Festiwal Uwolnić Muzykę – Środa Śląska (26-27.07.2019)

W ubiegły weekend odbyła się kolejna edycja imprezy pod szyldem Festiwal Uwolnić Muzykę. Tak jak rok temu odbył się na terenie Specjalnego Ośrodka Szkolno–Wychowawczego tuż przy akwenie Kajaki w Środzie Śląskiej. Na festiwalu zagrało aż 13 zespołów.


Po punktualnym przybyciu na teren festiwalu okazało się, że nastąpiła około godzinna obsuwa. Koniec końców, na scenę wkroczyła La Ninia, która przy okazji premiery cieszyła się niezłą opinią między innymi ze strony Piotra Wiwczarka (Vader). Kapela tworzy mariaż metalcore’u z groove/death metalem. Na scenie prezentowali się całkiem przyzwoicie. Wstydu nie było, ale efektu wow również nie uświadczyłem. Dobra kapela, żeby w miłej aurze spędzić pierwsze minuty tego festiwalu.

Zgoła odmienne wrażenie zrobił na mnie występ śląskiego kwintetu Spatial. Set oparty był głównie na najnowszym wydawnictwie Continuum, i wcale się nie dziwię, że mój redakcyjny kolega w recenzji nie szczędził dobrych słów. Ta muzyka na żywo prezentuje się jeszcze lepiej, wskakuje na wyższy poziom. Na dwa utwory do zespołu dołączyła Anna Achtelik z As Night Falls i w wokalnym duecie ze Strzygą świetnie wykonali Restless Life oraz cover, który był dla mnie nie lada niespodzianką, bo postanowili wykonać Scorpion Flower legendarnego Moonspell. Muszę przyznać, że dali radę! No i wielkie brawa za wokale, bo Strzyga operuje świetnym głosem, głębokie i czyste partie nie są problemem pomiędzy ciężkim growlem lub blackowym screamem. No i ten moment kiedy Strzyga w pozycji klęczącej wypowiadał fragmenty Koronki do Miłosierdzia Bożego – nie powiem, zrobiło to na mnie wrażenie.

Taki występ musiał być zwieńczony zakupem płyty – i tak się stało.

W pewnych muzycznych kręgach Undertheskin jest zespołem o wysokiej randze, zatem ogłoszenie ich występu na FUM potraktowałem z powagą. Jak było na żywo? Szczerze mówiąc spodziewałem się muzyki bardziej urozmaiconej, bo z utworu na utwór wydawało mi się, że to rozciągnięta do granic możliwości jedna kompozycja. Owszem, to świetny przerywnik od ciężkich metalowych dźwięków, aby złapać oddech i  spokojnie odpocząć, ale mojego muzycznego serca nie udało im się zaskarbić. 

Następnym zespołem na deskach festiwalowej sceny była Moyra, którą miałem przyjemność zobaczyć na żywo po raz trzeci. Ciężko mi wskazać dlaczego, ale poprzednie ich występy to były ciosy totalne. Teraz natomiast było „jedynie” dobrze. Wokal Małgosi nadal piekielnie dobre wrażenie, a sekcja rytmiczna bardzo sprawnie się wywiązywała ze swoich obowiązków. Kilka punktów do końcowych wrażeń wizualnych z koncertu dodawały zainstalowane wiatraki mające rozwiewać blond włosy wokalistki. Stałym punktem programu zespołu były świetnie wykonane covery Megadeth i Arch Enemy. Bez wątpienia Moyra to tuż obok Warbell i Valkenrag to najciekawszy zespół w swoim gatunku.

Krakowski Jarun był przedostatnią formacją mającą uwolnić muzykę tego dnia. Połączenie blacku z folkowym klimatem wychodzi im znakomicie. Przekrojowa setlista zaprezentowała możliwości zespołu, a na domiar tego zagrali nowy utwór, który sprawił wrażenie, że zespół idzie w stronę bardziej surowego i agresywnego black metalu aniżeli progresji zawartej na płycie Sporysz. Nie sposób nie wspomnieć, że zagrany na żywo kawałek Wziemiowstąpienie to był istny sztos! Dzięki Panowie.

Na koniec piątkowego dnia na scenę wkroczył czołg Vader pod dowództwem niezmordowanego Generała Petera. Legenda polskiego death/thash metalu jest obecnie w świetnej formie koncertowej i obecny skład jest moim ulubionym tuż obok Peter/Doc/Mauser/Shambo. Na dobry wieczór poleciał koncertowy killer czyli Wings, był też The Final Massacre, ciągle mielący kości Carnal, rewelacyjny Epitaph, melodyjny Triumph of Death oraz singiel z najnowszej EPki Grand Deceiver. Koniec zwieńczył kvltowy i zagrany szybciej niż zwykle Cold Demons oraz Sword of the Witcher. Coś kapitalnego! Popisy solowe zarówno Piotra, jak i Spidera to prawdziwy majstersztyk, a sam koncert przeleciał zbyt szybko. Światowa klasa!


Sobotnie koncerty zostały rozpoczęte przez poznańską formację Heresy Denied grającą deathcore. Pomimo faktu, iż zespół widziałem w ostatnim czasie kilkukrotnie, postanowiłem sprawdzić ich obecną formę. Formacja zaprezentowała materiał zarówno z debiutanckiego Innerception, jak i świeży, który znajdzie się na nowym krążku. Było ciężko, urozmaicone i progresywne aranże gitar przeplatały się z technicznymi i brutalnymi partiami. Wokal do jednostajnych również nie należał, scream i skrzek oraz czyste partie, którymi operuje Marcin również robią wrażenie, jednak te ostatnie wypadają najmniej efektownie. Na uwagę zasługuje fakt, że nowy materiał nasączony jest nieco black metalem, co prezentuje się nad wyraz ciekawie.

Moim skromnym zdaniem Vane wszedł, zagrał swoje, a na koniec otrzymał pamiątkową płytę. Nie wyróżnili się niczym szczególnym. Oczywiście umiejętności nie można im odebrać, bo wszystko było zagrane poprawnie, jednak trudno mi było dosłyszeć choć trochę oryginalności.

Za to odmienne wrażenie na mnie zrobiła wrocławska Lilla Veneda. Świetnie nagłośniony i zagrany kawał blackened death metalu. Na początek poszedł singlowy Divination, przy którym z miejsca udzieliła się dobra atmosfera. Również Entropy Blaze w wersji live zabrzmiało bardzo solidnie. Cała sekcja rytmiczna zagrała bezbłędnie, liczne blasty oraz niezłe solówki robiły wrażenie, a możliwości wokalne Viriana należy pochwalić, bo gardło zdzierał niemiłosiernie.

Odnośnie zespołu Popiół mam podobne zdanie jak o Vane. W ich występie nie znalazłem zbytnio dużo elementów, które by mnie chwyciły za serce i pozwoliły na zachwyt ich twórczością.

Za to już teraz mogę powiedzieć, że koncert Tortharry to był jeden z najlepszych koncertów tego dnia. Czeskie trio z Danem na czele zaserwowało jeden z najlepszych death metalowych koncertów, jakie mi było dane widzieć na żywo w tym roku. Było klasycznie i brutalnie, z naprawdę świetnymi solówkami. Każdy kolejny utwór urywał głowę, a kapitalne brzmienie jeszcze bardziej podkreślało ten stan rzeczy. Jeśli jeszcze z jakichś powodów nie znacie tej kapeli a wielbisz Cannibal Corpse, Nile lub Incantation to czas najwyższy nadrobić zaległości.

Po raz kolejny zostałem oczarowany koncertem zespołu Sunnata. Występ był niezwykle klimatyczny i odrywający słuchacza od rzeczywistości. Połączenie stonera z doomem i sludge’owym ciężarem z rytualnym charakterem wychodzi im bezbłędnie. Co prawda może duża ilość dymu nie była dla fotografów zbyt fajnym elementem występu, za to stojąc przed sceną w transie dodawała słuchaczowi specyficznej i tajemniczej aury. Setlista była przekrojowa, chociaż nie obraziłbym się gdyby pewnego dnia pokusili się o zagranie w całości ostatniego albumu Outlands, w którym słychać ducha Alice in Chains. Ktoś mógłby powiedzieć, że można poczuć znużenie, ale ja akurat taki klimat koncertu kupuję w 200%.

Może szalikowcem Rotting Christ nie jestem, ot zwyczajnie w świecie lubię i szanuję, więc o koncercie Greków wypowie się red. Annika:
Ustawiona pod barierkami publika niecierpliwiła się na występ, aby wkrótce entuzjastycznie przywitać ekipę braci Tolis. Koncert rozpoczęło podniosłe Hallowed By Thy Name, które na spowitej dymem scenie zbudowało mistyczną atmosferę, z kolei następne kawałki zadbały o to, żeby zaraźliwa energia sceniczna Greków udzieliła się fanom. Nie brakowało osób, które spędziły lwią część koncertu na szaleńczym headbangowaniu, śpiewały czy po prostu domagały się więcej.
Kolejnym atutem koncertu był zróżnicowany repertuar. Na setliście zagościły bowiem nie tylko utwory promujące najnowsze wydawnictwo zespołu, takich jak dynamiczny singiel Fire, God and Fear czy Dies Irae. Pozytywnym zaskoczeniem dla zwolenników wczesnego materiału grupy okazały się kawałki King of a Stellar War i klasyczne Non Serviam, które zwieńczyło występ Rotting Christ, a jednocześnie ósmą edycję Festiwalu Uwolnić Muzykę. Wśród oklasków rozlegało się również wykrzykiwane z zachwytem i wdzięcznością „Non Serviam”, wyrażające uznanie dla headlinera i przede wszystkim dla organizatora festiwalu.


Warto wspomnieć o kilku aspektach około-festiwalowych.

Strefa gastronomiczna serwowała zgromadzonym fanom zarówno posiłki (kiełbasa, karkówka, szaszłyk, pajda ze smalcem), jak i napoje chłodzące w formie tylko jednej marki piwa – Warka. Na dodatek sposób jej działania był dosyć dyskusyjny, bowiem należało się wrócić do wejścia (gdzie wchodzili uczestnicy i co niektórzy również kupowali bilety), zakupić talon i z tym talonem dopiero złożyć zamówienie i go odebrać.
Dla festiwalowiczów udostępniony był całkiem spory i darmowy parking wraz z polem namiotowym.
Do minusów należy zaliczyć ochronę obiektu – a raczej jej brak. Można było wnieść, co się chciało, i nie mówię tu tylko o własnym alkoholu. Ponadto ochrona powinna się zjawić przed sceną na koncercie Vader, gdyż nie brakowało crowdsurfujących fanów, którzy przelatywali przez barierki na własną, z pewnością nie do końca przemyślaną odpowiedzialność.
Na spory plus zasługują stoiska z muzycznym merchem od Ermland Productions/Winylowo.com, Seven Gates of Hell, Mad Lion Records i Old Temple, gdzie bez większych problemów można było się „pozbyć” swoich środków finansowych. Również jako plus zaliczyć można jakość nagłośnienia, która  była na wysokim poziomie, tak więc brawa dla Music Partners, dobra robota!

Ósma edycja Festiwalu Uwolnić Muzykę przeszła do historii.
Za rok liczę na lepsze piwo, prawdziwą ochronę i ciekawy skład kapel. Do zobaczenia!

 

Autorem zdjęć jest Przemysław Cholewiński.

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .