Combichrist, Wednesday 13 – Warszawa (28.07.2018)

Sobotni wieczór, choć gorący jak atmosfera w leśnictwie szwedzkim, dla wielu stanął pod znakiem ciężkich, klamrowanych butów do kolan, długich bojówek, podartych kabaretek i wszelkiego, co industrialno-elektrogotyckie. Za sprawą PW Events i warszawskiego klubu Proxima mieliśmy okazję uczestniczyć w jednej z bardziej nietypowych tras koncertowych tego roku.

Zanim jednak dotarłem do gwiazdy wieczoru, zmierzyłem się z poprzedzającymi ją ekipami. Po starciu z kolejką przed wejściem (dość sporą, nie powiem, a i usianą ludźmi “w klimacie”) i wejściu do sali od razu zacząłem wypatrywać jak najlepszego punktu obserwacyjnego, oto bowiem zaczynał grać pierwszy zawodnik: kalifornijski, elektro-synthpopowy duet Night Club. Nie będę oszukiwał, przed koncertem nie kojarzyłem tej nazwy, a i sprawdzenie jednego-dwóch numerów projektu na YouTube niespecjalnie zachęciło mnie do bliższej znajomości. Tak więc podszedłem do występu bez żadnych oczekiwań i nadziei. Night Club zagrał przyjemnie, choć dość przeciętnie. Brakuje w ich muzyce czegoś, co mogłoby mnie może nawet nie porwać, ale choćby zainteresować. Z jednej strony jest mocny i wyraźny rytm podlany synthami i wokalem, z drugiej nie ma pomysłów i przebojowości, a i im dłużej ich słuchałem, tym bardziej jednostajnie się robiło. Niespecjalnie pomagały zabiegi frontmanki, często-gęsto-żywiołowo zachęcającej publiczność do trochę bardziej ożywczej zabawy za pomocą wszelakich wygięć, okrzyków i tańców, poza kilkoma wyjątkami niespecjalnie liczne zgromadzenie też raczej patrzyło, niż tańczyło. Dodam do tego poważne przypuszczenie playbacku zamiast śpiewania na żywo (przy czym ostrzegam, że nie mam zielonego pojęcia, jak grać i robić taką muzykę, możliwe, że to tak miało być).  Na usprawiedliwienie muszę jednak powiedzieć, że sama elektronika brzmiała bardzo dobrze. Bas głaskał skórę i wyciągał powietrze z płuc, charakterystyczne motywy podczas refrenów były czytelne i wyraźne. Gdyby do tej formy zaproponowano inną treść, byłbym naprawdę zadowolony.

Dłuższa chwila przerwy i wracamy do gry z Wednesday 13. Spytacie, co to jest? Odpowiem, że w sumie nie wiem. Na moje ucho miszmasz Lordi, Children of Bodom i Andrew W.K. Ważne jest to, że ludzie najwyraźniej kojarzyli zespół dużo lepiej ode mnie i tłumnie stawili się na show. Właśnie show to odpowiednie słowo, bo poza samymi numerami, warstwa wizualna też grała tu ważną rolę. Jeden nazwie ją kiczowatą, drugi śmieszną, niemniej duża ilość przebieranek i klimatycznych interludiów między następnymi strzałami bardzo dopasowała się do pompatyczno-horrorowego klimatu zespołu. Przybierając kolejne wcielenia, od Heli z ostatniego filmowego Thora, przez mieszaninę Leatherface’a i Dudley’a Soamesa, po rogacza-eleganta, lider prowadził występ do przodu. Zespół promował, jak mi się wydaje, ostatni album, wobec czego sporo numerów leciało właśnie z niego: What The Night Brings, Condolences, Prey For Me i nie tylko. Poza tym pojawiły się też starsze kawałki pokroju Bloodshed, Serpent Society, I Want You Dead/Zombie, by skończyć wszystko Bad Things. I choć pod sceną nie było żadnych scen dantejskich, to jednak widzowie bardzo zaangażowali się w całe show. Usilnie starali się przekrzyczeć wokal, choć przy poziomie natężenia dźwięku było to trudne. Właśnie, jeżeli coś bym zmienił to nagłośnienie. Wyjątkowo rzadko słyszałem cokolwiek z wyższych dźwięków, a większość melodii ginęła pod zalewem perkusji i wszechobecnego, dudniącego dołu. Bardzo miło na Wednesday 13 było patrzeć, gorzej ze słuchaniem. Z drugiej strony, to zupełnie nie moje klimaty muzyczne, więc nie tłumacz tego sobie jako miernego gigu.

No i nareszcie (to znaczy, po odrobinę za długiej przerwie) nadeszła pora na Combichrist. Byłem bardzo ciekawy, które oblicze zaprezentuje zespół. Szczęśliwie dla mnie i dla publiki, która już oblegała każdą przestrzeń pod sceną, a i sporo osób bawiło się jeszcze za mną, LaPlegua z ekipą postawili na elektro. Z otwierającym występ All Pain Is Gone byłem pewny, że się nie zawiodę. I faktycznie, bawiłem się wybornie. Co prawda, brzmienie synthów było przytłumione beatem (dwie perkusje na żywo, panie i panowie. Do teraz z uszu wylatują mi ukruszone fragmenty mózgu), przez co na takich Throat Full Of Glass albo Never Surrender brakowało motywów przewodnich. Niemniej charyzma i energia zespołu (okej, głównie frontmana, ale Combichrist to Andy właśnie) bardzo szybko mnie kupiła. Z kolejnymi Can’t Control, Electrohead, Fuck This Shit i Get Your Body Beat robiło się coraz lepiej, a las rąk i tańczących sylwetek falował nieprzerwanie. Im dalej, tym bardziej euforia wzrastała a LaPlegua porzucał początkową, sceniczną maskę twardego ubermenscha i po prostu cieszył się z grania. Do tego stopnia, że gdy ustalił z ludźmi trzy bisy, wyglądał jak dziecko na gwiazdkę. W ostatnich Maggots At The Party i What The Fuck Is Wrong With You? crowdsurfing uskuteczniali nie tylko widzowie, ale też jeden z perkusistów, a nabuzowany frontman wyciskał z siebie, zespołu i audytorów wszelkie pokłady energii. Krótko mówiąc: impreza-ideał.

Z klubu wyturlałem się mokry, przemielony i skrajnie szczęśliwy. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze bawiłem się na koncercie. Tak naprawdę tylko jedna rzecz mi przeszkadzała: zakończenie. Bo było.


Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , .