Der Bunker X Digital Riot – Gliwice (9.02.2019)

Metalowe zęby, diamentowy uśmiech
Mechaniczne szczęki,
dwutonowe ugryzienie
Z zimowym mrozem, atomowy słup
Trwamy tam, gdzie walczą wielkie psy.
Twój bóg zesłał nas by niszczyć

Combichrist, Sent to destroy (tłumaczenie z angielskiego)


Industrialna anihilacja z cyklu Der Bunker dopełniła się po raz kolejny. Tym razem śląska ziemia zatrzęsła się nie tylko za sprawą lokalnych tąpnięć. Magnitudę skutecznie podbili małopolscy agresorzy z Digital Riot. Co z tego wyszło? Bunkrowa noc w Gleiwitz była mocarna, ale momentami też muzycznie niezwykle zaskakująca.


Co to w ogóle jest Der Bunker? Już wyjaśniamy. Są to imprezy w klimatach industrial metal, Neue Deutsche Härte, EBM, rave, electro, które w 2010 roku zapoczątkował Autoryzowany Polski Fanklub RammsteinFeuerrader. Z czasem koncepcja ewoluowała z formy zlotu fanów do formy przekrojowej, dlatego też na imprezie mimo statystycznej dominacji muzyki Rammstein jest też sporo elektroniki i innych form gitarowego grania. Kolejne odsłony organizowane są średnio co pół roku. Jak wypadła pierwsza tegoroczna, a w ogóle już 19. edycja (jeśli dobrze liczę) der Bunker? Relacjonujemy…


Po jednorazowej wizycie w chorzowskim Red & Black impreza powróciła do dobrze już znanej bunkrowej społeczności gliwickiej Spirali. Trzecia w historii sztuka w lokalnym klubie studenckim stanęła pod znakiem kolaboracji z krakowskim Digital Riot (Dev, Kornchild). Machina ruszyła o 21.00.

Imprezę tradycyjnie skutecznie rozbujała Nowa Niemiecka Surowość (Neue Deutsche Härte) pod postacią rammsteinowych pewniaków. Głos Lindemanna skutecznie ściągał gości na parkiet. Chyże harce oświetlenia Spirali dodawały spektakularności metalowym pląsom. EBM siał zamęt. Po półtorej godziny bunkrowy pejzaż malowały już dziesiątki bawiących się imprezowiczów. Kiedy parkiet odrobinę się przerzedził, liczebność tańczących przywrócił, a nawet podbił, dość niespodziewanie zagrany, a niezwykle “modny” cover od Ghost. Na kilka minut charakter taneczny imprezy zmienił profil na zabawę weselną.

Jak się nie pierwszy i nie dziesiąty raz okazało, bunkrowa brać potraf bawić się do wszystkiego. To stwierdzenie nabierało szczególnej autentyczności, kiedy utwory Combichrist, Prodigy, Blutengel, Rein, Manson, Nine Inch Nails, Depeche Mode przedzielały takie „bekowe” turbotanz numery jak Dosko (Stachursky), Faradenza (Little Big), czy Toxic od księżniczki Britney. Po tych tłumnie przetańczonych (choć z licznymi niedowierzającymi uśmiechami na parkiecie) anomaliach, natychmiast na ratunek – dla równowagi – przychodziła industrialna klasyka.

Śląsko-małopolskie przymierze (Cohonez, gorb., Dev, Kornchild) w sobotnią noc stworzyło solidną industrialną imprezę, choć z domieszką kontrowersji balansującej na granicy swoistej blasfemii. Urażonych chyba jednak brak, za to rozbawionych co nie miara. Sam ciężar gatunkowy przygniótł jak zawsze, kanon zachowany. A bunkrowy kanon to różnorodność gatunkowa w odcieniach ciemności – to jedna z głównych zalet cyklu. Na tej imprezie każda mroczna dusza znajduje coś dla siebie. Już odliczamy do następnej edycji. Eins… zwei… drei… vier…


Tomek Bilewicz

Woodstalker, koncertowicz, fan marketingu muzycznego, języków obcych, relaksu festiwalowego, TM, MDM i NDH
Tomek Bilewicz

Tagi: , , , , , , , , .