Beyond the Gates – Bergen, Norwegia (21 – 24.08.2019)

Środa, 21.8

Dla zwolenników black metalu, którzy po tegorocznych letnich festiwalach wciąż czuli niedosyt, znakomitą alternatywą było norweskie Beyond the Gates. Ósma edycja festiwalu została jednocześnie pierwszą, podczas której impreza została wydłużona do czterech dni, od środy do soboty obiecując fanom gatunku rozrywkę i doświadczenia najwyższej klasy.

Beyond the Gates festival report in English version

Do najciekawszych festiwalowych przeżyć należały koncerty w Hulen – jaskini służącej dawniej za bunkier, a od lat 60. pełniącej funkcję wyjątkowej sali koncertowej. Wieczór w niecodziennej lokalizacji rozpoczął się od występu Imha Tarikat, niemiecko-tureckiego duetu, który dość prostymi, ale efektownymi kompozycjami zdobył sympatię tłumu.

Ritual Death okazali się festiwalowym odkryciem i porządną rozrywką przed Watain
Grany przez kapelę z Trondheim black metal bezlitośnie gnał naprzód, nie biorąc żadnych jeńców. Ponadto w tak złowrogim, ciężkim materiale zespołu wywarło na mnie wrażenie, z jaką łatwością wpleciono w muzykę Ritual Death dyskretne klawisze.
Artyści zadbali też o wizualny aspekt występu – wokalista spędził cały koncert z twarzą i szyją zasłoniętą czarną chustą, zakładając na wierzch maskę wykonaną ponoć z ludzkiej czaszki – czy autentycznej, czy z odlewu, pozostawiono domysłom widowni. Zgromadzonym fanom pozostało już jedynie czekać na pandemonium, jakie Watain mieli rozpętać na scenie.

Płonące tuż pod odwróconym krzyżem dziesiątki świec, ochlapane krwią zwierzęce głowy i sztandary z wizerunkiem wilka – nie było wątpliwości, że szwedzka wataha przygotowała coś wyjątkowego na koncert w dawnym bunkrze. Potwierdził to wybór utworu Legions of the Black Light jako pierwszego na wieczornej setliście. Na pierwszy ogień (gra słów zamierzona) poszła właśnie ośmiominutowa kompozycja dedykowana Jonowi Nödtveidtowi – i to nie bez powodu, gdyż w tym roku mija 13 lat od samobójstwa muzyka Dissection.


Wśród koncertowego repertuaru znalazły się również starsze dokonania zespołu i z mroków przeszłości przywołano Walls of Life Ruptured, My Fists Are Him oraz niezastąpione On Horns Impaled. Muzyka rodem z zaświatów porwała zgromadzony tłum i nie wypuściła ze swoich szponów aż do finałowego, monumentalnego niczym demoniczna katedra Casus Luciferi, przy którym naprawdę można było poczuć niesamowitą moc bijącą od granych przez hordę z Uppsali utworów.
Watain opuścili scenę, pozostawiając po sobie zgliszcza w klubie i płomień w sercach zagorzałych fanów.

 

Czwartek, 22.8

Festiwal wymagał od uczestników dobrej organizacji i pogodzenia wędrówek po mieście z koncertami. Bergen ma wiele do zaoferowania, w tym będące wizytówką miasta nadbrzeże Bryggen (wraz z założoną przez Gaahla galerią Fjalar), górę Fløyen z poprowadzoną na szczyt kolejkę czy ikonę podpaleń kościołów w Norwegii, znany Fantoft. Wielu festiwalowiczów z pewnością udało się również na Lille Markeveien 5 i Ibsensgate 45 (adresy domów, w których przebywał Varg Vikernes) i oczywiście do Grieghallen, gdzie Eirik „Pytten” Hundvin czuwał nad produkcją albumów między innymi Mayhem, Burzum, Gorgoroth oraz Emperora.

W związku z moimi wędrówkami na występ Norwegów z Obliteration przyszłam nieco spóźniona. Chociaż ominęły mnie pierwsze grane przez death metalową kapelę kawałki, załapałam się na takie koncertowe niszczyciele jak Goat Skull Crown i zaciekle galopujące naprzód Detestation Rite.

Islandzka horda Svartidauði doskonale sobie poradziła z promowaniem nowego wydawnictwa Revelations of the Red Sword. Padająca na scenę krwistoczerwona poświata w połączeniu z tnącymi głośniki riffami i udręczonym growlem nadała wyjątkowego klimatu ich najnowszym kompozycjom. Wcześniejszy materiał Svartidauði również znakomicie się sprawdził, czego dowodem było istne trzęsienie ziemi w postaci The Perpetual Nothing.

Jako następny scenę przejął Behexen – a w zasadzie opętał, urzekając widownię swoją hipnotyczną muzyką. Wokalista Hoath Torog z autentycznym przejęciem wyrzucał z siebie teksty utworów, omiatając publikę półprzytomnym wzrokiem osoby bez reszty oddanej swojej pasji.

Po ciekawostce, jaką dla wielu był oszczędnie koncertujący Behexen, na deski festiwalowej sceny wkroczyli weterani z Marduk. Artyści mający na koncie imponującą ilość zagranych koncertów i tym razem zagrali z iście bojowym duchem i właściwą ich repertuarowi wściekłością. Mortuus zachęcał fanów do skandowania, wykrzykiwania tekstów utworów, wznoszenia pięści, słowem – do uczestniczenia w koncercie i wyniesienia z tego przeżycia najwięcej. Kolejny triumf dywizji znanej jako Marduk.

Na wielki finał pozostawiono Mayhem, którzy zaanonsowali swój występ jako „Demon anthology”.
Nie ukrywam, że brzmiało to intrygująco po trasach poświęconych kultowemu De Mysteriis Dom Sathanas, podczas których artyści niekoniecznie zarażali fanów energią sceniczną, a klasyczne utwory odgrywali, przeważnie stojąc w miejscu z posępnym wyrazem twarzy.
Beyond the Gates było jednak szansą na zobaczenie zespołu z całkowicie innej strony.
Jeśli uczestnicy festiwalu nie zostali kupieni już na The Vortex Void of Inhumanity i Ancient Skin, znakomite To Daimonion pulsujące złowieszczą energią pochłonęło publikę bez reszty. Efekt był miażdżący, a Mayhem serwowali muzyczny cios za ciosem – zarówno na nieco nowszym materiale z wydawnictw Chimera czy Wolf’s Lair Abyss, jak i nieśmiertelnych klasykach z De Mysteriis Dom Sathanas.
Przetaczający się przez widownię szum nie pozostawiał wątpliwości, że Mayhem śmiało można zaliczyć do najlepszych koncertów na Beyond the Gates. Jeśli ich nadchodzący album Daemon ma emanować podobną zaciekłością, to chyba czas zacząć odliczać dni do ukazania się wydawnictwa!

Piątek, 23.8

Chociaż środa i czwartek rozpoczęły się od występów stanowiących świetną rozgrzewkę przed headlinerami, festiwalowy piątek nie został otwarty z podobnym przytupem, a prezentowany przez zespoły materiał nie okazał się dla mnie muzycznym objawieniem. Niewątpliwym plusem było jednak rozruszanie tłumu przez Varathron, którzy „południowym” i melodyjnym brzmieniem helleńskiego black metalu wzbudzili żywą i entuzjastyczną reakcję publiki.

Z kolei Horisont stanowili swoistą odskocznię od black metalowego klimatu ze swoim repertuarem inspirowanym rockiem z lat 70., ale nie zapisali się w pamięci niczym szczególnym. Ich materiał, lżejszy i pogodniejszy niż repertuar jakiegokolwiek innej festiwalowej kapeli, lepiej sprawdziłby się na wczesnym występie w czwartek zamiast piątku, gdy zniecierpliwienie tłumu oczekującego Emperora oraz Primordial niemal sięgało zenitu.

Następny w kolejce był Arcturus, który zapowiedział set składający się z najstarszych kawałków zespołu. Atmosferyczny metal był więc przesiąknięty symfonicznymi wpływami, a zaciekła perkusja przeplatała się z melodyjnymi partiami klawiszy. Instrumentalistom nie można było niczego zarzucić, jednak ICS Vortex spisał się nieco gorzej. Wokaliście zabrakło scenicznej charyzmy, gdy przykładowo podczas dłuższych instrumentalnych pasaży jedynie stał na scenie, patrząc przed siebie i sprawiając wrażenie trochę zagubionego. Ponadto głos ICS Vortexa niestety nie był w najlepszej formie, łamał się i często zwyczajnie nie wyrabiał. Choć tak symfoniczna wariacja na temat ciężkiej muzyki do mnie nie przemawia, to wielu fanów nie mogło spokojnie ustać i po prostu dobrze się bawiło.

Władcą wieczoru został, słusznie zresztą, legendarny Emperor. Zespół zaprezentował set oparty na ich drugim albumie, Anthems to the Welkin at Dusk, który od ponad dwóch lat grany w całości na żywo wciąż zachowuje nieodparty urok i przyciąga rzesze fanów. Wkrótce na scenę skąpaną w zielonym świetle wkroczyli artyści, aby uraczyć widownię ostatnimi dźwiękami Al Svartr (The Oath) płynnie przechodzącym w Ye Entrancemperium. Nie zabrakło przepełnionego entuzjazmem skandowania i śpiewającego tłumu, któremu Ihsahn wielokrotnie dziękował.
Wysłuchanie monumentalnego Anthems… na żywo było niesamowitym przeżyciem, a niezmordowani muzycy po odegraniu „zielonego albumu” w całości dodatkowo zachwycili widownię bisami w postaci Curse You All Men! oraz pochodzącymi z ich debiutu The Majesty of the Nightsky, I am the Black Wizards i Inno a Satana. Doskonały set, którym Emperor po raz kolejny pokazał klasę.

Majestatyczny, przesycony norweskim mrokiem występ Emperora poprzedzał Irlandczyków z Primordial. Po ekipie z Alanem “Nemtheanga” Averillem na czele można się było spodziewać autentycznych emocji przełożonych na muzykę oraz przejmującego lamentu nad burzliwymi losami Irlandii. Tak więc przejętej widowni dane było usłyszeć ulubieńca tłumów Where Greater Men Have Fallen czy pełne tragizmu As Rome Burns ze starannie skomponowanym pejzażem dźwięku. Nie obeszło się oczywiście bez The Coffin Ships, niemal dziesięciominutowego molocha poruszającego między innymi tematykę klęski głodu w dziewiętnastowiecznej Irlandii.

 

Sobota, 24.8

Po mocnym zakończeniu piątkowego wieczoru organizator zadbał o rozpoczęcie festiwalowej soboty równie uderzającą dźwiękową nawałnicą.
Necros Christos rozpętali na scenie death metalowe piekło, a przy okazji udowodnili, że wściekłość, w jaką opiewa ich muzyczny dorobek, nie musi być równoznaczna z monotonną młócką. Było konkretnie i brutalnie, a kiedy tempo momentami zwalniało, muzycy po mistrzowsku budowali napięcie i wracali do bezkompromisowego grania.

Serię black- i death metalowych występów przerwał koncert Lucifer, wprawiający w zachwyt już na początku. Stoner rock/doom (lub jak określiła to wokalistka – satanic rock) w ich wykonaniu nieźle namieszał w składzie festiwalu przepełnionego ekstremalnymi odmianami metalu. Namieszał w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa i zbudował hipnotyzującą, wciągającą bez reszty atmosferę.
Wokal fenomenalnej Johanny Sadonis sprawdzał się zarówno w melancholijnych, podszytych mistycyzmem kompozycjach, tutaj za przykład niech posłuży Faux Pharaoh, jak i w tych bardziej dynamicznych, jak chociażby Anubis. Fantastyczny występ, po którym pozostaje jedynie czekać na występ Lucifer podczas tegorocznego Summer Dying Loud

Jedynym zespołem, który na Beyond the Gates przybył aż zza Atlantyku był Midnight.
Ich nieokiełznany, dziki black’n’roll od razu podchwyciła publika – czy to headbangując podczas wykrzykiwania tekstów, czy rzucając się w szalejący pod sceną kocioł.

Kontrastem dla szaleńczej nawalanki serwowanej przez amerykańską grupę byli Candlemass wraz z ich epickim doom metalem. W festiwalowym składzie należeli do zespołów z najdłuższym stażem, ale bez trudu wykrzesali z siebie energię, jakiej nie powstydziłyby się młodsze kapele. The Well of Souls już na wstępie wciągało niczym studnia bez dna, przenosząc publikę w muzyczną przeszłość. Bardziej wyraziste oblicze doom metalu zawitało na deski klubu wraz z Mirror Mirror, a jako utwór ze swego najnowszego materiału Szwedzi zagrali klimatyczne i ciężkie niczym tytułowa bestia Astorolus – The Great Octopus. Solitude przyćmiło jednak grane wcześniej doomowe hymny. Kompozycja stanowiła tak wspaniałe zakończenie koncertu, że na samo wspomnienie wciąż mam ciarki.

Niestety zdecydowanie mniej wspaniałe było uświadomienie sobie, że po Candlemass zagra już tylko jeden zespół. Jaki ostatni występował Abbath, a Calm in Ire (of Hurricane), czyli ścieżka rozpoczynająca album Outstrider, została również „otwieraczem” ich koncertu. Akustyczne intro wprowadzało w dźwiękową zamieć, jaka wkrótce miała miejsce na scenie. Charakterystyczny zimny klimat, wyraziste riffy i oczywiście sceniczne popisy Abbath, zachęcającego publikę do skandowania i klaskania, zdecydowanie przypadły do gustu przybyłym na koncert fanom.
Show (i moje czarne serce) skradła jednak Mia Wallace, basistka występująca z zespołem na żywo – czysta energia, jaka towarzyszyła jej na scenie, była wprost zaraźliwa. Konkluzja jest jedna – słuchacze, którym przypadł do gustu najnowszy album wydany pod szyldem Abbath, na pewno nie będą zawiedzeni nadchodzącą trasą Olve i spółki – zwłaszcza że na tych koncertach dołączą do nich 1349 oraz Vltimas.

Beyond the Gates nie przestaje pozytywnie zaskakiwać. Wydarzenie to nie tylko koncerty, ale też panele dyskusyjne, listening sessions, wystawy – wszystko sprawia, że festiwal ma własną, ożywioną atmosferę. Ponadto połączenie zasłużonych w scenie metalowych formacji z zespołami czekającymi na rozgłos jest mistrzowskie, bo z jednej strony zapewnia występy z najwyższej półki, z drugiej daje możliwość na dokonanie wielu muzycznych odkryć. Podobnymi koncertowymi objawieniami dla wielu uczestników były lokalne zespoły, które poza rodzimą Norwegią występują rzadko albo w ogóle.
Po tak znakomitym składzie z ręką na sercu przyznam, że ciężko byłoby zebrać lepsze zespoły na kolejną edycję. Z drugiej strony, jeśli jakikolwiek festiwal jest w stanie zebrać równie mocny skład, z pewnością będzie to Beyond the Gates w roku 2020.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .