Cancer Bats – Warszawa (08.02.2016)

To nie był dla mnie najlepszy dzień na koncert. I nie chodzi nawet o pierwotną nienawiść do poniedziałków, która to jest zakorzeniona głęboko w ludzkiej naturze A raczej fakt, że to był dla mnie kolejny dzień poprzedzony zdecydowanie zbyt małą ilością snu. Masakra jakaś. Gdyby zamiast Cancer Bats grał mój ukochany post-rock, to pewnie przysnąłbym w trakcie.

Ale na szczęście występ Cancer Bats pobudził mnie do życia.

Całość jednak nie zaczęła się aż tak dobrze. Podkreślam od razu, że cała relacja jest zapisem totalnie subiektywnych odczuć, a niektórzy już widząc drzwi do Hydrozagadki mogliby być zachwyceni. Bo to całkiem klimatyczne drzwi. Przyszedłem chwilę wcześniej, aby zobaczyć Lord Dying, który gdy został ogłoszony wzbudził raczej komentarze w stylu „DAJCIE NAM TORN SHORE” niż specjalny zachwyt. Niestety koncert zaczął się chwilę po czasie, więc te piętnaście minut opóźnienia musiałem spędzić przy co najlepszych lewackich tekstach życzących śmierci kapitalizmowi. Więc drodzy czytelnicy – jak zobaczycie jakiegoś gościa, który przed koncertem bezczelnie czyta LEWACKĄ PROPAGANDĘ, to nie spuszczajcie mu wpierdolu. Dobrze? Już wystarczająco zespołów czyha na mnie ze względu na negatywne recenzje. O Lord Dying napiszę niestety dość krótko – nie znałem zespołu wcześniej (ot jedynie posłuchałem kilku utworów na yt), a ich występ jakoś nie przekonał mnie, że warto to zmienić. Niektóre riffy były całkiem ok, widać było, że wokalista się konkretnie wczuwa w występ, ale… Zespół brzmi jak niebezpiecznie podobna kopia High On Fire – niby można posłuchać, ale po pewnym czasie wszystko nuży swoją monotonnością jak i podobieństwem kawałków do siebie. Ale innym się podobało. Gdy ja po pół godzinie miałem dość, inni oddawali się pod sceną ekstatycznemu air guitar (Może mi ktoś w ogóle wyjaśnić sens takiego zachowania? Od zawsze się zastanawiam „po co to w ogóle komu” i wciąż nie rozumiem). A i wydaje mi się, że sam Lord Dying skończył koncert z większą ilością fanów niż zaczął.

Co do Cancer Bats – talerze brzmiały trochę słabo.

I… koniec narzekania.

Jeśli czytaliście mój wywiad ze Scottem z Cancer Bats (jeśli nie to zapraszam tutaj wywiad z Cancer Bats), to wiecie już, że uwielbiam ich koncerty, bo są pełne niepowtarzalnej energii. I choć nie jestem fanem zeszłorocznej płyty Searching for Zero, to skubańce przygotowali świetną setlistę, czerpiącą z najlepszych utworów całej swojej dyskografii. Może i brakowało mi kilku utworów, które lubię, ale na pewno nie zabrakło utworów, które uwielbiam. Zdzieranie gardła na Hail Destroyer, konkretny moshpit na Scared to Deathszaleństwo na wszystkich innych utworach i nieprzerwane machanie głową wraz z basistą zespołu. Liam (wokalista zespołu) co jakiś czas zagadywał do publiczności raz zabawniej – jak po Hail Destroyer, gdy powiedział, że cały koncert dotychczas był testem na to czy jesteśmy pozerami. Testu na szczęście nie oblaliśmy, bo nie znajdowało się ich zbyt wielu wśród nas. Ale wciąż mogą się czaić gdzieś w pobliżu i trzeba na nich uważać, bo pewnego dnia przyjdą i zaczną się zachwycać muzyką Bruno Marsa. Zgroza. Choć… Gdy Liam to mówił, to brzmiało o wiele zabawniej. Po Smiling Politely przybrał poważniejszy ton mówiąc o akcji Liam’s Head Shave którą organizuje przy współpracy z Princess Margaret Cancer FoundationLiam pod koniec trasy koncertowej zamierza zgolić głowę i przekazać włosy pacjentom chorym na raka. Do końca trwania akcji zbierane są też dotacje na fundację Princess Margaret Cancer Foundation, które zostaną przeznaczone na pomoc pacjentom chorym na raka. Jeśli chcecie wesprzeć tę inicjatywę, albo po prostu przeczytać o tym więcej, to zapraszam tutaj – Liam’s Head Shave albo w poniższym video.

Jeśli chodzi o występ, to tak jak można się było spodziewać Cancer Bats pokazali świetną formę. Muzycy wyraźnie wczuwali się w odtwarzaną muzykę i dzielili się emocjami z publicznością. Która też nie pozostawała dłużna. Na większości utworów fani zespołu dosłownie SZALELI pod sceną i każdy, kto nie miał ochoty na soczyste pogo musiał stanąć sobie trochę dalej. Takie już uroki koncertów Cancer Bats. Jedynym minusem było to, że nie było jakiś ciekawych bisów, a i setlista mało różniła się względem tego, co dotychczas grali w trasie.No i te naprawdę słabo brzmiące talerze… ale miałem już nie narzekać.

Świetny koncert. Ale czy można było się spodziewać czegoś innego?

Dziękuję ekipie Go Ahead za zorganizowanie tak zajebistego koncertu i zaproszenie na niego.

Setlista:

True Zero
Bricks & Mortar
Sorceress
Pneumonia Hawk
R.A.T.S.
Pray for Darkness
Arsenic in the Year of the Snake
Hail Destroyer
Trust No One
All Hail
Smiling Politely
Scared to Death
Buds
Road Sick
Beelzebub
Lucifer’s Rocking Chair
Drunken Physics
Sabotage
Satellites

Poniżej kilka zdjęć robionych przeze mnie mikrofalówką. Zamiast narzekać na jakość doceńcie trud jaki włożyłem w przemycenie funkcjonującej mikrofalówki na koncert.

Autorem jest Naird (Adrian).

Piotr

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , .