Blindead i inni – Warszawa (11.12.2016)

I nadszedł grudzień. Czas dziwny i szaleńczy, bo wszystko dookoła przypomina, że święta, że ślepy konsumpcjonizm, że „ho ho ho”, że za chwilę koniec roku i podsumowania. Z racji tegoż, mobilizacja koncertowa bywa cienka, ale nie w przypadku takiego sortu muzyki lepszej jakości jak Blindead! Po wydaniu tegorocznej płyty „Ascension” (recenzja) trochę zmęczyły mnie dywagacje na temat zmiany wokalisty, pójścia taką drogą czy inną, i ciągłe mielenie tematu, która płyta jest lepsza/gorsza. Przyszedł najwyższy czas, aby sprawdzić na własnych uszach nową odsłonę Blindead, ho ho ho!

Najpierw jednak dwa supporty – przed headlinerskim występem na deski warszawskiej Progresji zawitali Panowie z Sautrus i skład Lonker See. O ile pierwszy zespół mnie nieco rozruszał (i rozbawił), o tyle drugi…zdziwił, a może zaciekawił. Dwa końce biegunów.

No to ruszamy. Sautrus zaczęli swój koncert zgodnie z rozpiską o 19.20. Charyzmatyczny wokalista Weno Winter wezwał publikę okrzykiem godnym wikinga, ale nie nordycki klimat Panowie zgotowali. Trochę się tu pojawiło klasycznego acz sformatowanego rocka, zaczerpnięć bluesa, trochę stonera, dziwacznych wokaliz, ale jednak złożone całościowo dosyć smacznie. I ten wokalista – look niczym Beetlejuice. Wszystko fajnie, jeśli coś za tym idzie. A tu szło – krokiem Jacka Sparrowa. Uwielbiam, kiedy muzycy całkowicie oddają się swojej interpretacji sztuki i tu – nieco psychodeliczna muzyka + taneczne (?) ruchy Wintera – wszystko mi się ze sobą zgodziło. Nie wrócę do tego repertuaru, ale miło było doświadczyć takiego występu.

no images were found

 

Lonker See – kolejny zespół i znów ciekawe stylizacje, zarówno muzyczne, jak i sceniczne (gitarzysta Bartosz “Boro” Borowski wystąpił w pidżamie i prawidłowo). Lonker See to muzyczna hybryda z Gdyni. Hybryda, bo dzieje się w ich muzyce tak wiele, że nie sposób jednym zdaniem o nich opowiedzieć. I to właśnie pokazali, i niech to będzie zachętą. Niby jazzowo, sporo improwizacji (jak sądzę) i jeszcze więcej psychodeli. Duże wrażenie zrobiła basistka Asia Kucharska – wątła, niepozorna, a zwróciła szczególnie moją uwagę, może nawet bardziej niż ukochany saksofon w wykonaniu tuza Tomasza Gadeckiego. Czy był to jednak dobry support dla Blindead – sprawa dyskusyjna. Headliner chyba zwyczajnie przyćmił swoich kolegów, bo z występu Lonker See nie jestem w stanie przypomnieć sobie żadnej melodyki. A może o to chodziło? Żeby ich częściej sprawdzać? Spróbuję na pewno.

no images were found

 

Kiedy nadszedł moment wejścia na scenę Blindead, Progresja wypełniła się tłumem. Obowiązkowo w czarnych koszulach, wyprasowani, skupieni, rozpoczęli swój występ nie czym innym, a utworem Hearts z ostatniej płyty. Wybór świetny, bo intro idealnie wprowadziło w blindeadowy klimat. Celowo nie sprawdzałam wcześniej setlisty granej w innych miastach, żeby odczuć repertuar z jakimś zaskoczeniem. I niespodzianka była – Panowie się nie rozdrabniali i zagrali cały materiał z Ascension. Oczywiście przeczuwałam, że skoncentruję się głównie na “nowym”, jednak Blindead jest zespołem kompletnym i każda “składowa” tego kompletu jest godna uwagi. Konrad Ciesielski i jego perkusja to miód nad miody, ale zasmucił mnie brak ulubionego basowego Matteo Bassoli, którego zastąpił Michał Zybert. Gitary Mateusza Śmierzchalskiego i Marka Zielińskiego nie pozostawiły złudzeń – Blindead jest w świetnej formie! Za to jeśli już mowa o wokalu – Piotra Piezę widziałam pierwszy raz na scenie (gdzie Pan był wcześniej, że nie zdążyłam się jeszcze zakochać?) i jestem kupiona bez dwóch zdań. Już w utworze Hunt pokazał pazur, na który chyba wszyscy czekali. Wastelands to spokojniejsza odsłona i większa emocjonalność. A przy Fall wzrok wariata i opętańczy krzyk, który przyprawił o dreszcze. Cały występ zgrany był pięknie z wizualizacjami i oprawą oświetleniową. Prawdziwe jednak przysłowiowe ciarry przyszły z utworem Ascend, który zakończył set. Bisy, wiadomo, były obowiązkowe, bo publika absolutnie nie chciała odpuścić.  I tu muszę się zatrzymać w cukrowaniu. Nie od dziś wiadomo, że artyści, którzy czują się dobrze w swoim repertuarze, wiarygodniej go, powiedzmy, sprzedadzą. W przypadku bisowych S1 (płyta Absence, 2013) i So It Feels Like Misunderstanding (płyta Affliction XXIX II MXMVI, 2010) odniosłam wrażenie, że Piotrowi jest trudniej wejść w te buty. Tym bardziej że w S1 pojawiły się potknięcia wokalne i zwróciłam uwagę, że nie był z nich – delikatnie mówiąc – zadowolony. Skwituję to jednym słowem – bywa. Nie zawsze będzie idealnie, nie zawsze o to chodzi. To jest sztuka, to jest ciężka praca, to jest specyficzny wymiar emocji, którym publika się podda lub nie. Ja jestem po tej uległej stronie, i sądzę że większość “starych” i “nowych” fanów też. Koncert oceniam jako niezapomniany, piękny i najprościej rzecz ujmując – w stu procentach warty przeżycia.

Do następnego!

 

no images were found

 

Joanna Pietrzak

Joanna Pietrzak

Kosmos, alternatywa, pomieszanie z poplątaniem - szukam i sprawdzam. W końcu jesteś tym, czego słuchasz.
Joanna Pietrzak

Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , .