Cradle Of Filth, Moonspell, Sacrilegium – Gdańsk (25.01.2018)

Cradle Of Filth, Moonspell, Sacrilegium - Gdańsk (25.01.2018)

Jeśli grasz w małym lub średnim zespole, to organizowanie koncertu w czwartek możesz sobie odpuścić. Każdy booker ci powie, że to nie jest najlepszy dzień tygodnia na takie ekscesy. Ale jeśli grasz w Cradle Of Filth albo Moonspell, możesz mieć takie szczegóły gdzieś. Ludzie i tak przyjdą, bo jesteś fajny, lubią cię i chcą cię posłuchać.

Tak właśnie było w czwartkowy wieczór w gdańskim B90. Ostatni koncert na polskiej części trasy Cradle Of Filth, na której gościem specjalnym byli lubiani w naszym kraju Moonspell. Koncerty otwierało Sacrilegium.

Kiedy dotarliśmy do klubu Sacrilegium właśnie zaczynali. Szybki rzut oka na salę – jest 18.30, ludzi już całkiem sporo, frekwencja zapowiada się dobra. Polski reprezentant sceny blackowej wziął sobie chyba mocno do serca fakt, że pełni rolę supportu przed zdecydowanie bardziej znanymi kolegami po fachu. Koncert Sacrilegium był po prostu rozgrzewkowy. Choć nigdy mnie ten akurat zespół jakoś specjalnie nie fascynował, to rodzimą blackową scenę darzę dużym szacunkiem. Sacrilegium jednak byli po prostu przeciętni. Nie dało się kwartetowi zarzucić braku zaangażowania czy przygotowania technicznego, ale poza scenografią i corpsepaintingiem na scenie nie było nic – muzycy stali w miejscu, basista sprawiał wrażenie, jakby się nudził. Ot, dobry koncert jako tło do stania w kolejce do szatni, potem ładowania klubowej karty, kupowania piwa i sączenia go gdzieś na środku sali. Trzeba jednak oddać, że Sacrilegium byli wybornie wręcz ukręceni – umówmy się, że tego typu muzykę nie łatwo jest skręcić tak, by była selektywna i zrozumiała, toteż ukłony dla dźwiękowca.

Moonspell do B90 przyjeżdżali bodajże po raz trzeci. Ich pierwszy koncert w Gdańsku, kiedy promowali Alpha Noir/Omega White był świetny. Kolejny, po wydaniu Extinct był sporo słabszy, bo i materiał z tego albumu się nie bronił. Nowej płyty 1755 nie znałam – gdzieś mi mignęła, przesłuchałam ze dwa kawałki, nie znalazłam czasu na więcej, po Extinct nieco straciłam nadzieję na jakiś porządny materiał Portugalczyków. Nie wiedziałam zatem czego się spodziewać po koncercie – czy dadzą radę jak za pierwszym razem, czy materiał im nie pomoże i wyjdę zawiedziona, jak poprzednio?

Koncert rozpoczął się od En Nome Do Medo z 1755 i w dużej mierze z nich się składał. I choć nie znam płyty, to muszę powiedzieć, że materiał bronił się wybornie. Wszystko brzmiało doskonale, Fernando wpadł na scenę z lampionem, wymachiwał krzyżem z laserami i paradował po scenie w klimaciarskiej masce lekarzy walczących z dżumą (w relacji z koncertu w Krakowie redakcyjny kolega Paweł opisał ją jako „dziwną, ptasią maskę” – nic bardziej mylnego. Była to maska używana przez średniowiecznych lekarzy zadżumionym – w skórzany dziób wsypywano zioła, które miały po pierwsze chronić przed zarażeniem, po drugie, przed odorem zgnilizny i rozkładających się zwłok. Wydawało mi się, że owe maski przeszły już do popkultury, okazuje się, że nie). Maska jak najbardziej na miejscu – 1755, co wyjaśniał zresztą Fernando, traktuje o tragicznym trzęsieniu ziemi w Lizbonie, które raz na zawsze zmieniło Portugalię i postrzeganie wiary i religii przez Portugalczyków (po trzęsieniu przyszło tsunami, po tsunami przyszły pożary, a po tym wszystkim pozostały gruzy i choroby – w Lizbonie znajduje się zresztą fantastyczne muzeum poświęcone temu wydarzeniu, a część budynków do dziś nosi jego ślady). Teatralia pasowały Moonspell i wspomagały opowiadanie historii. Choć materiał z 1755 jest całkowicie po portugalsku to zostały one dobrane tak, że przy minimalnej wiedzy na temat tragicznych wydarzeń z połowy XVIII wieku łatwo było się domyślić, o czym krzyczy Fernando. Poza numerami z najnowszej płyty nie zabrakło kilku największych kolosów Moonspell: fenomenalnie wykonanego Night Eternal, Opium, czy wieńczących występ Alma Mater i Full Moon Madness. Moonspell bez dwóch zdań zmazali plamę ostatniego koncertu w B90. Skoro momentami miałam ciarki, to koncert był świetny. Przy okazji w najlepszy możliwy sposób zachęcili mnie do sięgnięcia po 1755.

Cradle Of Filth odczekali swoje intro i rozpoczęli od Gilded Cunt, który akurat w roli openera sprawdza się znakomicie. Od początku jednak coś nie do końca składało się w całość – ukryta za pleksą perkusja zwiastowała, że Brytyjczycy polegają w całości na odsłuchach dousznych, na scenie nic nie mogło hałasować, bo nie było na niej żadnych wzmacniaczy i pieców. I to się nieco zemściło – przez pierwszą połowę koncertu problemy z odsłuchem najwyraźniej miał Dani Filth – choć próbował odkrzykiwać swoje partie i gonić instrumentalistów, to chwilami był nieco za późno. Wiedział o tym, co chwilę schodził ze sceny, w zasadzie więcej go nie było, niż był, a kiedy już był to chował się za plecami gitarzystów i basisty niczym gimnazjalista za starszymi braćmi, zapewne po to, by wyłapywać nieco lepiej co się dzieje na scenie. Cradle Of Filth walczyli z materią. Nie można było odmówić muzykom zaangażowania – choć wiedzieli, że coś jest nie do końca tak, to publiczność przyjęła ich ciepło, o co dopominał się lider. Mnie jednak ich występ zmęczył i znudził. Wysoka intensywność poszczególnych numerów i brak jakichkolwiek zmian dynamicznych sprawiły, że wszystko zlewało mi się w jedno i po prostu odpływałam gdzieś myślami, zupełnie nie mogąc się skupić na koncercie. Z trudem rozpoznawałam poszczególne numery. Pod tym względem COF mnie zresztą nieco zaskoczyli, myślałam, że bardziej poświęcą się najnowszej płycie Cryptoriana – The Seductiveness of Decay, tymczasem zespół opracował dość przekrojowy set. Czuję się w obowiązku wspomnieć o jednej bohaterce koncertu – podczas kiedy Dani był zupełnie niezrozumiały, to grająca na klawiszach i śpiewająca damskie partie Lindsay Schoolcraft błyszczała – swoje niełatwe partie śpiewała z gracją i bez problemu, nadając niektórym utworom nieco rozpoznawalności. Pod koniec koncertu poleciały zresztą Her Ghost In the Fog oraz Nymphetamine, w których tak naprawdę to ona gra pierwsze skrzypce.

O ile zatem Cradle Of Filth mnie nieco zawiedli, to przynajmniej odzyskałam Moonspell w takiej postaci, w jakiej najbardziej ich lubię. Warto było zatem zabalować w czwartek i pomęczyć się w piątek rano.

 

Autorką relacji jest Anna W.
Autorem zdjęć jest Goldmoon

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Latest posts by Piotr (see all)

Tagi: , , , , , , , , , .