Eivør, AyOwA – Poznań (12.10.2018)

Czy w Klubokawiarni Meskalina podają meskalinę? Niestety, nie. Jedyne używki, jakie tam znajdziecie to alkohole wszelkiej maści oraz prawdopodobnie kawa (tego nie wiem, sam nie pijam). Żadnych psychodelików. Odwiedziłem ten ciekawy lokal w centrum Poznania w jednym celu – obejrzeć gwiazdę Wysp Owczych Eivør Pálsdóttir.

Koncert został wyprzedany do ostatniego biletu, co nie przeszkadzało nieszczęśliwcom, którzy nie załapali się podglądać cały show przez okna klubu. To, co widzieli to mała scena, odpowiednia do pomieszczenia, które również do wielkich nie należało. Mały bar, miła obsługa (tego podpatrywacze nie mogli wiedzieć), reasumując, bardzo fajne miejsce.

Na rozgrzewkę miał wystąpić duet z Danii o niesamowicie dziwnej nazwie – AyOwA. Od razu przyznam się, że nic o nich wcześniej nie wiedziałem, nawet nie starałem się poznać ich twórczości. Ot tak, poszedłem na żywioł i mile się zaskoczyłem. Parę tę tworzą Hannah Schneider i Nicolai Kornerup, a grają oni pełną klimatu muzykę z pogranicza elektroniki. Szczerze powiem, że ich bardziej elektroniczne numery porwały mnie bez reszty. Niezły klimat, momentami mroczny, kiedy indziej rozmarzony. Jednak kiedy Pan Nicolai sięgał po akordeon, to odpadałem. Nie przepadam za tym instrumentem i nijak mi nie pasował do ich muzyki. Za to wokal Hannah położył mnie na łopatki, i gdyby nie Eivør, która miała wyjść na scenę zaraz po nich, Hannah byłaby dla mnie gwiazdą wieczoru. Piękna barwa jej głosu hipnotyzowała, sprawiała, że na chwilę zapominałem, gdzie jestem i co tam robię. Ich występ był niestety krótki (jak to na support przystało), a kiedy dobiegł końca wszyscy zaczęli wyczekiwać na Eivør.
A oto set AyOwA:

1. Insomnia
2. Sommer
3. Farvel
4. Alt det Du Ku
5. Eremit
6. Newcross !

Eivør nie dała na siebie długo czekać. Pojawiła się na scenie w towarzystwie dwóch panów. Jeden z nich zasiadł za bębnami, drugi miał operować klawiszami oraz basem. Zaczęli od utworu On My Way to Somewhere z płyty Bridges i od razu skradli tym serca i umysły zebranej w całej Meskalinie widowni. Po nim dostaliśmy próbkę z albumu Slør, a były to Brotin i Salt. Fenomenalna akustyka pomieszczenia oraz genialne nagłośnienie sprawiły, że numery te oczarowywały bardziej niźli w zaciszu domowym. Warto było usłyszeć je na żywo. Następnie powrócili do Bridges, tym razem do tytułowego numeru. Po tych czterech utworach nie mogłem nie zauważyć niesamowitej gry bębniarza. Dzięki swej mocnej ekspresji przez cały koncert, odwracał on moją (nie tylko) uwagę od Eivør. Niesamowita gra!

Dalej Eivør przedstawiła nam pierwszy z dwóch nowych utworów tego wieczoru – Lívsandin. Jak sama zauważyła, nie była to jego premiera, gdyż pół roku wcześniej w tym samym miejscu wykonała go po raz pierwszy. Ale to nic, tak czy inaczej utwór był cudowny. Kolejno znów zafundowali nam powrót do Slør w postaci Silvitni, a zaraz po nim usłyszeliśmy cover Leonarda Cohena Famous Blue Raincoat. Po nim, kiedy każdy łącznie ze mną nie mógł się nadziwić jak to możliwe, że Eivør Pálsdóttir ma tak niesamowity wokal, artystka oznajmiła, że jednak będzie tego wieczoru jakaś premiera. Nowością miał być niegrany jeszcze na żywo, świeży kawałek o nazwie Stirdur Saknur. Eivør znów porwała całą widownię swym niezwykłym głosem.

Następnie usłyszeliśmy dwie kompozycje z płyty Room. True Love i Boxes przedstawiły nam drugą formę ekspresji niesamowitego perkusisty, a mianowicie jego głos. Towarzyszył on Eivør jako backing vocal i muszę przyznać, że robił to co najmniej dobrze. Po tych dwóch dostaliśmy numer, na który chyba wszyscy czekali. Í Tokuni porwał dosłownie wszystkich – trzy osoby na scenie i około setki tłoczących się pod nią. Szalona i wyjątkowa ekspresja całej trójki, w tym egzotyczne operowanie głosem Eivør sprawiło, iż ten numer zapamiętałem najbardziej ze wszystkich granych tego wieczoru. Na koniec usłyszeliśmy Tides z albumu Bridges oraz Falling Free z płyty Room. Eivør się pożegnała i wyszła wraz z towarzyszami sceny. Jednak na bisy szybko wróciła, by wykonać Trøllabundin. Zauważyłem, że niektórzy z widowni czekali szczególnie na tę właśnie kompozycję, o czym świadczyła reakcja publiczności. Jednakże największy odzew pozostał przy utworze Í Tokuni.

Czternasto-numerowy set i nieco ponad 70 minut muzyki pozostawiło spory niedosyt. Chciałoby się jeszcze posłuchać tego wyjątkowego głosu. Poczuć magię tych dźwięków. Niestety, więcej już nie było. To był koniec muzycznych wrażeń na ten wieczór. Przynajmniej dla mnie. Osoby, które dzieliły ze mną to doświadczenie, zgodzą się, że pomimo małego rozmiaru, koncert ten będzie wielce zapamiętany.

 

Foto: Andrzej Majos

 

Tagi: , , , , , .