Brutal Assault 2018 – Jaroměř (08-11.08.2018)

23. edycja czeskiego festiwalu Brutal Assault była dla mnie wydarzeniem wyjątkowym. Po pierwsze, był to pierwszy metalowy spęd z prawdziwego zdarzenia, którego miałem sposobność być częścią, a po drugie, obejrzałem pokaźną ilość zespołów, na których koncerty czekałem dobrych parę lat. Przez cztery dni udało mi się zaobserwować pełne koncerty ponad 30 grup, co jak na event, podczas którego występy odbywają się o tej samej porze na dwóch scenach znajdujących się na przeciwległych końcach festiwalu, jest dobrym wynikiem. Wydarzenie, które co roku odbywa się przy murach obronnych malowniczej twierdzy Josefov w czeskim mieście Jaroměř zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Niewykluczone, że sierpniowy event na stałe zagości w moim kalendarzu. Tymi oto słowami wstępu zapraszam do zapoznania się z moją relacją z Brutal Assault 2018.

Festiwal w dużej mierze sprostał wymaganiom organizacyjnym, które wbrew pozorom nie są najłatwiejszą sprawą do ogarnięcia. Na dużą ilość pozytywnych aspektów przypada zaledwie kilka minusów. Zacznijmy może od tych drugich – główną wadą, która rzuciła mi się w oczy, był brak wodny pitnej ogólnodostępnej dla wszystkich uczestników festiwalu. W pełni rozumiem, że nie jest łatwym zadaniem udostępnienie wody dla mniej więcej 15 tysięcy osób, które w tym roku odwiedziły twierdzę Josefov, ale przy niemalże czterdziestostopniowym skwarze wypadałoby jednak zadbać o najważniejsze ludzkie potrzeby. Woda kosztowała około 25 koron na każdym stoisku w obrębie festiwalu. I choć do jej ceny przyczepić się nie można, to jednak, by ją zdobyć trzeba było uzbroić się w nie lada cierpliwość. Kolejki do oficjalnych stoisk festiwalu, na których sprzedawane były alkoholowe trunki wraz z lemoniadą i wodą były bardzo długie, i żeby napić się łyku życiodajnej cieczy czasem trzeba było czekać aż pół godziny. Czy nie łatwiej byłoby zaopatrzyć się w źródełka, z których każdy mógłby częstować się krystalicznym szczęściem? Do dziś nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie, ale może w przyszłości uda się tę sprawę rozwiązać. Punkty 2 i 3 na mojej liście wad tegorocznej edycji Brutala nie są już tak wysokiej wagi. Na miejsce festiwalu przybyłem wielce rozradowany, jednakże mój zapał został ostudzony chwilę po przejściu przez bramki ochronne. Na odebranie akredytacji i najważniejszych dokumentów zmuszony byłem czekać aż 40 minut, jako że czynne było tylko jedno okienko (z przeznaczonych na to trzech) w biurze akredytacyjnym. Z tego powodu przegapiłem występ rodaków z Obscure Sphinx (czego niesamowicie żałuję), a także niemalże spóźniłem się na gig genialnego Armored Saint. Ostatnią niedogodnością były wiecznie zamknięte punkty zwrotu kubków festiwalowych. Mimo że sprawa ta może wydawać się niezwykle błaha, to jednak gdy tych kubków trochę się nazbierało i w końcu chciało się odzyskać trochę grosza na inne festiwalowe atrakcje, na specjalnym okienku ciągle widniał napis „Przepraszamy za niedogodności, wracamy za 30 minut”. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby tylko te czeskie 30 minut nie trwało około 10 godzin. Cóż, nie można mieć wszystkiego, a lista wad festiwalu w porównaniu z jego zaletami jest jak twórczość Iron Maiden – jakieś tam pomniejsze potknięcia przy szerokim zakresie kapitalnego materiału. Trudnym zadaniem byłoby wymienienie wszystkich jasnych punktów festu, więc skupię się na najważniejszych z nich. Pochwalić trzeba przede wszystkich system Cashless. W tym roku absolutnie cały teren festiwalu był obsługiwany przez Cashless, przez co 23. edycja Brutala zapisała się w historii jako ta innowacyjna. Głównym zadaniem systemu było przede wszystkim ułatwienie przeprowadzania wszystkich transakcji na terenie eventu. Dzięki niemu płatność gotówką w ogóle nie miała miejsca, co znacznie usprawniło korzystanie z usług. Mimo że początkowo niektórzy uczestnicy narzekali na działanie systemu, ja nie miałem z nim żadnych problemów. Co więcej, jestem z niego niezwykle zadowolony i uważam, że Cashless powinien zostać wprowadzony na wszystkich większych wydarzeniach tego rodzaju. Nagłośnienie na obydwu dużych scenach było bardzo dobre, a w przypadku kilku zespołów wręcz bezbłędne. Bogaty oficjalny merchandise zespołów wraz z niezliczonymi stoiskami z płytami, koszulkami i tym podobnymi były rajem dla uczestników. Bardzo dobre piwo (Kozel) w całkiem przystępnej cenie, smaczne jedzenie (choć zdarzały się mniej satysfakcjonujące wpadki), a także w większości miła i komunikatywna obsługa. Włodarze Brutala rozwiązali odwieczny problem (przynajmniej męskiej części populacji) z toi toiami. Koniec z kolejkami sięgającymi aż po horyzont, na festiwalu praktycznie wszędzie można było znaleźć rynny czy też czterostronne kolumny, w których można było załatwić swoje potrzeby. Taka mała rzecz, a jak cieszy! Na koniec warto pochwalić kolejny fajny pomysł organizatorów, a mianowicie „zestaw Brutalowicza”, czyli mój własny termin na festiwalową książeczkę i smycz, do której przypięty był plan, rozkład godzinowy i mapa całego festiwalu. Drodzy Organizatorzy, ukłony z mojej strony! Co tu dużo mówić, byłem pod wielkim wrażeniem organizacji i punktualności, z jaką przebiegał festiwal już od samego początku i tak zostało aż do ostatnich chwil spędzonych w twierdzy Josefov. Przejdźmy zatem do relacji z koncertów zespołów podczas 23. edycji Brutal Assault. A że grup tych było ponad 30, proszę usiąść wygodnie, zaopatrzyć się w coś do picia i uważnie śledzić lekturę.

DZIEŃ 1 – ŚRODA

Moja przygoda z festiwalem rozpoczęła się wraz z ww. koncertem amerykańskiej grupy Armored Saint. Jest to jeden z zespołów, które widniały na mojej koncertowej liście już bardzo długi czas. Ekipa dowodzona przez legendarnego wokalistę Johna Busha dostała tylko 40 minut, podczas których zaprezentowała przekrojowy set, składający się z ośmiu utworów. Amerykanie pokazali się z bardzo dobrej strony, jednakże ich występ był stanowczo za krótki. W czasie trwania jednej z kompozycji Bush wspiął się na konstrukcję sceny i właśnie z niej wyśpiewywał słowa piosenki. Ach, jaki ten facet ma głos! I pomyśleć, co by było, gdyby to właśnie on został głosem Metalliki przed wydaniem Master of Puppets! Podsumowując, Armored Saint zagrali wspaniały koncert i wielka szkoda, że włodarze festiwalu postanowili przydzielić im tak mało czasu. Już nie mogę się doczekać mojego następnego spotkania z ekipą z Los Angeles.

Ani Steve ‘N’ Seagulls, ani Comeback Kid nie zdołali przykuć mojej uwagi na dłużej niż 15 minut, dlatego też podczas setów tych zespołów wybrałem się na przechadzkę po terenie festiwalu. Chwilę po godzinie 19.00 poszedłem zobaczyć występ meksykańskiej (a przynajmniej taki był początkowy zamiar) Brujerii, czyli zespołu, który albo się kocha, albo nienawidzi. Ku memu zdziwieniu, koncert ekipy Juana Brujo okazał się jednym z lepszych na całym festiwalu! Brujerię widziałem już na wspólnej trasie z Napalm Death i Power Trip, ale szczerze mówiąc, ich klubowy koncert był bardzo przeciętny. Tutaj jednak grindcore’owcy porwali publiczność, która bezustannie moshowała pod sceną. Cóż to był za koncert! Wyrazy uznania z mojej strony. Duży plus przede wszystkim za oparcie setu na płycie Raza odiada. Zdecydowanie jeden z bardziej barwnych występów tegorocznego festiwalu.

Po The Black Dahlia Murder spodziewałem się więcej. Nie dość, że set nijaki (grupa kompletnie zignorowała materiał z takich płyt jak Ritual czy Everblack), to jakoś i energii nie było. Ekipa zdecydowanie lepiej wypada na koncertach klubowych. Szkoda, bo bardzo lubię posłuchać chłopaków w zaciszu domowym. Nie spisuję Amerykanów na straty, ale też nie mogę powiedzieć za wiele dobrego na temat ich występu na Brutal Assault 2018.

Wreszcie dane mi było zobaczyć weteranów death metalu, a mianowicie grupę Cannibal Corpse. Panowie spisali się znakomicie, a niestrudzony wokalista grupy George ‘Corpsegrinder’ Fisher przez bitą godzinę uczył fanów, co to znaczy headbanging. Oprócz klasycznych i wiecznych kawałków grupy (Hammer Smashed Face, Make Them Suffer czy też zagranego z wokalistą TBDM Stripped, Raped and Strangled ) na duży plus wybrzmiały utwory z najnowszej płyty zespołu o tytule Red Before Black. Chyba muszę wrócić do ostatnich dokonań grupy, ponieważ nowsze utwory brzmiały zaskakująco dobrze w wersji live. Long live the Cannibals!

Chwilę przed godziną 23.00 ogromny teren przed sceną główną wypełnił się po brzegi. Nic dziwnego, skoro za chwilę na scenie miał pojawić się fenomen współczesnej sceny metalowej, a mianowicie francuska Gojira. Co tu dużo mówić, był to jeden z najlepszych – o ile nie najlepszy występ tej edycji Brutal Assault. Francuski kwartet zaprezentował się perfekcyjnie. Co więcej, nagłośnienie ich występu było wprost bezbłędne! Nigdy nie byłem świadkiem tak świetnie wykonanej roboty! Panowie od realizacji dźwięku, czapki z głów! Efekty pirotechniczne towarzyszące grze Francuzów również były nie z tej ziemi. Perfekcja w każdym detalu, ale czego innego można było spodziewać się po koncercie ekipy, która od dobrych paru lat jest na absolutnym topie. Oczywiście, mógłbym nieco pogrymasić, ponieważ nie był to mój wymarzony set (brak Oroborusa, The Gift of Guilt czy też The Art of Dying), ale powszechnie wiadomo, że Francuzi wciąż promują swój najnowszy album. Duży plus za odkopanie mistrzowskiego Love z debiutanckiego albumu Terra Incognita. Czy Gojira należycie otrzymała nagrodę Best Live Band na gali Heavy Music Awards 2018? Myślę, że po tegorocznym występie na czeskim festiwalu odpowiedź na to pytanie wysnuwa się sama.

Parę minut po północy na scenie pojawili się doom metalowi wyjadacze z Paradise Lost. Od samego początku ich występu gitara basowa została nagłośniona zbyt mocno, przez co wielu uczestników koncertu zdecydowało się go opuścić. Mnie brzmienie Anglików absolutnie nie przeszkadzało, a jako że przegapiłem okazję zobaczenia ich w akcji w zeszłym roku, obserwowałem koncert z niemałym zaciekawieniem. Grupa zaprezentowała się dobrze, a wokalista Nick Holmes, którego umiejętności występów na żywo bywają dyskusyjne, tym razem pokazał pełnię swoich możliwości, płynnie przechodząc z czystego wokalu w grobowe powarkiwania. Troszkę brakowało mi klasyków, takich jak The Last Time czy też One Second, ale nie można powiedzieć, że wybrane utwory były niewłaściwe. Fajnie wybrzmiał dawno niegrany i trochę zapomniany Mouth, a niemalże popowy Erased kapitalnie spisuje się na live. W przyszłości z pewnością będę chciał po raz kolejny zobaczyć doom metalowców w akcji.

Ostatnim środowym koncertem na dużej scenie był występ węgierskiego Tormentora. Zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać  po ekipie legendarnego wokalisty Attili Csihara. Ich monumentalną demówkę Anno Domini zawsze darzyłem ogromnym szacunkiem i wstyd byłoby nie być zaznajomionym z tymże materiałem. Koncert Węgrów trwał niespełna godzinę, ale niestety, występ mnie nie porwał i wywarł raczej chłodne odczucia. Sam Csihar nie przypominał swojego demonicznego alter ego z Mayhem, a zespół jako całość wydawał się pozbawiony duszy i energii. Może to dlatego, że Panowie grają ponownie razem dopiero od roku? Niemniej jednak, występ Tormentora był fajną ciekawostką, ale gdy dobiegł końca, odczułem pewnego rodzaju ulgę, że mogę w końcu udać się na zasłużony spoczynek.

DZIEŃ 2 – CZWARTEK

Pierwszym koncertem, na jaki udałem się w czwartek był występ andorskiej ekipy Persefone. I chociaż koledzy gorliwie zachęcali mnie do obejrzenia występu tej ekipy, po około 20 minutach stałem już w kolejce do pierwszego lepszego stoiska z jedzeniem. Pochodzący z dość egzotycznego jak na metalowe klimaty zespół gra dziwne dla mnie połączenie metalu progresywnego z alt metalem, a w to wszystko wmieszany jest jeszcze metalkorowy wokal. Ziew. Mieszanka ta w ogóle nie przypadła mi do gustu, toteż opuściłem występ andorskiej ekipy bez większego żalu.

Potem było znacznie lepiej, jako że na scenie zameldowali się weterani z Exhorder. Reprezentanci groove metalu dali naprawdę dobry koncert, oparty na materiale pochodzącym z ich dwóch oficjalnych wydawnictw. Ich agresywne brzmienie fantastycznie wpasowało się w gatunkowe preferencje festiwalu.

Następnie nadszedł czas na radykalny atak thrash metalu ze strony Municipal Waste. Kiedyś był to jeden z moich ulubionych zespołów, jednak z biegiem lat moje uczucie do nich osłabło. Niemniej jednak ich występ na tegorocznym Brutalu był kapitalny. Nigdy nie widziałem większego circle pitu niż ten, który został utworzony na rozkaz wokalisty Tony’ego Foresty. Co więcej, podczas jednego z utworów zespół zachęcił publiczność do intensywnego crowdsurfingu, jako że „ściany śmierci”  -według nich – wyszły już z metalowej „mody”. Świetny koncert ze strony muzyków z Virginii.

Przenieśmy się na chwilę na Brutalową scenę Metalgate, czyli małą, zadaszoną scenę zlokalizowaną na samym końcu terenu festiwalu. Odbył się tam jeden z tych koncertów, dla których tak naprawdę wybrałem się do Czech. Blood Incantation to jedna z niewielu nowszych death metalowych ekip, którym naprawdę udało wybić się z tłumu. Ich osobliwie kosmiczne brzmienie sprawiło, że amerykańska ekipa szybko zaistniała na metalowej mapie świata. Koncert chłopaków był niesamowity, a sposób, w jaki go zakończyli – niepowtarzalny i zapierający dech w piersiach. „Czas na ostatnią piosenkę o tytule Vitrification of Blood!” – deklamował lider zespołu Paul Riedl. Wielka szkoda, że po tej informacji większość uczestników koncertu opuściła halę. Fani nie byli świadomi, że utwór ten trwa trochę ponad 13 minut, a po nim zagrana została jest jego kontynuacja w postaci Hidden Species (Vitrification of Blood Pt. 2). Kapitalny występ wspaniałego zespołu. Panowie, czekamy na Wasz występ w Polsce!  

Darowałem sobie występy zarówno grupy Carnifex, jak i Green Carnation, jako że nie jestem fanem obu ekip. Chwilę przed godziną 20.00 na głównej scenie zameldowali się rzeźnicy z Dying Fetus. Był to koncert niezapomniany. Ekipa Johna Gallaghera udowodniła, że druga gitara nie jest elementem nieodzownym, gdy w zespole ma się tak utalentowanych muzyków jak Sean Beasley i Trey Williams. I choć death metalowa grupa zagrała aż pięć utworów z najnowszego dokonania grupy Wrong One to Fuck With, ich występ był ekscytujący i pełen energii. Pełen podziw z mojej strony.

Myrkur, BA 2018

Nigdy nie byłem fanem Myrkur i nie wydaje mi się, aby to kiedykolwiek uległo zmianie. Niemniej jednak wielki pech spotkał duńską wokalistkę i jej zespół. Na pobliskim wzgórzu doszło do pomniejszego pożaru, który spowodował, że całe miasto Jaroměř, jak i jego okolice zostały pozbawione prądy na dobrych parę godzin. Z tego powodu set Myrkur został skrócony o 2 utwory. Potrafię zrozumieć irytację fanów tego zespołu, jednakże nie mogę powiedzieć, żebym był tym faktem jakoś mocno zasmucony.

W oczekiwaniu na koncert moich faworytów z Converge już 30 minut przed jego planowanym rozpoczęciem znalazłem się pod barierkami sceny. W międzyczasie na scenie obok swój występ kończyła słoweńska ekipa Laibach. O tej kapeli nie mogę powiedzieć nic specjalnego, dla mnie brzmieli jak niedoróbka Rammsteina z dyskusyjnym i bardzo groteskowym wokalem. Czy był to najgorszy zespół na tegorocznym BA? Ja omijam szerokim łukiem.

Chwilę po północy nadszedł czas na jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie koncertów tego festiwalu. Amerykanie z Converge przedstawili set oparty na najnowszym wydawnictwie The Dusk in Us, z którego utwory bardzo dobrze wypadają na żywo. Jednakże wokalista Jacob Bannon był tym razem „nieswój”. Muzyk nie robił zwyczajowych przerw między utworami, by pomówić z publicznością, a na dodatek wydawał się bardzo zdenerwowany. „Wypierdalaj stąd!” – krzyknął do jednego z nagłośnieniowców, który wbiegł na scenę, by rozwiązać zaplątane kable. Bardzo liczyłem na występ moich ulubieńców, jednak dość mocno się rozczarowałem. Nie było tej energii, dzięki której Amerykanie niemalże niszczą światowe sceny. Converge to jeden z tych zespołów, który o wiele lepiej brzmi w ciasnym i kameralnym klubie. Tam pokazują pełnię swoich możliwości. Na Brutalu natomiast czegoś zabrakło, a Bannon nie wyglądał na osobę, która cieszy się z obecności na czeskim festiwalu. Wielka szkoda. Moje największe festiwalowe rozczarowanie.

Drugi dzień festiwalu zamknięty został koncertem szwedzkiej machiny wojennej o nazwie Marduk. Panowie zaprezentowali bardzo ciekawy, przekrojowy set oparty głównie na albumach z ery wokalisty Mortuusa, lecz znalazło się w nim również miejsce dla takich klasyków, jak Burn My Coffin czy Wolves z prześwietnego krążka Those of the Unlight. Występ Szwedów jak najbardziej na plus, ale zupełnie nie rozumiem, dlaczego w przerwach pomiędzy utworami następowało około pięciu minut ciszy, podczas której na scenie nie działo się zupełnie nic. Psuło to ‘flow’ złowieszczego i agresywnego występu black metalowej ekipy. Koniec końców, Marduk scenę pozamiatał i spisał się znacznie lepiej niż ich koledzy po fachu z Tormentora noc wcześniej.

DZIEŃ 3 – PIĄTEK

Frontside, BA 2018

Piątek rozpocząłem występem naszego polskiego Frontside, który dał koncert bardzo energetyczny i żywiołowy. Nigdy nie podobała mi się ich muzyka, ale nie można deprecjonować naprawdę fajnej energii, którą emanują chłopaki.

Następnie udałem się na death metalową legendę, czyli holenderski zespół Pestilence. O zespole Patricka Mameliego mówi się, że to już nie jest to samo i właściwie jego ekipa już dawno powinna zakończyć działalność. Nic bardziej mylnego – Holendrzy zagrali bardzo profesjonalny koncert, oparty głównie na pierwszych trzech wydawnictwach i jednym nowym utworze. Kawał kapitalnego death metalu. A Mameli, oprócz bycia fantastycznym gitarzystą, świetnie daje sobie radę na wokalu.

Koncert Misery Index obejrzałem bardzo pobieżnie. Zespół ten jakoś nigdy nie potrafił do mnie dotrzeć i tak samo było z jego występem na żywo. Niby wszystko wykonane poprawnie, ale nie ma tej iskry, która by przekonała mnie do amerykańskiej ekipy. Trochę nuda.

Wszystkie następne koncerty zrobiły na mnie duże wrażenie. Pierwszy z moich piątkowych faworytów, szwedzki zespół At the Gates, zagrał bardzo energiczny i czarujący koncert. Nagłośnienie było fantastyczne, a cała ekipa pokazała się z jak najlepszej strony. Byłem jednak rozgoryczony faktem, że zespół nie zagrał nic z trzech pierwszych albumów, które jak dla mnie są najlepsze w całym jego dorobku. Odgrywanie po raz milionowy niemal całego Slaughter of the Soul nie ma najmniejszego sensu, przydałoby się bardziej urozmaicić set. Niemniej jednak, wciąż z niecierpliwością czekam na klubowy koncert Szwedów na terenie naszego kraju.

Chwilę po występie AtG znajdowałem się już pod barierkami sceny orientalnej, czyli najmniejszej i najbardziej kameralnej muzycznej miejscówki czeskiego festiwalu. Odbywał się tam występ bardzo młodej i tajemniczej islandzkiej ekipy o nazwie Misþyrming. Ich koncert obserwowałem z nie lada zaciekawianiem, jako że jest to moja ulubiona kapela spośród tych „świeższych”. Fantastyczny występ został jednak trochę zniweczony przez słabe i rozstrojone nagłośnienie, przez które wokale D.G. były praktycznie niesłyszalne. Atmosfera tworzona przez młodych Islandczyków to coś iście kosmicznego i nieoczekiwanie to właśnie ich koncert wywarł na mnie najlepsze wrażenie spośród wszystkich zagranych na tegorocznym Brutal Assault. Panowie, wielkie brawa i wydajcie w końcu ten drugi pełnowymiarowy album!

Behemoth, BA 2018

Po koncercie Misþyrming migiem znalazłem się pod główną sceną festiwalu, by zobaczyć drugą połowę setu naszego rodzimego Behemotha. Ekipa Nergala to absolutny koncertowy walec i chyba każdy wie, że występy na żywo naszych rodaków to prawdziwa jatka. To tak naprawdę nie są koncerty, ale duchowe obrzędy. Oprócz fantastycznej muzyki kwartet kreuje atmosferę grozy, niepokoju i okultyzmu. Hipnotyczny występ Polaków został bardzo entuzjastycznie przyjęty przez publiczność. Według wielu to właśnie był najlepszy koncert tegorocznej edycji Brutala. Chwalono dwa nowe utwory, które zaprezentowano tego dnia. God = Dog oraz Wolves ov Siberia zrobiły robotę perfekcyjnie. Behemoth to zespół jedyny w swoim rodzaju i wielka szkoda, że kapela zyskuje uznanie praktycznie na całym świecie, podczas gdy w Polsce chłopaki pozostają wrogami publicznymi numer jeden.

Dwadzieścia minut po północy nadszedł czas na norweskich weteranów z Carpathian Forest. Ekipa Nattefrosta nie koncertuje zbyt często, dlatego też cieszyłem się, że mogę wreszcie zobaczyć jego zespół w akcji. Momentami wokal lidera formacji brzmiał wręcz niedorzecznie, ale ogólnie rzecz biorąc, był to całkiem niezły koncert. Nattefrost miał bardzo dobry kontakt z publicznością, która za żadne skarby nie chciała rozstawać się z Norwegami. Ekipa zaprezentowała dwa covery (A Forest od The Cure oraz All My Friends Are Dead Turbonegry), które wypadły zaskakująco dobrze na żywo. Carpathian Forest spisali się naprawdę fajnie i muszę stwierdzić, że był to jeden z najlepszych black metalowych koncertów, jakie do tej pory widziałem.

Przedostatnim zespołem, którego koncert zobaczyłem tej nocy była grecka horda Dead Congregation. I jak parę miesięcy temu na katowickiej Metalmanii grupa Anastasisa Valtsanisa dokonała rozpierdolu absolutnego, tak czeska ziemia również potężnie zadrżała od ciężaru muzyki death metalowców. Ten zespół po prostu do każdego koncertu przykłada się w stu procentach. Co tu dużo tłumaczyć – kapitalny zespół, którego koncerty są po prostu perfekcyjne. Bardzo się cieszę, że Grecy mogli zaprezentować się o tak późnej porze (było już wtedy grubo po pierwszej), ponieważ nocna aura dodała ich występowi powagi i tajemniczości. Tak się robi death metal.

Parę minut przed godziną drugą na scenie Metalgate pojawił się słowacki zespół Malokarpatan, który zamykał trzeci dzień festiwalu. I choć o tej porze byłem już praktycznie nieżywy, występ tej ekipy sprawił, że zapomniałem o zmęczeniu i bawiłem się w najlepsze. Cóż to był za koncert! Pijackie zabawy i śpiewanie o słowiańskich legendach i zabobonach o tej porze dnia wydały mi się wtedy najlepszą rzeczą na świecie. „Pijemy, kurwa!” – wołał HV, czyli obecny wokalista formacji. Zagrany prawie w całości nowy krążek Nordkarpatenland wybrzmiał kapitalnie, a jego chwytliwe melodie szybko przypadły do gustu dość licznie(jak na tak późną porę) zebranej publiczności. Taki niepozorny zespół, a jak dobra muzyka! Chyba największa niespodzianka tej edycji festiwalu. Po tym koncercie nie wyobrażam sobie lepszej muzyki do picia wódki niż twórczość Malokarpatan!

DZIEŃ 4 – SOBOTA

Świętowanie ostatniego dnia festu rozpocząłem od koncertu Origin. Mike Flores nie zdołał dotrzeć na czeski festiwal, przez co ekipa musiała radzić sobie bez basisty. Dla Amerykanów nie był to jednak żaden problem. Na scenę zaproszono jednego z fanów, który przejął rolę Floresa i grał na „powietrznym basie”, czyli po prostu wymachiwał rękami w rytm muzyki. Nie powiem, czegoś takiego jeszcze nie doświadczyłem na żadnym koncercie!

Unleashed zagrali bardzo solidny koncert. Szwedzi przez całą swoją karierę grają praktycznie tak samo i nie ulegają żadnym trendom. W ich przekrojowym secie może trochę brakowało różnorodności, ale koniec końców, był to bardzo energiczny i wybuchowy występ.

Messiah, BA 2018

Po Szwedach nadszedł czas na absolutną legendę i hegemona undergroundu, czyli szwajcarski Messiah. Zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać po tych weteranach hybrydy death i thrash metalu. Niestety, ich koncert był jednym z gorszych na tegorocznym festiwalu. Grupa wypadła dosyć słabo i gołym okiem można było dostrzec brak koncertowego obycia u Szwajcarów. Niewyróżniające się riffy, słaby wokal i brak atmosfery – występ Messiah w pigułce. Była to tylko ciekawostka tak samo jak w przypadku Tormentora.

Nie poszedłem na koncert Dog Eat Dog, jako że nigdy nie byłem fanem takiego grania, jednakże po występie amerykańskiej ekipy wielu uczestników wyrażało uznanie wobec ich scenicznej żywiołowości. Następna w kolejce była kolejna legenda, czyli amerykański Nocturnus A.D.. Grupa Mike’a Browninga stworzona na prochach legendarnego Nocturnusa zaczęła od bardzo mocnego uderzenia w postaci swojego największego klasyku o tytule Lake of Fire. Był to koncert bardzo dobry i muszę przyznać, że byłem pod wielkim wrażeniem wokalu Browninga. Nie dość, że facet świetnie bije w bębny, to jeszcze potrafi fantastycznie krzyczeć. Mocny punkt festiwalu.

Belphegor, BA 2018

Może tym stwierdzeniem urażę niektórych black/death metalowych fanatyków, ale koncert austriackiego Belphegora był po prostu nijaki. Upiornie wyglądający muzycy nie przekonali mnie absolutnie niczym. Od oprawy scenicznej ważniejsza jest jakość występu, a ta mnie absolutnie niczym nie zachwyciła. Poor man’s Behemoth.

Na szczęście po Belphegorze przyszedł czas na zespół, którego kreatywność przekracza wszelkie granice. Pain of Salvation to jedna z tych ekip, które totalnie nie wpasowują się w ramy tematyczne festiwalu, a jednak jej koncert wzbudził ogromny entuzjazm wśród fanów. Jak powiedział sam lider zespołu, Daniel Gildenlöw – bez szkieletów i trupich czaszek też da się dobrze bawić. Fajnie było usłyszeć trochę więcej czystego śpiewu i bardziej zawiłych kompozycji w przerwie od black czy death metalowych napierdalanek. Kapitalny występ i fajny przerywnik od ekstremalnych realiów festu.

Chwilę przed godziną 21.00 na scenie zameldował się brazylijski twór zwany Sepulturą. Napisałem „twór”, ponieważ zespół obecnie uznawany jest za cover band, znany jedynie dzięki wczesnej twórczości Maxa Cavalery, którego od dwóch dekad nie ma już w tym zespole. Niemniej jednak był to występ energiczny i naładowany południowoamerykańską atmosferą. Powiem tak – wolę oglądać poczynania wokalne mocno starającego się Derricka Greena niż ledwo chrząkającego Cavalery z jego Soulfly. Oczywiście, że Sepultura nie jest tym zespołem, co kiedyś, ale przynajmniej wciąż daje ciekawe koncerty.

Wardruna, BA 2018

Nie jestem też fanem Danzig, więc występ tego zespołu bez większych wyrzutów sumienia opuściłem. Następna na scenie zameldowała się niemetalowa Wardruna ze swoimi pogańskimi i niekonwencjonalnymi instrumentami. Był to występ ciekawy i niezwykle atmosferyczny, jednak nie rozumiem tak silnego hype’u na ich muzykę, który zaistniał już jakiś czas temu. Kolejna fajna odskocznia od brutalnej rzeczywistości festiwalu.

Pół godziny po północy nadszedł czas na koncert Perturbatora, do którego podchodziłem dosyć sceptycznie. Nigdy nie byłem wielbicielem muzyki, której nie można zagrać na „żywych” instrumentach, dlatego też moje oczekiwania nie były zbyt duże. Nie wiedziałem jednak, że Perturbator w odsłonie na żywo to duet, w skład którego wchodzi również perkusista. Był to występ nadspodziewanie interesujący i z dumą stwierdzam, że jest to jeden z najciekawszych synthwave’owych projektów, z jakimi dane mi było się spotkać.

Ostatnim koncertem festiwalu okazał się dla mnie występ angielskiej funeral doom metalowej ekipy Esoteric. Po prostu idealny wybór na zakończenie eventu! Nocna i lodowata aura idealnie sprzyjała koncertowi, jako że temperatura powietrza spadła poniżej 10 stopni. Niezwykle chłodne i miażdżące riffy Esoteric wprowadziły nielicznie zgromadzonych festiwalowych niedobitków w trans. Bardzo dobry i imponujący koncert, a wokalista Greg Chandler ma chyba dodatkową parę płuc, bo to, co robił ze swoim głosem było po prostu niewiarygodne. Po niemożebnie ciężkim secie Esoteric nie miałem siły już na Wiegedood, który tak naprawdę zamykał rozkład jazdy tegorocznej edycji Brutala.

Wszystko ma swój czas i 23. edycja festiwalu dobiegła końca. Były to niezapomniane 4 dni, jednakże wierzę, że w przyszłym roku skład może być troszeczkę lepszy. Nikt nie ma prawa narzekać, ponieważ tegoroczna edycja zawierała całą masę znakomitych zespołów, jednakże czuję, że przyszłe odsłony festiwalu mogą być jeszcze lepsze. To tyle ode mnie, mam nadzieję, że nie zanudziłem Was na śmierć. Cześć i czołem, do zobaczenia w przyszłym roku!

 

Autorem zdjęć jest Maciek Masta

Marcel Szczepanik

Marcel Szczepanik

vocals so poor, like frogs in a moor
guitars like clouds of fruit flies

d e a t h h a m m e r
Marcel Szczepanik

Latest posts by Marcel Szczepanik (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .