FOAD FEST – Kraków (1-2.12.2017)

Świetnie się złożyło, że pierwsza krakowska impreza pod szyldem FOAD FEST zbiegła się wraz z prawdziwym początkiem zimy. Nie będę ukrywał, że mróz i śnieg jedynie podkreśliły specyficzny charakter black death metalowego weekendu w Zet Pe Te. Ponownie nie będę ukrywał, że patrząc na plakat imprezy, nie miałem obaw co do jakości muzycznej eksterminacji, jaka miała zostać przeprowadzona przez solidną reprezentację naszego rodzimego podziemia.

Dzień I – Piątek – 1.12.2017

Do klubu dotarłem tuż po pierwszym numerze lubelskich death metalowców z Deivos. Na sali co prawda było jeszcze niewiele osób, ale wraz z kolejnymi utworami publika delikatnie gęstniała. Ze sceny natomiast naparzała solidna dawka śmierci spod znaku polsko-amerykańskiej szkoły. Zespół oprócz odegrania numerów z ubiegłorocznego sztosu w postaci Endemic Divine, parokrotnie cofnął się do swoich poprzednich wydawnictw. Niezobowiązujący, skrupulatnie niszczący występ był naprawdę dobrym rozpoczęciem wieczoru.

Po niewielkich roszadach w składzie, na scenie zainstalował się Ulcer, którego ostatni krążek Heading Below zebrał w recenzjach sporo pozytywnych opinii. Nic dziwnego, zespół na żywo brzmi niesamowicie potężnie i z przyjemnością oglądało się takie tortury w akcji. Sam występ porwał mnie o wiele bardziej niż poprzedników. Choć nie jestem zagorzałym miłośnikiem szwedzkiej odsłony death metalu, a moje romanse z Dismember  czy Entombed są raczej okazjonalne, tak występ rzeźników z Lublina jedynie zaostrzył mi apetyt na skandynawską szkołę miażdżenia. 

W przypadku Mord’A’Stigmata miałem jednak całkowitą pewność, że będzie to występ na wysokim poziomie. Za każdym razem gdy jestem na ich koncercie, mroczny i zarazem niezwykle melodyjny black/post metal dosłownie wbija człowieka w ziemię. Podobnie było i tym razem! Przemyślanie złożony set, niewielka ilość światła, kłęby dymu i przede wszystkim transowa muzyka. Nie wierzę, że ktoś nie mógł ich jeszcze widzieć, ale jeżeli takowi są to czym prędzej nadrabiajcie zaległości!

Medico Peste było tą nazwą, która elektryzowała mnie najbardziej podczas pierwszego dnia FOAD FEST. Zarówno świetny debiut, jak i recenzowana przeze mnie w tym roku EP Herzogian Darkness (link) aż prosiły się o zaprezentowanie na żywo. Powiem wam moi drodzy, że krakowscy black metalowcy pokazali prawdziwą klasę! Chora, obłąkana i czarna muzyka była świetnie uzupełniania przez wyświetlane na ekranie klipy, rezultat naprawdę godny pochwały. Występ jedynie potwierdza dobrą decyzję muzyków o reaktywacji, a ja z niecierpliwością czekam na nową dawkę trucizny!

Zamknięcie wieczoru zostało powierzone drugim gospodarzom, czyli formacji Cień. Występ okazał się o tyle wyjątkowy, że tego samego dnia miała miejsce premiera drugiego albumu pt. Fate, wydanego pod banderą Old Temple. Klimatyczny black metal – chyba tak najłatwiej mi ująć trzy numery, które miałem okazję zobaczyć podczas tamtego wieczoru w Zet Pe Te. Niestety zmęczenie wzięło górę i dalszy udział musiałem odpuścić. To, co jednak miałem okazję usłyszeć dość skutecznie zachęciło mnie do powtórnego zobaczenia chłopaków w akcji.

Dzień II – Sobota – 2.12.2017

Drugi dzień ekstremalnego misterium rozpocząłem mniej więcej w połowie koncertu Hellspawn. Death metalowcy skutecznie rozgrzewali scenę przed kolejnymi zespołami, co prawda bez większych fajerwerków, lecz na dobrym poziomie, ja natomiast większą część występu spędziłem, przebierając w rzeczach na merchu (duży plus za szeroki wybór i przyziemne ceny).

 Offence zarówno na debiutanckim R.A.W., jak i Adoration of Black Kingdom prezentuje taki styl rozpierduchy, jaki lubię. Brudny, chamski, pijany, czasami wręcz prymitywny. I taki właśnie był ten występ, od samego początku do końca! Bytomscy rzeźnicy nie szczędzili nikogo i raz po raz serwowali grobowo-piwniczne strzały, które jedynie potęgowały chęć tłumu do większej dawki brutalności. Brawo Panowie, czekam z utęsknieniem na kolejny koncert!

Co do Pandemonium to chyba nikt nie miał wątpliwości, jak będzie wyglądał ten występ. Profesjonalny, monumentalny i niesamowicie ciężki walec z łódzkich zakładów stanic dark metalowych dosłownie rozwałkował zgromadzonych niewiernych. Oglądanie, a przede wszystkim słuchanie legendy naszej sceny było prawdziwą przyjemnością. Dodajmy do tego świetne zestawienie nowych numerów z klasyką (świetne Memories, ogromna radość za Frost), a także niesamowicie rodzinną atmosferę dało mi maksymalne spełnienie oczekiwań, jakie miałem wobec tego koncertu. Podsumowując: Jebać odsłuch, Łódź kurwa!

Prawdę powiedziawszy nie wiedziałem czego dokładnie spodziewać się po koncercie Arkony, poza oczywistą bezwzględnością, jaka płynie z muzyki wielkopolskich bluźnierców. Z jednej strony bezkompromisowe zabójstwo wszelkich wartości ze starych wydawnictw, z drugiej niesamowicie emocjonalny Lunarsi, który porywa wręcz swoją chwytliwością. Ekipa dowodzona od ponad 20 lat przez Khorzona potrafi jednak to wszystko wypośrodkować i jednym słowem: pogrążyć! Arkona zaklęła tego wieczoru wszystkie siły natury, co przekuła na niezwykle intensywną porcję pierwszoligowego black metalu, który dobitnie sprawił, że ziemia została naszym przeznaczeniem.

Ostatnią hordą, jaka hałasowała sobotniego wieczoru w Zet Pe Te był  Embrional. Death metal spod znaku Azarath czy Anima Damnata wydawał się idealnym zwieńczeniem całego festiwalu i trudno się z tym nie zgodzić. Brutalizacja w wykonaniu gliwickiego oddziału śmierci przebiegła tak sprawnie i solidnie, że naprawdę trudno było nie zbierać zębów z podłogi w czasie ich występu. Siarka i smoła podgrzane do temperatury 666*C, a wszystko podane z prędkością światła i mocą porównywalną do wybuchu bomby. W Gliwicach nie ma dobra, jest tylko Embrional!

I to by było na tyle. Dziękuję konceptowi FOAD za dwa dni pełne brutalnego metalu spod sztandaru nienawiści. Hate Them All Spatial – mam nadzieję, że będzie jeszcze szansa by zobaczyć was na scenie. Niestety tym razem proza dnia codziennego uniemożliwiła uczestnictwo na wszystkich koncertach. Myślę, że imprezę docenił każdy, kto miał okazję pojawić się minionego weekendu w Zet Pe Te, szkoda jednak, że takowych było mniej niż się spodziewałem. Najwidoczniej nawet odwołany koncert Morbid Angel nie przekonał jęczących o inny termin do zawitania na Dolnych Młynów. Cóż, ich strata, nieobecni mogą jedynie żałować. Takie inicjatywy, jak ta, potwierdzają natomiast potrzebę ich organizowania, a ja mam nadzieję, że to jedynie początek kolejnego cyklicznego przystanku w drodze do muzycznego piekła. 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .