Blindead, Castle – Poznań (28.10.2016)

Nie ma co ukrywać, że cholernie czekałem na ponowną możliwość obejrzenia Blindead w Poznaniu. Poprzedni występ, na scenie w Eskulapie, bodajże niemal dwa lata temu, był więcej niż świetny. Do tego w międzyczasie zaszły perturbacje personalne w kapeli, wyszła nowa płyta, jednym słowem trochę się działo. Zatem jak padło info, że Blindead zagra w październiku, nie pozostało mi nic innego, jak zakreślić datę koncertu i czekać.
W międzyczasie chyba zaszła zmiana lokalizacji, bo ostatecznie koncert odbył się w nowej odsłonie – nie bójmy się tego określenia – kultowego U Bazyla. Nie ukrywam, że właśnie u wspomnianego Bazyla teraz dzieją się najfajniejsze rzeczy Poznaniu. Nareszcie też mają szansę dobrze zabrzmieć. Ale po kolei.

Najpierw tzw. support, czyli nieznany mi dokładniej Castle, którego pojawienie się było dla mnie totalną niespodzianką. Po części udaną, wszak takiej porcji metalu głęboko zakorzenionego w latach 80-tych, w dodatku żywiołowo zapodanego, trudno zignorować. Momentami słyszałem w tym nawet Budgie, a i Metallica gdzieś tam pobrzmiewała. I bynajmniej nie za sprawą koszulki gitarzysty Castle.
Żywiołowa liderka, zarazem basistka stanowczo wzbudzała zainteresowanie. Już z daleka było doskonale widać burzę włosów, a zaraz potem słychać świetny wokal. Do tego żywiołowo wspierający ją – również wokalnie – gitarzysta i czujny perkusista. Słowem ciekawa propozycja na dobry koncert. Castle zagrali solidny set, za co należą się im zasłużone brawa. Zespół zagrał naprawdę długo. Według niektórych nawet za.
Pytanie, jakie mi się nasunęło, czy publika Blindead jest otwarta na takie dźwięki, jakie zaprezentowało trio z Castle? Albowiem z entuzjazmem na ich występ tu już było różnie. Trudno. Ja mogę rzec, że było to ciekawe doświadczenie. Niemniej supporty z poprzedniego koncertu Blindead (tj. Moanaa, MOAFT) wspominam jako bardziej adekwatne. Teraz tego stylu czy też emocji nieco mi zabrakło.

no images were found

Co zabawne, z racji słabego osłuchania nowego materiału z Ascension (raptem 5-6 razy), ciężko mi się jechało na koncert Blindead. Na szczęście już pierwsze tony muzyki twórców Ascension wybiły m te durnoty ze łba.
Pierwsze wrażenie: kapela w świetnej formie! oraz szybka refleksja: czy byli kiedyś w innej??? Blindead bez żadnego zbędnego wstępu odegrał set oparty wyłącznie o kompozycje z nowej płyty. Z jednej strony ryzykowny manewr, z drugiej strony swego rodzaju wyraźny manifest, że oto jest nowe. Nowa płyta, nowy wokalista. Pieprzyć sentymenty.
I tu przyznam kapeli rację. Ten monolit, porcja nowego materiału, to było jak soniczny trans. Tu właściwie mogę rzec, że na pewno utwory z Ascension prędko staną się stałymi kawałkami w koncertowym repertuarze, bo taki Hunt to dla mnie obecnie must play każdego koncertu! Sam utwór jest wręcz brutalny momentami. Stanowi ożywczy moment, i to nie tylko na tle całej płyty. Daje kontrast wrażeniu pewnej delikatności, stanowczo pogłębionego przez akustyczne czy klawiszowe pasaże.

Utwory płynnie przechodziły w kolejne. Sama kapela oszczędna na scenie świetnie nadrabiała muzycznym przekazem. Dodam, że perfekcyjnie odegranym. Z należytym pietyzmem, ale i nieodzowną koncertową werwą.
To, jak odgrywa swoje partie Konrad na swoim skromnym zestawie zawsze mnie zachwyca. Wówczas nawet melancholijne fragmenty nabierają nowego odcienia. Facet gra równo jak automat, a zarazem niezwykle żywiołowo. O reszcie zespołu można się wypowiadać tylko w samych superlatywach.

Tymczasem… kapela zeszła. Pierwsza reakcja: nie! Kuźwa, gdzie oni idą!? Wrócili! I pięknie przypomnieli wcześniejsze kawałki, kończąc jakże wieloznacznym utworem A7bsence. Wszak na koncertowym albumie Live at Radio Gdańsk wspierał ich nieobecny już wśród nas Piotr Grudziński. Teraz ten utwór ma dla mnie dodatkowy ładunek emocjonalny. Czegoś, co bezpowrotnie minęło, a zarazem zostało zaklęte na płycie.

Błogosławię wszelkie czynniki, które sprawiły, że obecnie klub U Bazyla ma nową siedzibę, bo koncert Blindead był konkretnie nagłośniony. Nie było ani przez moment problemu z czytelnością, czy selektywnością dźwięku. Może światła mogłyby być nieco lepsze. Ale to stwierdzam teraz, szukając na siłę wad.
Jedynym irytującym epizodem podczas występu Blindead było wyłączenie się lapka i w efekcie połowa jednego utworu była bez slajdów. Żaden to de facto problem, ale nie rozumiem, dlaczego nikt z obsługi nie pomógł perkusiście? Wszak na ekranie wyświetlił się komunikat o niskim poziomie baterii. Wystarczyło tylko podłączyć komputer do sieci. Na szczęście – nomen omen – energii nie brakowało za to samej kapeli. Blindead mogli być stanowczo zadowoleni z reakcji publiki, bo po każdym utworze byli konkretnie nagradzani brawami.
Zresztą sama publiczność była dosyć statyczna, ale to obecnie jakiś chory standard. Irytujący zwłaszcza, gdy widzę, że część ludzi sobie robi fotki na tle kapeli, wrzucając statusy, zamiast uczestniczyć w koncercie. Ich problem, a raczej strata, bo Blindead jak zawsze pokazało wysoką formę.
Odpowiadając na koniec na najważniejszą niewiadomą: nowy wokalista… Ano właśnie. Powiem tylko, że ja jestem hiper kontent. Piotr ma własną manierę, idealnie się wpasował w klimat starych kompozycji, nadając im swój styl, nowe zaś genialnie wykonał.

Co do drugiej części występu Blindead, wystarczy jeżeli wspomnę, że wrócili, by zagrać stare kawałki? Nie? To dodam, że wtedy mogłem się zreflektować, że świetny koncert może być jeszcze lepszy. Kawałki z Aflliction czy z Absence za każdym razem sprawdzają się na deskach. Pomijam, że reakcja ludzi na znane utwory była jeszcze żywsza. A po koncercie pogadałem chwilę z Mateuszem, czyli Havoc’iem i Bartoszem. Do czego zresztą wrócę przy okazji publikacji pełnego wywiadu.

Reasumując: jeden z najlepszych koncertów w roku 2016 stał się faktem.

Podziękowania dla Doroty Jeśmontowicz za zdjęcia.
http://fotodora.blogspot.com/

no images were found

 

Tomasz

Tomasz

Jako totalne beztalencie muzyczne mogłem zostać tylko internetowym krytykantem, tfu, recenzentem. W wolnych chwilach nabijam kabzę spekulantom sprzedającym płyty CD.
Tomasz

Tagi: , , , , , , , .