Dopethrone, Gurt – The Macbeth of Hoxton, Londyn (04.09.2019)

dopethrone, gurt - macbeth, london

Kiedy dowiedziałem się, że “najcięższy D.I.Y band z Kanady” – jak zwykli o sobie mówić członkowie Dopethrone – zawita do jednego z londyńskich klubów w ramach swojego europejskiego tournée, w momencie zapaliła mi się nad głową lampka, że tym razem nie odpuszczę i przybiję z montrealczykami piątkę. Tym bardziej że wydana w maju ubiegłego roku płyta “Transcanadian Anger” wbiła mnie w fotel, zresztą nadal to robi. Warto wspomnieć również na wstępie, że podczas nagrywania krążka na mikrofonie wspomagała Vince’a Pani Julie Unfortunate, a już podczas trasy przejęła w zasadzie całość partii wokalnych. I to był strzał w dziesiątkę!

Środowy wieczór pod pięknym bezchmurnym niebem zapowiadał się wspaniale. Co do samego miejsca: maks 150 osób, scena w odległości zaledwie kilku metrów od baru i kameralna atmosfera zwiastowały, że będzie to jeden z głośniejszych koncertów w tym roku, jakie udało mi się zobaczyć. Tłum gęstniał, w klubie robiło się coraz goręcej, a na scenę wszedł zespół Gurt. Przyznaję szczerze, że nie znałem wcześniej supportu, choć jest to jedna z popularniejszych “wyspiarskich” kapel grających sludge/stoner. W zasadzie od pierwszych taktów i riffów Gurt porwał publikę i wprowadził ją w odpowiedni, paradoksalnie humorystyczny nastrój. Konkretna dawka muzyki, w zasadzie niewiele różniąca się od tego co proponują Kanadyjczycy z Montrealu sprawdziła się fantastycznie. Było brudno, ciężko, momentami szybko, a przede wszystkim jakościowo! Byłem zaskoczony tym, że w tak małym klubie i pomimo bardzo głośnej muzyki, wszystko brzmiało selektywnie i czysto, choć nie obyło się bez małych problemów technicznych: jeden z mikrofonów perkusyjnych postanowił się przemieścić, na szczęście do akcji wkroczył Shawn Ellingham (perk. Dopethrone) i szybko usterkę naprawił. Warto też dodać, że do zabawy z publiką dołączyli także gwiazdy wieczoru.

Setlista:

Gauze And Effect

Jazz Cabbage

Horrendosaurus

Weed It And Weep

Marijuarmchair

One Hit Wonder

Squidgy Black Slide

Soap Feast

Battlepants

 

Na Dopethrone nie musieliśmy długo czekać, dali sobie i publiczności może jakieś dziesięć minut na ustawienie sprzętu i dokończenie drinków. Kiedy weszli na scenę, klub był już wypełniony po brzegi i miejsca było naprawdę niewiele. Sam stanąłem z boku zaraz przy wzmacniaczach Vince’a i to był błąd, do którego wrócę na koniec. Zespół sprzężeniami dał nam znać, że są gotowi, Julie skulona przy zestawie perkusyjnym wyczekiwała odpowiedniego momentu, aby rozpocząć łamanie kości. Od pierwszych chwil Snort Dagger z ostatniego krążka Transcanadian Anger (2018) publiczność wpadła w obłęd, a zespół swoją dziką energią wypełnił cały lokal. Muszę przyznać, że przez trzy pierwsze kawałki musiałem przebrnąć, nie łatwo było mi “wejść” w nastrój, mimo że muzykę Kanadyjczyków uwielbiam, to hałas i intensywność, jakie zespół serwuje na żywo bywa momentami bolesna. Przyzwyczaiłem się i wpadłem w trans gdzieś w połowie koncertu przy kawałku Dark Foil, mam wrażenie, że im dłużej zespół grał, tym lepiej brzmiał, tak jakby w głowie poprawiał się odbiór, a hałas zastępowała selektywność. Przy największym hicie Scum Fuck Blues zaśpiewanym wraz z fanami zespół odleciał kompletnie, to było istne sludge’owe szaleństwo, które skończyło się stage-divingiem jednego z fanów, a także upadkiem Vince’a, który kontynuował rzeź na siedząco. Dopethrone dokończył dzieła serwując kawałek Killdozer i to była “kropka nad i”, zwieńczona destrukcją zestawu perkusyjnego Shawna.

Setlista:

Snort Dagger

Planet Meth

Tweak Jabber

Porcelain God

Tap Runner

Dark Foil

Host

Wrong Sabbath

Miserabilist

Sultans Of Sin

Devil’s Dandruff

Scum Fuck Blues

Killdozer

 

Koncert zakończył się chwilę po godzinie 22.00, ja dochodziłem do siebie do wczesnych godzin porannych. Hałas i szum towarzyszyły mi jeszcze przez cały kolejny dzień. Jeśli wybierzecie się na koncert Dopethrone, nigdy nie ustawiajcie się w bliskiej odległości od wzmacniaczy, chyba że lubicie ból. 

Uwielbiam ten zespół, to jak potrafią porwać publikę swoją brudną, odrażającą, ale fantastyczną muzyką. To był pierwszy, ale na pewno nie ostatni gig z montrealczykami, który będę dobrze wspominał.


English version:

When I found out that “the heaviest DIY band from Canada” – as Dopethrone members used to say about themselves – will attend to one of London’s clubs as a part of their European tour, I immediately decided to seize that opportunity and to high-five Montreal-based crew. The “Transcanadian Anger” album released in May last year totally impressed me, and it still does, so I could not have any excuses. It is also worth mentioning that during recording of the album Ms. Julie Unfortunate supported Vince in the vocals at the studio, but during the tour she actually took over all the vocal parts. And it was a hit!

Wednesday evening promised to be wonderful under a beautiful cloudless sky. As for the gig location: maximum 150 people, the stage just a few meters from the bar and the intimate atmosphere indicated that it could be one of the louder concerts this year I’ve seen. The crowd was getting thicker, the club was getting hotter and the Gurt band supporting Dopethrone came on stage. I honestly admit that I did not know the support before, although it is one of the most popular UK bands playing sludge / stoner. In fact, from the first chords and riffs, Gurt carried the audience away and put it in the relevant, (paradoxically) humorous mood. A solid dose of music, in general not much different from what the Canadians from Montreal do, was fantastic. It was dirty, hard, sometimes fast, and with the high level of the quality! I was surprised that in such a small club and despite the sound loudness and intensity, everything was selective and clean – although with small technical problems. One of drumkit microphones changed its position, fortunately Shawn Ellingham (Dopethrone drummer) entered the action and quickly repaired the fault. It is also worth mentioning that the evening’s headliners joined the audience and had a fun during performance of the supporting band.

Setlist:

Gauze And Effect

Jazz Cabbage

Horrendosaurus

Weed It And Weep

Marijuarmchair

One Hit Wonder

Squidgy Black Slide

Soap Feast

Battlepants

 

We didn’t have to wait long for Dopethrone, they needed maybe about ten minutes to set up the gear and to finish drinks. When they got on stage, the club was already full and there was really little space. I stood by the side right next to Vince’s amplifiers and it was a mistake. I will explain this at the end of the article. The sound of guitar feedbacks let us know that they are ready, Julie huddled at the drumkit awaiting the right moment to start breaking bones. From the first moments of Snort Dagger from the last album (Transcanadian Anger, 2018), fans went insane, and the band filled the whole place with the wild energy. I have to admit that through the first three tracks, it was not easy for me to get in the mood. Although I love Canadians’ music, the noise and intensity that the band creates live can be painful for listeners. I got used to it and fell into a trance somewhere in the middle of the gig, at the song Dark Foil. I have the impression that the longer the band played, the better it sounded, as if the reception of their music was improving in the head, and the selectivity replaced the noise. With the biggest hit Scum Fuck Blues sung along with the fans, the band went completely crazy, it was a real sludge madness, ended with the stage-diving of one of the fans, as well as the fall of Vince, who continued the slaughter sitting down. Dopethrone finished the work by the song Killdozer and it was a “final touch”, crowned with the destruction of the Shawn’s drumkit.

Setlist:

Snort Dagger

Planet Meth

Tweak Jabber

Porcelain God

Tap Runner

Dark Foil

Host

Wrong Sabbath

Miserabilist

Sultans Of Sin

Devil’s Dandruff

Scum Fuck Blues

Killdozer

 

The concert ended shortly after 10:00PM, I was recovering until the early morning hours. Noise followed me throughout the next day. If you attend to a Dopethrone concert, never position yourself close to the amplifiers, unless you like pain.

I love this band, how they can take away the audience with their dirty, disgusting but really great music. For me, it was the first, but surely not the last gig with Montrealians that will remain in my memories.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .