Body Count – Kraków (27.06.2018)

O koncertową formę Body Count byłem spokojny. Płyta Bloodlust spełniła oczekiwania fanów i dostarczyła przynajmniej kilka kawałków, które można wziąć jako wzorzec rap metalowego grania – mocnego, kąśliwego, z ważnym społecznym przekazem, dobrze wyprodukowanego, a jednocześnie niepozbawionego odrobiny szorstkości i brutalnej siły. A skoro dysponuje się tak świetnym nowym materiałem, to od razu gra się inaczej. Dzięki temu na krakowskim koncercie, który odbył się 27 czerwca, nie było rozdźwięku między kawałkami i klasykami z lat 90..

Publika zebrana w klubie Studio równie żywiołowo reagowała zarówno na wyjątkowo licznie prezentowane wałki z debiutu Body Count (1992), jak i mocarne „świeżaki”. Te pierwsze zabrzmiały jeszcze ciężej niż na płycie (której produkcję ząb czasu troszkę już nadszarpnął, mimo klasycznej zawartości), drugie pokazały szlachetny, rap metalowy sznyt i udowodniły witalność tej formuły grania. Może nawet więcej chciałoby się tych nowości? Skoro wyszła tak dobra płyta, to chyba nikt nie miałby nic przeciwko. Dobry przepis na sukces mówi, że należy rozpocząć od trzęsienia ziemi. Cover Slayera Raining Blood / Postmortem nadaje się do tego znakomicie, a takie właśnie preludium zaserwowała nam ekipa z LA. A że klasyk w postaci Bowels of the Devil podtrzymał odpowiednią temperaturę w rap metalowo/hardcore’owym kotle, to potem było już z górki, zwłaszcza że atmosfera szybko zrobiła się luźna i niezobowiązująca – muzycy byli uśmiechnięci, uskrzydleni żywiołowym odbiorem.

Gdy Ice-T wziął się na początku za przedstawianie zespołu, zapomniał o niewielkim wzrostem, ale wielkim duchem i jakże ważnym dla ekipy Ernie’m-C. Wyszło całkiem zabawnie, gitarzysta przypomniał o sobie dosadnie, a publika wyręczyła mistrza ceremonii, skandując ksywkę współzałożyciela Body Count. Wesołych momentów bratających ze sobą zespół i publikę było zresztą więcej: Ice-T zachęcał wszystkich do moshu, jego syn – i koncertowy hypeman w jednej osobie – na koniec skoczył w tłum, a Ernie-C bawił się swoją gitarą oraz ogólnie dokazywał, uśmiech nie znikał z twarzy basisty, Vincenta Price’a, który błyszczał nie tylko z powodu świecącej się na srebrno okleiny instrumentu. Ogólnie świetna zabawa – i na widowni, i na scenie. No właśnie, było dość luźno, bez nadęcia, można by rzec – rodzinnie (i to dosłownie, bo w klubie pojawiło się w sumie kilku członków rodziny rapera, w tym małżonka z najmłodszą latoroślą). Nie brakowało jednak zaangażowanego przekazu i ważkich treści. Ice-T nie omieszkał poinformować wszystkich co sądzi o aktualnym rezydencie Białego Domu, a także przejawach rasizmu, zachęcał w końcu do pokazania środkowego palca służbom mundurowym (Cop Killer). Nie mogło to dziwić – w końcu element polityczny i społeczny był zawsze wiodący w twórczości zespołu.

Najważniejsza była jednak muzyka – energetyczna, pełna pasji, zagrana z zaangażowaniem. Z przekrojowej setlisty chyba największe wrażenia zrobiły na mnie takie kawałki jak Voodoo, There Goes the Neighborhood czy Talk Shit, Get Shot, wszystkie zagrane w drugiej części występu. Może Body Count się rozkręcał, może skonstruował tak setlistę, a może u mnie apetyt rósł w miarę konsumowania scenicznej energii? No, ale przecież nic nie można było też zarzucić wykonaniu takich kawałków jak Drive By, Manslaughter czy No Lives Matter – i co ważne, nie było słychać, że dzieli je ćwierć wieku. Stare numery ostatecznie wypadły świeżo, nowe pokazywały niesłabnący potencjał tej ekipy. No i współczesny skład naprawdę daje radę – Juan of the Dead i Ill Will doskonale wpisują się w klasyczny styl grupy, a weteranom wciąż nie brak sił. Wszystko tu do siebie pasuje, choć nic nie przebije scenicznej energii Ernie’go. Trudno też uwierzyć, że Ice-T, prekursor gangsta rapu, podpora rapowej sceny z LA, to już sześćdziesięciolatek i dziadek. Może nie rzuca się po scenie jak młodzieniaszek, ale w pełni panuje nad tłumem.

Bisy nie obyły się bez małego performance’u, doskonale wpisującego się w luźny charakter gigu. Frontman stwierdził, że muzycy i tak nie zejdą ze sceny, bo zwyczajnie są leniwi, ale żeby nacieszyć się owacją, nakazał zgasić światło, pozwalając publice na żywą reakcję. A potem Body Count podkręcił atmosferę na maksimum. Cover Suicidal Tendencies (Institutionalized), ze zmienionym tekstem, który ekipa niedawno wypuściła z zabawnym teledyskiem jako luźny singiel, nie pozwalał emocjom opaść. Nie mogło zabraknąć genialnego w swej prostocie, chyba najbardziej charakterystycznego kawałka grupy, Born Dead, z aktualizowanym tekstem (“Born Poland… Born Dead!”). Publiczność dziarsko skandowała wraz z zespołem, a numer ten dopisuję śmiało do listy „to trzeba było usłyszeć na żywo, i w końcu się udało”. Singlowa rzecz z nowej płyty This This Is Why We Ride dopełniła całości w sposób wyśmienity.

Zebrani mogli sobie przypomnieć, jak to w latach 90. bywało, a że większość publiki doskonale pamiętała te czasy, koncert Body Count idealnie sprawdził się jako wehikuł czasu, choć muzyka i treść tych piosenek są wciąż aktualne.

P.S. Nie wypada zapominać u suportach, zwłaszcza że wypadły bardzo dobrze i doskonale wpisały się w charakter występu Body Count. Bez bicia przyznam się, że nie znałem dotychczas ich twórczości, więc nie wypada się silić na wnikliwe analizy. Ale zarówno wrocławskie rap metalowe Cloud 9, jak i Belgowie z Powerstroke, grający crossover z różnymi z ciekawymi wpływami, Europie wstydu nie przynieśli a wręcz przeciwnie! Koniecznie sprawdźcie ich nagrania, a jeśli w okolicy zdarzy się kiedyś ich koncert, to można walić jak w dym. Solidna dawka energii gwarantowana. Ja bawiłem się przednio.

Fotografie Łukasz MNTS Miętka

Galeria zdjęć Łukasza z tego koncertu

Setlista Body Count

Paweł Lach

Paweł Lach

Od dłuższego czasu pisuje o muzyce (i nie tylko) dla różnych portali. Nie słucha latynoskiego folkloru, a poza tym jest w stanie popróbować wszystkiego.

http://lach.kf-oswiecim.net/
Paweł Lach

Latest posts by Paweł Lach (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , .