Claudio Simonetti’s Goblin – Kraków (14.4.2019)

Warto sobie czasem przypomnieć, jak znaczącą rolę w filmach odgrywa muzyka, zwłaszcza w filmach grozy. Idealną okazją ku temu był występ zespołu Claudio Simonetti’s Goblin. Ścieżek dźwiękowych do takich klasyków, jak Głęboka Czerwień, Suspiria czy Świt Żywych Trupów nie miałam jeszcze przyjemności usłyszeć na żywo, ale krakowski występ grupy na szczęście to zmienił.

Zdarzyło mi się uczestniczyć w bardziej zatłoczonych koncertach w Kwadracie, jednak ważniejsze od samej ilości widzów okazały się reakcje publiczności. Widownia doceniła starania artystów, nie zapominając o oklaskach i skandowaniu, a najzagorzalsi fani wykrzykiwali nawet w zachwycie tytuły utworów już po usłyszeniu pierwszych dźwięków.
Po świetnym utworze Roller z zapadającą w pamięć linią basu Claudio Simonetti przywitał się z widownią. Oprócz słów podziękowania i krótkiej prezentacji zagranych już utworów zapowiedział kolejne atrakcje wieczoru – ten niewymuszony kontakt z publiką powtarzał się co jakiś czas podczas występu Goblina. Włoską ekipę należy pochwalić nie tylko za dbanie o kontakt z widownią: pomiędzy artystami na scenie po prostu się skrzyło. Każde skinienie głową, każdy z uśmiechów, grymasów i rzucanych spojrzeń wiele wyrażał, a energia występujących była zaraźliwa. Może to zasługa południowej żywiołowości, może po prostu zdolności artystów do przekazania emocji towarzyszących im podczas gry na scenie.

Ukłonem w stronę klasyki było Demoni oparte na motywie z W Grocie Króla Gór, w którym muzykę klasyczną połączono z groovem właściwym soundtrackom komponowanym przez zespół Goblin w oryginalnym składzie (w tym oczywiście przez Simonettiego jako jednego ze współzałożycieli).
Jednak do najmroczniejszych momentów wieczoru należało L’alba dei morti viventi, wciąż jednak pozostając chwytliwym, w hipnotyczny sposób zachwycającym utworem. Ta specyficzna aura grozy w żadnym razie nie przeszkadzała zresztą widowni, zwłaszcza tej zebranej pod barierkami, która bujała się w rytm muzyki. W końcu nie ma to jak podrygiwanie do wyświetlanych kadrów ze Świtu Żywych Trupów, w których zombie zostają dziurawione coraz to kolejnymi pociskami, prawda? Przyznaję, że zestawienie rocka progresywnego w wydaniu Goblina ze scenami z klasyków Dario Argento okazało się strzałem w dziesiątkę. Sam Claudio Simonetti stwierdził zresztą, że zawsze przyjemnie jest usłyszeć muzykę klasyczną podczas sceny morderstwa w filmie. Tymi słowami kompozytor zapowiedział utwór Opera pochodzący z horroru o tym samym tytule. Film grozy z lat 80. stanowił nieodłączne tło dla podniosłego klimatu kompozycji i imponującego solo.

Wśród kolejnych słów skierowanych do widowni znalazło się pytanie „Can you sing three words for me?” będące zwiastunem jednego z najbardziej znanych dokonań grupy Goblin. Przepełniony entuzjazmem tłum od razu podchwycił utwór Suspiria, podśpiewując w najlepsze. Aż chce się powiedzieć, że było to „tylko tyle i aż tyle”, bo chociaż motyw przewodni Suspirii nie należy do szczególnie rozbudowanych, cała sala śpiewająca do znanego utworu musiała stanowić niezły widok, który Claudio Simonetti postanowił uwiecznić, nagrywając go telefonem.
Przykłady scenicznego kunsztu Goblina (jak budowanie napięcia nie tylko bardziej skomplikowanymi kompozycjami, ale również stosunkowo prostymi dźwiękami) można by zresztą mnożyć. Ich występ robił wrażenie od Tenebre ze znakomitą linią basu i fantastycznie chwytliwym, tanecznym rytmem przez Phenomena zwieńczone (pun intended) fenomenalnym solo na perkusji do ”bujającego” Mad Puppet. Jedną z ostatnich kompozycji wieczoru zostało ikoniczne Profondo Rosso, z dramatycznymi klawiszami po mistrzowsku budującymi nastrój.

Po dwóch godzinach koncertu nie sposób było odczuwać niedosyt. Klimatyczna muzyka wraz z wizualnymi doznaniami w postaci scen z horrorów stanowiły fantastyczne połączenie, a słowa Simonettiego kierowane do publiki dodatkowo zadbały o panującą podczas występu Goblina atmosferę.
Podziękowania za koncert należą się niezastąpionym Knock Out Productions.

Tagi: , , , , , , .