Brutal Assault 2019 – Jaroměř (07-10.08.2019)

24. edycja Brutal Assault przeszła do historii. „Polski festiwal na terenie Czech” – jak często nazywa się to wydarzenie ze względu na ogromną liczbę fanów przybywających właśnie z kraju nad Wisłą – to jedno z ważniejszych metalowych wydarzeń muzycznych Europie. Nie jest to wcale stwierdzenie bezpodstawne, gdyż BA z roku na rok się rozwija, a świadczyć o tym może liczba zagorzałych fanów, która powiększa się w szybkim tempie. Sprawozdanie z czterodniowego pobytu w czeskiej twierdzy Josefov znajdującej się na terenie miasta Jaroměř czas zacząć!

W tym roku byłem świadkiem około 40 koncertów w mniejszym lub większym wymiarze czasowym, więc w niniejszej relacji postanowiłem skupić się tylko na tych zespołach, których występy zapisały się w mojej pamięci najlepiej. Mimo że z początku wydawało się, że na papierze tegoroczny line-up wypada gorzej niż ten sprzed roku, opuściłem Jaroměř równie rozżalony, że festiwal dobiegł końca. Przejdźmy więc do rejestru pamięci mojego mózgu, który podczas tegorocznego BA zarejestrował wydarzenia, które pozostaną w jego szufladach na długie lata.

Moja lekko opóźniona przygoda rozpoczęła się w środę koncertem kanadyjskiej grupy Voivod, której najnowsza płyta (The Wake) sprawiła, że na nowo zacząłem słuchać tego zespołu. Ciekawy koncert, którego repertuar niestety mnie nie powalił mnie na łopatki, ale i tak cieszę się, że po raz kolejny mogłem zobaczyć mistrzów kosmicznego thrash metalu w akcji. Po ich koncercie, będąc nieco przytłoczony ogromnym tłumem ludzi, w który wpakowałem się zaraz po przekroczeniu festiwalowych bramek, zacząłem zwiedzać teren twierdzy. Na pierwszy rzut oka nie dostrzegłem żadnych drastycznych zmian w ulokowaniu stoisk i miejscówek oferujących wszelakie udogodnienia. W tym roku rozlokowano więcej miejsc, w których można było doładować swoje konto w systemie Cashless, co w ostatecznym rozrachunku okazało się być zbawienne dla zaoszczędzenia czasu, którego – jak to bywa na festiwalach masowych – ostatecznie zawsze jest za mało, by sprawdzić wszystkie upragnione punkty programu. Premierowy rekonesans wykonany, czas na muzykę!

Soilwork at Brutal Assault XXIV

Po przystawce, którą zaserwowali Panowie z Voivod, nadszedł czas na nieco bardziej energiczne rytmy w wykonaniu Soilwork. Szwedzi zaprezentowali się całkiem nieźle. To właśnie ich występ uznaję za pierwszy „właściwy” koncert, jaki miałem przyjemność oglądać na tegorocznej edycji BA. Może było trochę zbyt statycznie, jak na frontmana i lidera metalowej grupy, ale Björn Strid zdołał już nas do tego przyzwyczaić. Na szczęście jego umiejętności wokalne utrzymują się na bardzo wysokim poziomie, przez co zawsze chętnie obserwuję poczynania tej melodeathowej ekipy. Incantation po raz kolejny udowodnili, że są jedną z najlepszych death metalowych grup. Grupa Johna McEntee zagrała praktycznie same utwory z pierwszych trzech albumów, z dodatkiem nowszego Carrion Prophecy. Świetny koncert. Z wielkim żalem opuściłem koncert moich ulubieńców z Eyehategod ze względu na problemy z polem namiotowym, ale wierzę, że w przyszłości nadrobię tę zaległość z nawiązką. Środa zakończyła się z przytupem, bowiem występy Cult of Luna, Hypocrisy, a także The Ocean pozostawiły mnie w emocjonalnej ruinie. Ci pierwsi zmiażdżyli mój układ nerwowy bardzo ciężkim setem, w którym znalazły się dwa utwory z nadchodzącego albumu The Silent Man i Nightwalkers, a także takie monolity jak Finland, Ghost Trail czy katartyczny In Awe Of, który rozdarł moją duszę na strzępy. To nie był koncert, to był transcendentalny rytuał przeprowadzony w sprzyjających gęstej atmosferze opadach deszczu. Hypocrisy dołożyli niesamowicie energiczny set, który sprawił, że awansowali w moim melo-deathowym zestawieniu do ścisłej czołówki. Przejście z The Final Chapter w kultowy Roswell 47 było imponujące, a siła i intensywność wokalu Petera Tägtgrena jest wprost nie do uwierzenia. Całości zniszczenia dopełnił niemiecki The Ocean. Po ich koncercie nie było już czego zbierać.

Dawka ekstremalnej energii od Sick of It All na BA XXIV

Żywiołowy koncert Decapitated na Brutal Assault XXIV

Czwartek był przeze mnie dniem najbardziej wyczekiwanym ze względu na koncert grupy Daughters, którą czczę i wielbię, i nie ma w tym ani kropli przesady. Koncert amerykańskiej ekipy – choć dosyć krótki – był moim zdaniem najlepszym występem, jaki zaobserwowałem na tegorocznym BA. Chwilę po wyjściu na scenę wokalista Alexis Marshall surfował już na rękach fanów, którzy razem z nim wykrzykiwali słowa kolejnych utworów. Grupa zaprezentowała 8 strzałów, a wszystkie z nich pochodziły z wydanej rok wcześniej monumentalnej płyty You Won’t Get What You Want. Satan in the Wait, Less Sex czy zamykający gig Ocean Song elektryzowały publikę, która jeszcze długo po tym koncercie nie mogła przestać zachwycać się tym, co właśnie się wydarzyło na scenie. Koncert Deicide został odwołany, ponieważ zespół nie zdołał pojawić się na czas na lotnisku. Cóż, byłem tym faktem mocno zawiedziony, gdyż chciałem zobaczyć ekipę Glena Bentona już od dłuższego czasu. Niemniej jednak, czwartek był kolejnym solidnym dniem. Brawa za świetne koncerty Decapitated, Meshuggah i Sick of It All. Pechowo dla mnie, występ fińskiego Vargrav zazębił się z rytuałem Daughters, a opuszczenie koncertu Amerykanów nie wchodziło w grę. Występ thrasherów z Anthrax jakimś cudem nie zrobił na mnie specjalnego wrażenia, pomimo faktu, iż naprawdę lubię ich muzykę. Byłem już w tym momencie naprawdę zmęczony, a po odegraniu kultowych Caught in a Mosh i Madhouse uznałem, że czas na przerwę. W secie Amerykanów dość rażąco brakowało utworu Be All, End All, którego gorliwie domagała się publiczność, jednak na ich niedoczekanie. Dzień zakończyłem z legendarnym Discharge, co okazało się wyborem trafnym. Niezwykle energiczny koncert na sam koniec dnia – woda na młyn dla spragnionego ekstremalnych wrażeń fana ciężkich brzmień.

Magiczny i hipnotyzujący występ Emperora

Piątek to przede wszystkim kapitalne występy absolutnej death metalowej czołówki, czyli Aborted oraz Immolation. Elektryzujący gig crust punkowców z Wolfbrigade to jedno z najbardziej pozytywnych zaskoczeń tegorocznego festiwalu – świetnie się bawiłem przy takich kawałkach jak Outlaw Vagabond czy War on Rules. Nieco nudnawy i pozbawiony polotu występ Anathemy nie popsuł wspaniałego wieczoru, który zwieńczony został dźwiękami fantastycznej trójki, którą tego dnia tworzyli Electric Wizard, Emperor, a także Primordial. Pierwsi z nich na nowo rozpalili moją miłość do swojej muzyki. Ależ to był ciężar! Satanic Rites of Drugula, Witchcult Today i końcowy Funeralopolis dosłownie miażdżyły bębenki. Perfekcyjne nagłośnienie i brzmienie gitar – po prostu gig idealny. Emperor można widzieć na żywo naście razy i wciąż chce się więcej. To jeden z tych zespołów, który przyciąga jak magnes. I choć po raz kolejny dane mi było usłyszeć Anthems to the Welkin at Dusk w całości, kończący wersję studyjną płyty With Strength I Burn wzbudza masę emocji tak samo lub mocniej. Prawdziwa esencja black metalu. Koncert Irlandczyków z Primordial – choć naznaczony problemami sprzętowymi – był piękny w swojej dramaturgii, a końcowe The Coffin Ships i sztandarowy Empire Falls urzekły publiczność. Szkoda tylko, że A.A. Nemtheanga trochę po macoszemu podchodził do growlu, ale za to jego czysty wokal to wciąż okaz najwyższej jakości. Słowa uznania dla chińskiego ansamblu Zuriaake za zaprezentowanie atmosferycznego obrzędu na deskach sceny Octagon, jednak w tym w tym samym czasie odbywało się misterium grupy Heilung, które – mimo że stanowiło bardzo fajną odskocznię dla potrzebującego chwili wytchnienia fana ekstremalnego metalu – nie wywarło na mnie chyba tak mocnego wrażenia, jak na reszcie publiczności.

Toi-toi fun w/ Gutalax at Brutal Assault XXIV

Mocno promieniotwórczy gig Cytotoxin

Violator – brazylijski thrash metal z najwyższej półki na BA XXIV

Sobota rozpoczęła się niespotykanym występem czeskiej goregrindowej grupy Gutalax, podczas którego toi-toi noszony był na fali crowdsurfingu. Ubrani w białe kombinezony muzycy stworzyli niezapomniane show, o którym długo jeszcze będzie się mówić. Kolejnym zespołem z dużej sceny, którego występ zrobił na mnie nie lada wrażenie byli Niemieccy psotnicy z Cytotoxin. Nie ukrywam, że jest to jedna z moich ulubionych death metalowych kapel młodego pokolenia. Fantastycznie odegrane zostały Radiophobia, Frontier of Perception czy też końcowe Chernopolis. Wokalista Sebastian „Grimo” Grihm świetnie bawił się z publicznością, raz po raz skacząc z i uderzając w rekwizyty wzorowane na katastrofie z Czarnobyla. Na sam koniec dodał, że nigdy nie wolno zapomnieć nam o tym dniu, by w przyszłości nie popełnić podobnego błędu. Kapitalny występ niedocenianego death metalowego kolosa Necros Christos zachęcił mnie do uważniejszego prześledzenia dyskografii niemieckiej kapeli. Świetny gig brazylijskiej thrash metalowej machiny o nazwie Violator przypomniał mi, jak świetny jest to zespół. Przemowy lidera grupy Pedro Arcanjo były ciekawe, a anarchistyczny i zarazem naturalny styl zespołu naprawdę mi się podobał. Po Violatorze nadszedł czas na weteranów z Demolition Hammer, których brutalny styl udzielił się moshującej publiczności. Umiejscowienie tych dwóch zespołów jeden po drugim to był strzał w dziesiątkę! Nieco rozczarował mnie koncert Ved Buens Ende, na który bardzo czekałem. Nie potrafiłem wczuć się w aurę tak starannie kreowaną przez muzyków norweskiego projektu. Chyba lepiej doświadcza mi się ich twórczości na słuchawkach w zaciszu domowym. Koncert Greków z Rotting Christ również nie dostaje ode mnie wysokiej noty; najnowsze dokonania tej ekipy nie robią na mnie najmniejszego wrażenia, a to właśnie na nich opierała się koncertowa setlista. Pozytywnym akcentem było odegranie klasycznego King of a Stellar War, lecz nie mogę uznać całego występu za specjalnie udany. Bardzo entuzjastycznie przywitani na scenie zostali muzycy Mgły. W ich secie, poza absolutnymi klasykami z With Hearts Toward None i Exercises in Futility, znalazło się miejsce dla dwóch nowych utworów z nadchodzącej płyty Age of Excuse. Na koniec festiwalu dwa bardzo mocne strzały w postaci Napalm Death i Anaal Nathrakh, czyli moje dwa ulubione grindcore’owe (jeżeli w ogóle wypada tak nazywać twórczość AN) zespoły, których absolutnie nie mogłem przegapić. Świetny gig Napalmu. Wreszcie dane mi było usłyszeć kawałki Narcoleptic, Greed Killing, a także kończący set Persona Non Grata przechodzący w Smear Campaign. Po raczej średnim koncercie na zeszłorocznej Metalmanii, Brytyjczycy kupili mnie ponownie. To kolejny z zespołów, na których koncerty będę chodzić chyba aż do końca moich dni. W nieustającym wirze koncertowych emocji kompletnie zapomniałem o bardzo gorliwie wyczekiwanym przeze mnie występie grupy Midnight, czego nie mogę sobie wybaczyć. Cóż, taki urok festiwali – jeden koncert umyka uwadze, a inny – często nie figurujący w planach – wypada wprost wspaniale. Po solidnym, przekrojowym gigu Carcass, który oglądałem spod sceny obok, nadszedł czas na Anaal Nathrakh. Ze względu na spóźniony przyjazd do twierdzy Josefov, ekipa Dave’a Hunta i Michaela Kenneya zaczęła grać dopiero kilkanaście minut po godzinie pierwszej nad ranem. Utrudnienia logistyczne nie przeszkodziły jednak Anglikom, którzy zagrali krótki acz bardzo treściwy i przepełniony energią koncert. Świetny Forward! z najnowszego A New Kind of Horror został poprzedzony przemową Hunta dotyczącą brexitu, w której porównał decyzje polityków do współczesnej formy faszyzmu. I tak jak rok temu ostatnim zespołem festiwalu był nieziemsko ciężki Esoteric (fun fact: zespół podobnie jak AN pochodzi z angielskiego miasta Birmingham), tak tym razem opuściłem 24. edycję festiwalu przy dźwiękach armagedonu uderzającego z prędkością błyskawicy. Forging Towards the Sunset i More of Fire Than Blood dopełniły formalności i dopiero po przygaśnięciu ostatniej gitarowej nuty tego drugiego udałem się na ostatni w tym roku spoczynek na czeskiej ziemi.

Tak moi drodzy, kolejna edycja Brutal Assault to już historia, a za rok czeka nas jubileuszowa, 25. rocznica festu, podczas której – miejmy nadzieję – włodarze zaskoczą fanów metalu czymś naprawdę imponującym. Na koniec pragnę dodać, że Brutal to wspaniały festiwal, ale obawiam się, że w przyszłości forteca Josefov może „nie wytrzymać” jeszcze większego napływu ludzi. Różnica w komforcie przemieszczania się spod sceny do punktów sprzedaży napojów była nieporównywalna; ciężko było swobodnie poruszać się po terenie festiwalu bez odbijania się od innych ludzi, nie wspominając już o wąziutkich tunelach wewnątrz fortecy, gdzie czasem od momentu zakończenia koncertu trzeba było czekać paręnaście minut, by przedostać się pod usytuowaną w ślepym punkcie scenę Octagon, gdzie w razie wybuchu paniki prawdopodobieństwo wystąpienia tragedii byłoby naprawdę wysokie. Niemniej jednak, kolejny raz jestem usatysfakcjonowany ze swojego pobytu w Czechach i mam nadzieję, że za rok znów dane mi będzie się tam pojawić. Ode mnie to już wszystko, dzięki za cierpliwość i do zobaczenia w przyszłym roku gdzieś wewnątrz twierdzy!

Autorem zdjęć jest Przemek Cholewiński

Marcel

pleasure too safely enjoyed lacks zest
Marcel

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .