Foad Fest II – Kraków (30.11-01.12.2018)

W tym roku nie mogłem sobie pozwolić, aby cokolwiek pokrzyżowało moje plany względem drugiej edycji Foad Fest, która odbyła się na przełomie listopada i grudnia bieżącego roku w krakowskim klubie Zet Pe Te.


Dzień 1

Jako pierwsi na scenie zamontowali się Panowie z Sosnowca – kapela Formis. Bez zbędnego zapowiadania i rozległej konferansjerki chłopaki rozpoczęli death/thrash metalowe zniszczenie. Grupa zagrała przekrojowy set, ale najbardziej do gustu przypadły mi pieśni z ostatniego pełniaka zatytułowanego Chaozium. Moim zdaniem jest to kompozycyjnie najlepsze wydawnictwo, a na dodatek w całości w ojczystym języku. Jak można było zauważyć, zgromadzonym fanom występ również wpadł w ucho, bowiem od pierwszych dźwięków znalazło się kilkoro mosh pitowych wojowników.

Bardzo szybka przepinka i na scenę wtargnęli członkowie Ragehammer z Tymkiem na czele. To było iście dzikie show. Ta kapela na żywo niszczy totalnie, co było widać po publice, która znakomicie reagowała na poczynania krakowskiego zespołu. Każdy utwór to był muzyczny cios, ciężko było ustać w miejscu, tym bardziej widząc szalony headbanging wokalisty.

Nie tak dawno temu miałem przyjemność zobaczyć po raz pierwszy Moloch Letalis. Był to występ poprawny, jednak byłem ciekaw, czy może tym razem kapela mnie przekona do siebie w większym stopniu. Wielkopolskie trio gra surowy i agresywny black z domieszką thrash metalu. Muszę przyznać, że kawałki są na swój sposób przebojowe i świetnie wypadają na żywo. Mocne i melodyjne granie, do przodu, i z maksymalnie bluźnierczymi tekstami. Diehard fanem nie pozostałem, ale czas spędzony na koncercie uznaję za dobrze wykorzystany.

Trudno jest mi zliczyć występy Infernal War, które widziałem, ale jedno trzeba przyznać – jest to koncertowa maszyna do zabijania. Płyta Axiom to jest muzyczne szaleństwo i tak właśnie było na koncercie; kawałków Into Dead Soil, Paradygmat czy też Axiom można słuchać bez końca. Na dodatek sceniczna aparycja Warcrimera dodaje im w ogólnym rozrachunku kilka dodatkowych punktów. I jeszcze brzmienie, które chłostało tak jak powinno. Koncert sztos!

Przyznam się bez bicia, że pomimo tego, że nazwę Witchmaster kojarzę, to nigdy mi nie było dane ich dłużej posłuchać. To, co zaś zrobili na scenie, i jak reagowała publika przeszło moje oczekiwania. Myślałem, że koncertem wieczoru będzie występ Infernal War, ale najlepszy koncert należy do Witchmaster. Nie było mowy o chwili oddechu, energia ze sceny wręcz wylewała się w ogromnych ilościach. Tak więc jako zadanie domowe zabieram się za dyskografię tego zespołu.

Pierwszy dzień festiwalu zamknął zespół organizatora, czyli krakowski Cień. To akurat taki black metal, który lubię najbardziej, nieco depresyjny, pełny klimatu. Świetny pomysł, żeby właśnie taką muzykę dać na sam koniec i w pewien sposób „przybić” słuchacza. Szkoda tylko, że nie zagrali utworu Betonowe królestwo. Bardzo solidny występ, który wylądował w moim TOP5 spośród wszystkich sztuk pierwszego dnia festu.


Dzień 2

Drugiego dnia koncerty rozpoczęły się z ponad godzinną obsuwą, która wyniknęła przez przedłużające się próby dźwięku. Z koncertu na koncert czasową obsuwę minimalizowano poprzez turbo szybkie „przepinki”.

Jako pierwszy swój rytuał odprawił Proch. Widziałem ich po raz trzeci i za każdym razem zespół ten pilnuje, aby swoją widownię odpowiednio wprowadzić w klimat koncertu. Na scenie umiejscowiono ołtarzyk wraz ze świecami i  kadzidłami oraz obrusem przyozdobionym logiem zespołu. Show zostało zapoczątkowane przez mroczne intro, a następnie mogliśmy usłyszeć utwory z debiutanckiego albumu Trupi Synod. Jeśli lubisz Carpathian Forest, to fanem hordy Proch staniesz się z automatu.

Występ Witchfuck poświęciłem na dialog z redakcyjnym kolegą, i już po domowym odsłuchu EPki Disgusting Rock’n’Roll nie nastawiałem się, że jest to koncert, na którym powinienem się koniecznie pojawić.

Above Aurora dała dość mglisty i gęsty w odczuciu koncert. Ostatnie wydawnictwo nie przypadło mi do gustu, więc jedynie utwory zagrane z Onwards Desolation wywoływały we mnie wewnętrzne zadowolenie. Choć zabrakło mi trochę ich anturażu (świece na statywie), do którego mnie zespół przyzwyczaił.

Kzohh to kapela, którą powinien znać każdy szanujący się maniak czarnego metalu. Są kolejnym argumentem, że należy mieć na oku ukraińską scenę, bo tamte zespoły potrafią coraz częściej zachwycać (polecam chociażby 1917, Balfor, Burshtyn). Przyodziani dosłownie w jakieś łachmany oraz dziwne maski nadali występowi niesamowitego klimatu. O ile się nie mylę, to zespół zagrał utwory jedynie z najnowszego albumu 26, które łącznie trwały około 40 minut. To rodzaj takiego grania, że gdyby zagrali 90 minut, to i tak czułbym niedosyt. Muzycy stojący niczym posągi, mroczne sample, wokalista z charczącym i opętańczym wokalem stworzyli rytuał, który trzymał mnie od pierwszej do ostatniej sekundy koncertu. Nawet teraz przypominając sobie ten występ, mam ciarki.

Pierwsze dźwięki z nowej płyty kolektywu pod nazwą Entropia usłyszałem wiosną, kiedy to supportowali na trasie Pilgrimage Tour zespół Batushka. Wtedy nowe kawałki nie zażarły, powiem nawet, że poczułem znudzenie i odliczałem minuty do końca koncertu. Tym razem było jednak inaczej. Zagrali w sporej części nowy krążek Vacuum, który na żywo zyskuje, i to bardzo dużo. Można było odpłynąć w psychodeliczne głębiny i zapomnieć o otaczającej rzeczywistości. Ale jednego zdania nie zmienię, spokojnie można było utwory skrócić o 30%, bo na dłuższą metę słuchając tych kompozycji, utwierdzałem się w przekonaniu, że chyba na siłę je rozciągnięto. Ogólnie koncert odebrałem pozytywnie, choć bez ochów i achów, o których czytałem w niejednej recenzji. Niezaprzeczalnie są tworem oryginalnym i za to należą się brawa.

Jak wszyscy wiemy polski zespół Hate ma rzeszę oddanych fanów, jak i zagorzałych hejterów. Ja akurat należę do tych pierwszych, a wieść o tym, że zagrają na Foad Fest II była jednym z głównych argumentów, aby się na to wydarzenie stawić. Co otrzymałem? Solidny black/death metalowy łomot z niezaprzeczalnie świetną przekrojową setlistą, której koniec zwieńczył hicior Hex. Zespół w charakterystycznym dla Hate corpse paincie dawał z siebie wszystko, co przedłożyło się na żywiołową reakcję publiki. Bardzo dobry występ.

Na sam koniec swoje sceniczne szaleństwo uprawiał warszawski sekstet ROSK. To, co oni robili na scenie, jest trudne do opisania. Zarówno dwaj niezwykle uzupełniający się wokaliści, jak i gitarzyści dwoili się i troili, wskakiwali na kolumnowe case’y, chcąc jeszcze bardziej nakręcić zgromadzoną publikę. Kto został, ten wygrał, bo warto było poczekać. Przeplatanie ambientowo-elektronicznych klimatów post-rockiem, a w to wszystko wciśnięty black metal (!) – no ja nie mam pytań. Nawet problemy z nagłośnieniem wokali nie potrafiły popsuć mi frajdy z tego show. Co bym nie napisał o tym koncercie, to i tak będzie mało. Piękna ściana dźwięku i maksimum scenicznej ekspresji – to jest właśnie ROSK. Jeśli Ty słuchaczu/czytelniku zobaczysz ich na żywo – zrozumiesz, co próbowałem tutaj przekazać.

 

Bardzo się cieszę z faktu, iż taki klubowy fest rozwija się w szybkim tempie, ekstremalnej muzyki zebranej w jednym miejscu nigdy dość. 
Poza tym organizacja przebiegła bez większych uwag, klub ZetPeTe pomimo niskiej temperatury wewnątrz oceniam pozytywnie, plus bardzo dobre nagłośnienie, praktycznie bezkolejkowy bar oraz strefa barowo-chilloutowo-merchowa oddzielona od sali koncertowej. Wszystko się zgodziło \m/

Zdjęcia – Agressive Photography

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .