Godsmack – Kraków (12.06.2019)

Godsmack, kilka miesięcy po bardzo udanym (jeśli wierzyć relacjom) koncercie w Warszawie, zahaczył z wizytą także o stolicę Małopolski. Z uwagi na to, że koncert odbywał się dzień po Impact Festival, na którym gościłem, postanowiłem przedłużyć sobie urlop w Krakowie i za jednym zamachem zaliczyć wizytę także w Klubie Studio.

Mogę napisać już na wstępie, że impreza była z dużą dozą prawdopodobieństwa najgorętszym wydarzeniem 2019 roku. Na miano to nie zasłużyła sobie jednak jakoś szczególnie udanym setem gwiazdy wieczoru, czy atmosferą panującą podczas koncertu, a faktem, że chwilę po występie supportującego Godsmack Cochise (na samą sztukę zespołu Pawła Małaszyńskiego niestety nie zdążyłem, czego – chociażby z powodów czysto poznawczych – trochę żałuję) w Studiu nastąpiła awaria instalacji elektrycznej, która wyprawiła w stan spoczynku także klubową wentylację.

Wyobraźcie więc sobie kilkuset osobowy tłum, który w temperaturze kilkudziesięciu stopni grzeje się w wyczekiwaniu na występ zespołu, opóźnionego finalnie o blisko godzinę. Ze sceny nie zabrzmiała jeszcze żadna kompozycja Godsmack, a ludzie mieli już całą odzież wierzchnią do wymiany. Szkoda, że zabrakło ze strony organizatora woli zakomunikowania ludziom powodów opóźnienia koncertu, po stronie elementów ratujących jego podejście do tematu zaliczyć można jedynie wodę, rozdawaną publice przez ochroniarzy krzątających się po scenie.

W końcu jednak specjaliści od elektryczności połatali co trzeba i po godzinie 21 na scenie rozgościła się sympatyczna ekipa z Bostonu.

Naprawdę lubię ten skład. Śledzę jego poczynania od dobrych 15 lat, mam na półce wszystkie płyty poza dość kiepskim When Legends Rise i przyznam szczerze, że oczekiwałem po Godsmack solidnej hard rockowej zabawy. W praktyce się ze swoimi oczekiwaniami nieco przeliczyłem, bo o ile zarówno set, złożony z najbardziej znanych numerów grupy (było i Keep Away i Awake, poszło ze sceny Straight Out of Line i Voodoo, Whatever i zagrane na bis I Stand Alone) jak i entuzjastyczne reakcje publiczności powinny składać się na pozytywną ocenę wydarzenia, czegoś mi w występie Godsmack zabrakło.

Być może była to kwestia nieco suchego brzmienia, może dość statycznej prezencji grupy (poza Sullym Erną i Shannonem Larkinem, zespół przeszedł nieco obok tego koncertu), może też niezbyt udanej, wokalnej dyspozycji dnia frontmana zespołu, ale impreza jako całość, nie zrobiła na mnie szczególnie piorunującego wrażenia.

Owszem, były momenty, w których człowiek porwał się do wesołego moshu, były też jednak takie (ckliwe pianinko w Under Your Scars, czy bezpłciowo zaimprowizowane jam session) które niemiłosiernie mnie wynudziły. Nie przekonało mnie też do siebie jarmarczne poczucie humoru Sully’ego, który starał się grać turbo wyluzowanego typa, podrywając nawet w pewnym momencie dziewczynę robiącą zdjęcia (podziwiam przy tym jej opanowanie, bo za „zaimprowizowanego” całusa mógł od niejednej mniej wyrozumiałej panny przywitać się z liściem). Wokalista zapulsował na szczęście na koniec, zapraszając na scenę jednego z przybyłych do Studia brzdąców – fajne wspomnienie będzie miał dzieciak na całe życie.

Wszystkie powyższe elementy sprawiają, że trudno mi jednoznacznie ocenić koncert zespołu, który chciałem zobaczyć już od lat. Sądząc po reakcjach publiczności jestem chyba jednak w mniejszości, pozostaje mi więc wziąć poprawkę na fakt, że może po prostu przegrałem z własnymi oczekiwaniami w stosunku do tego składu.

Cóż, jakoś będę z tym żył.

Synu

Fan szeroko pojętej muzyki gitarowej. Z wszelkich szuflad i gatunkowych etykiet.
Napisz do autora: synu@kvlt.pl
Synu

Tagi: , , , , , .