Baroness – Kraków (28.10.2019)

Nie pamiętam kiedy ostatnio zdarzyło mi się być na klubowym koncercie, na którym nie byłoby chociaż jednego supportu grającego przed headlinerem imprezy. 28 października br. dane mi było uczestniczyć w jednym z dwóch polskich przystanków europejskiej trasy promującej najnowsze wydawnictwo zespołu Baroness, podczas którego Amerykanie byli jedyną atrakcją wieczoru. Wydarzenie to odbyło się dzięki agencji Live Nation. Koncert miał miejsce w krakowskim Kwadracie, natomiast dzień później muzycy udali się do Warszawy, gdzie pełnili rolę supportu Duńczyków z Volbeat. O ile studyjnie nowe dziecko amerykańskiej ekipy zatytułowane Gold & Grey na łopatki mnie nie powaliło, materiał z tej płyty w odsłonie na żywo wypadł o niebo lepiej. Zapraszam na relację z tego wydarzenia!

Po zameldowaniu się w znanym mi wzdłuż i wszerz Kwadracie, udałem się do stoiska merchowego Baroness. Niestety, znaczna większość trasowego ekwipunku została już wyprzedana, łącznie z ekskluzywną wersją winylową płyty Purple, która stanowi smakowity kąsek dla kolekcjonerów. Muzycy zaczęli swój występ punktualnie o 20:30. Nielicznie zebrana publiczność powitała ekipę Johna Baizleya gromkimi oklaskami, po czym ze sceny popłynęły pierwsze dźwięki dobrze wszystkim znanego A Horse Called Golgotha. Rozentuzjazmowana czwórka muzyków płynnie przeskakiwała od utworu do utworu, nie marnując czasu na zapowiedzi czy rozmowy z publicznością. Koncertowy szlagier w postaci March to the Sea wprowadził zebranych pod sceną ludzi w ekstazę. Absolutnie nie trzeba było ich zachęcać do wspólnego śpiewania czy też skakania w rytm energicznie pulsującego, galopującego basu Nicka Josta. Amerykanie rozpędzali się z każdym kawałkiem. Utwory z niedawno wydanego Gold & Grey wypadły zaskakująco dobrze. Nigdy jednak nie podważałem ich potencjału, ale produkcja tej płyty jest moim zdaniem całkowicie nietrafionym pomysłem. Fantastycznie odegrane Seasons i przede wszystkim instrumentalny Can Oscura wywarły na mnie ogromne wrażenie, a zrozumienie i bezbłędna współpraca członków zespołu to coś, co obserwowałem z podziwem i nieudawaną radością. Fantastyczna gra świateł odpowiednio odzwierciedlała barwy kolejnych albumów, z których odgrywane były piosenki. Jak wszyscy bowiem wiedzą, pięć dotychczasowo wydanych płyt Baroness kontynuuje chromatyczną serię mniej lub bardziej konceptualnych wydawnictw. Dopiero w połowie setu Baizley zdecydował się na pierwszą tego wieczoru pogadankę, którą zwieńczył anegdotą na temat Krakowa. Lider Baroness oznajmił, że zespół na obecnej trasie zdecydował się odwiedzić kilka miast, do których jak do tej pory nie udało mu się zawitać. Swoją decyzję motywował tym, że chciał dotrzeć do tych fanów, którzy nie mieli jeszcze szansy obserwować swoich idoli na żywo. Każde zdanie Baizleya wywoływało aplauz i aprobatę publiczności, która – rozgrzana do czerwoności energią emanującą ze sceny – nie mogła się doczekać kolejnych utworów. Klimatyczna, perfekcyjnie odegrana Eula wzruszyła poszczególnych członków publiki, natomiast przebojowy Shock Me uzyskał chyba najzagorzalszy tego wieczoru okrzyk aprobaty ze strony fanów zebranych pod sceną. Set właściwy muzycy zakończyli kapitalnym The Gnashing z mojego ulubionego albumu od Baroness, a mianowicie Blue Record. Baizley i wciąż stosunkowo nowa gitarzystka Gina Gleason bawili się grą na swoich instrumentach. Ich duet stanowił niekończące się źródło energii przez cały czas trwania koncertu; momentami nie mogłem oderwać wzroku od tej dwójki, która wydaje się rozumieć doskonale nie tylko na scenie, ale także poza nią. Po wybrzmieniu ostatniego dźwięku Gnashing, muzycy opuścili scenę, wcześniej jednak ogłaszając zamiar rychłego powrotu. Jak powiedzieli, tak też się stało i moment później dało się słyszeć ciężki riff monumentalnego The Sweetest Curse. Bis Baroness to niesamowita sprawa – trzy utwory, które dosłownie oczarowały krakowską publiczność. Kapitalny Isak, czyli jedyny setlistowy przedstawiciel debiutanckiej płyty Amerykanów, wgniatał w parkiet swoim ciężarem, a dobrze każdemu znany hymn Take My Bones Away został zgodnie przez wszystkich odśpiewany. Muzycy Baroness byli ewidentnie poruszeni i zachwyceni odbiorem swojego występu, a jak później napisali na swoim instagramowym profilu – dzwonienie w uszach od hałasu publiczności pozostało z nimi na długo. Doprawdy wspaniały wieczór, okraszony niespełna dwiema godzinami świetnej muzyki i niepohamowanej energii – czego można chcieć więcej?

Set Baroness:

A Horse Called Golgotha
March to the Sea
Borderlines
Seasons

Green Theme
Tourniquet
Can Oscura
Front Toward Enemy

Eula
Little Things
If I Have to Wake Up (Would You Stop the Rain?) / Fugue
Shock Me
Morningstar
The Gnashing
——————————
The Sweetest Curse
Isak
Take My Bones Away 

Duet gitarowy Baizley & Gleason

Z tego miejsca serdecznie dziękuję agencji Live Nation za solidną organizację oraz ponowne sprowadzenie Baroness do Polski – koncertów tego zespołu nigdy zbyt wiele! Wszystko grało znakomicie, a moją jedyną obawą była frekwencja, która – bądźmy szczerzy – nie wprawiła nikogo w osłupienie. Niemniej jednak, nie ilość a jakość ma znaczenie, i ten koncert doskonale potwierdził tę regułę. Jeżeli chodzi o nagłośnienie, to byłem bardzo mile zaskoczony klarownością i jakością dźwięku, z którymi w krakowskim Kwadracie różnie bywa. Tego poniedziałkowego wieczoru jednak wszystko ze strony technicznej stało na bardzo wysokim poziomie, co bezsprzecznie stanowi powód do radości. Odskocznia od ekstremalnego metalu bardzo dobrze mi zrobiła, a sceniczna energia Baroness przesiąknęła mój układ nerwowy na dobre. Dyskografia amerykańskiej grupy zagości w moim odtwarzaczu na dobrych parę miesięcy wprzód, i mam nadzieję, że w przyszłym roku znów uda mi się wybrać na ich koncert. Ode mnie to już wszystko, mam nadzieję, że Wam również się podobało. Do następnego, cześć!

 

Autorką zdjęć jest Monika Zabielska.

Tagi: , , , , , , , , , , , .