Einar Selvik, The Moon and the Nightspirit – Kraków (05.03.2017)

Marzec. Śniegi stopniały, słupek rtęci topornie wspina się coraz wyżej, zza chmur wygląda stęsknione za ciepłymi dniami słońce. Przyroda stopniowo budzi się do życia, by jak co roku rozpocząć swą osobliwą podróż po kręgu życia. W człowieku też się coś odradza. Jakaś wewnętrzna siła pcha go ku spotkaniu z naturą. W takiej atmosferze przebiegały ostatnie dni oczekiwania na koncert artystów, którzy odpowiednio potrafią pomóc w symbiozie człowieka z przyrodą. Deszczowy Kraków był gospodarzem występu węgierskiej grupy The Moon and the Nightspirit, a także norweskiego kompozytora i multiinstrumentalisty Einara Selvika.

Wydarzenie miało miejsce pośród socrealistycznej zabudowy krakowskiej Nowej Huty, w Teatrze Łaźnia Nowa. W rzeczy samej, nazwa miejsca świetnie oddaje klimat wnętrza. Totalny brak wentylacji, nawet przy umiarkowanym ścisku, powodował, że niełatwo było ustać cały koncert pod sceną. Odbiór muzyki, którą przedstawili wykonawcy tego wieczoru, był zatem nieco spaczony, gdyż w zaduchu i cieple można było jedynie odpłynąć w złym kierunku. Moim zdaniem eteryczne dźwięki, jakimi ze sceny oczarowali publiczność The Moon and the Nightspirit oraz Einar Selvik wymagają skupienia i zadumy, której chyba nie dało się osiągnąć na stojąco. Rozumiem, że decyzja o przeniesieniu koncertu z klubu Kwadrat i zmianie jego charakteru z siedzącego na stojący, była podyktowana ogromnym zainteresowaniem ze strony fanów (szczególnie tych, którzy nie załapali się na zeszłoroczny koncert Wardruny w Łodzi). Niemniej jednak łaźnia parowa to nie jest dobre miejsce do słuchania tego typu muzyki.

Najważniejsza jednak jest muzyka. I choć całościowo wieczór stracił dużo przez panujący zaduch, to rzeczy, które działy się na scenie zapiszą się złotymi zgłoskami w koncertowej historii Nowej Łaźni. Sądząc po nastrojach i minach zgromadzonej publiczności, większość z niecierpliwością wyczekiwała wejścia na scenę goszczącego w roli suportu zespołu The Moon and the Nightspirit. Bez zbędnej konferansjerki węgierski kwartet wkroczył na scenę, po czym rozpoczął swój magiczny spektakl. Grupa zaprezentowała utwory z najnowszego wydawnictwa, Metanoia, które ukaże się już 17 marca. Występ zespołu stanowił potężną dawkę relaksacyjnych dźwięków muzyki folkowej. Charyzmatyczny kwartet rozruszał nieco zastygłą i rozmarzoną publiczność, co stanowiło najlepszy wstęp przed występem gwiazdy wieczoru. Kompletnie abstrakcyjny język węgierski zdawał się brzmieć jak zaklęcia wyjęte z prastarej mowy magów. Było to cudowne przeżycie.

Gdy po przerwie technicznej na scenę nieśmiało wkroczył Einar, zgromadzeni słuchacze omal nie odlecieli. Fascynacja twórczością Norwega jest obecnie w szczytowym punkcie, co przełożyło się na fantastyczną interakcję publiczności z artystą. Kompozytor podszedł do występu kompletnie wyluzowany. Jego solowe występy charakteryzują się tym, że dysponuje on większym polem manewru, jeśli chodzi o snucie historii i przedstawianie tła, które stoi za przedstawianymi przez niego kompozycjami.

Artysta już na początku odciął się od inspiracji wikińskim okresem historii Skandynawii, które nieświadomie mogą nasuwać się przez pryzmat serialu Wikingowie, z racji tego, iż twórcy współpracują z Einarem przy ścieżce dźwiękowej. Sam Selvik zaś wskazał na jeszcze starsze korzenie zaprezentowanych utworów, a także instrumentów użytych na scenie. Zgromadzeni mieli okazję posłuchać brzmienia tagelharpy i rogu, a przede wszystkim zaś własnoręcznie wykonanej przez muzyka siedmiostrunowej liry Kravik, wzorowanej na najstarszym instrumencie znalezionym przez archeologów na terenie Norwegii.

Einar Selvik wprowadził publiczność w arkana tradycyjnej muzyki nordyckiej, prowadząc z profesorską dokładnością iście ciekawy wykład. O ile nie przepadam za gadaniem ze sceny podczas koncertów, bo uważam, że muzyka powinna sama się obronić i nie potrzebuje do tego dodatkowych zapowiedzi, o tyle w przypadku występu Einara z pełną naturalnością chciało się słuchać, co miał do powiedzenia. Artysta pozwolił sobie na kilka żartów, na które publiczność reagowała śmiechem i oklaskami. W kwestii interakcji z tłumem kompozytor wniósł się na wyżyny.

Występ Einara został podsumowany w najlepszy możliwy sposób, a mianowicie długim i głośnym aplauzem. Na sam koniec artysta obiecał, że zamierza w niedalekiej przyszłości wrócić do Polski z Wardruną, co z pewnością jeszcze bardziej rozgrzało i tak już rozpaloną z emocji publikę. Miejmy nadzieję, że tym razem koncertów grupy będzie więcej, by wszyscy fani nordyckich pieśni mieli okazję usłyszeć te niesamowite dźwięki na żywo.

Vladymir

Vladymir

Now I am become Death, the destroyer of worlds.
Vladymir

Tagi: , , , , , , , , , , , .