ocean Between Us (An Ocean Between Us, Forsaken, Within Destruction, The Sound of Truth) i Shadows Are Security (Meaning In Tragedy, Through StruggleThe Darkest Nights), pojawiły się akcenty z Frail Words Collapse (Forever), The Powerless Rise (Condemned, Anodyne Sea) i Awakened (A Greater Foundation) oraz powrotna (będąca formą rozliczenia się z przeszłością) kompozycja My Own Grave.

Tim Lambesis przekonywał co rusz, jak wdzięczni i szczęśliwi za możliwość powrotu na scenę są członkowie zespołu, dziękował za przyjęcie i bił się w pierś, deklarując wewnętrzną przemianę. Można jednak było odnieść wrażenie, że fani i bez tego nosiliby frontmana AILD na rękach, kompletnie nie zważając na jego nieciekawą przeszłość. Raz po raz pojawiający się na scenie, gotowi do stage divingu ludzie, hugi, selfiaki, uśmiechy na twarzach – słowem zabawa w Proximie rozkręciła się na maksa praktycznie od samego początku. Skoczna i pełna groove muzyka Amerykanów pozwoliła kilkukrotnie rozbujać całkiem solidny circle pit, a sama publika ani na moment nie odstawała, żywiołowo reagując na sceniczne poczynania grupy z San Diego.

I wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie totalnie położone brzmienie (nie da się ukryć, że Proxima kojarzy się często z fatalnym nagłośnieniem) – gitary i wokal zlewały się nieraz w jeden potok tak rozproszonego dźwięku, że wiedza, który kawałek kapela gra w danym momencie pochodziła wyłącznie z wcześniejszej zapowiedzi Lambesisa. A szkoda, bo tajemnicą nie jest, ze muzyka AILD obfituje w ciekawe melodie i instrumentalne popisy, które na żywo mogły wypaść zdecydowanie lepiej.

Wszystkiego jednak mieć nie można, najważniejsze, że balet pod względem atmosfery i energii udał się znakomicie. Koncert zakończył 3 utworowy bis (Nothing Left, 94 Hours, Confined), po którym grupa przy akompaniamencie oklasków i podziękowań pożegnała się ze zgromadzoną publika. Po udanym powrocie na scenę pozostaje czekać na to, co tam kapela wydłubie w studiu, licząc, ze nowy krążek ukaże się w jakimś w miarę rozsądnym czasie.

Photos by Wiktoria Wójcik

As I Lay Dying (11.12.2018 Warszawa, Poland)

Synu

Synu

Fan szeroko pojętej muzyki gitarowej. Z wszelkich szuflad i gatunkowych etykiet.
Napisz do autora: synu@kvlt.pl
Synu

Tagi: , , , , , , .