Godsmack – Warszawa (26.03.2019)

Czasami miewam przeczucie, że niebawem stanie się coś wspaniałego. Ostatni raz dopadło mnie ono we wtorek 26 marca, kiedy to widząc mniej więcej dwustumetrową kolejkę sięgającą aż tyłów stojącego obok warszawskiego klubu Progresja z miejsca wiedziałem, że czeka mnie coś wyjątkowego – do tej pory tak liczne zastępy ludzi czekające na wejście na koncert widziałem jedynie przed halowymi koncertami Depeche Mode, Iron Maiden czy Slayera. Moje przypuszczenia okazały się słuszne – organizowany przez Metal Mind Productions polski przystanek przesuniętej z listopada 2018 roku trasy koncertowej zespołu Godsmack  (z powodu śmierci syna gitarzysty Tony’ego Romboli) z pewnością znajdzie się w najlepszej trójce koncertów metalowych w Polsce w 2019 roku. Tak, wiem że mamy dopiero marzec.

Półgodzinne oczekiwanie na znalezienie się we wnętrzu klubu poskutkowało tym, że ominął mnie pierwszy utwór Like a Storm – hardrockowców z Nowej Zelandii, którzy przez całkiem niemałą część zgromadzonych w Progresji osób byli określani w sugerujący homofobię sposób. Na szczęście słowa te okazały się nie mieć wielkiego przełożenia na rzeczywistość, a kapela dała przyzwoity występ, który po długim marznięciu przed wejściem pozwolił choć odrobinę się rozgrzać – choć szału niestety nie było i trudno mi oprzeć się wrażeniu, że Godsmack zasługiwał na ciekawszy support. Nie było jednak tak źle jak mogłem się spodziewać po niezbyt entuzjastycznych wypowiedziach innych koncertowiczów – godzina z zespołem Like a Storm minęła bezboleśnie, wypowiadane przez ich frontmana polskie zwroty były niewątpliwie miłym akcentem, na robiących za ozdoby sceniczne szkieletach można było zawiesić oko, ale nie da się niestety ukryć, że dopiero gdy zeszli ze sceny, w powietrzu dało się wyczuć niemalże namacalne podekscytowanie wszystkich zgromadzonych w Progresji osób.

Pół godziny oczekiwania i z głośników można było usłyszeć mix We Will Rock You, Hey Jude i paru innych utworów z podobnym rytmem – to znak, że rozpoczynał się show gwiazdy wieczoru. Tak jak jestem w stanie bez bicia przyznać, że na krążkach Godsmack często znajdują się zapychacze nie wzbudzające we mnie większego entuzjazmu, tak we wtorek zespół skonstruował setlistę w ten sposób, aby można było określić ją mianem kompilacji Greatest Hits. Oczywiście największa była reprezentacja promowanego na trasie nienajlepiej (nie mam pojęcia dlaczego) przyjętego krążka When Legends Rise (When Legends Rise, Say My Name, Unforgettable, Under Your Scars, Bulletproof), lecz prócz tego zespół zagrał również największe hity ze wszystkich swoich poprzednich albumów – nie zabrakło więc koncertowych killerów w postaci między innymi Whatever (podczas którego Sully Erna zaprosił na scenę małą dziewczynkę z publiki, określając ją przyszłością rock’and’rolla – mała dała radę!), 1000hp, Awake, Voodoo, zagranego na sam koniec nieśmiertelnego I Stand Alone czy fenomenalnej i widowiskowej bitwy perkusyjnej Sully’ego Erny oraz Shannona Larkina, w którą kapeli udało się wpleść fragmenty hymnów takich jak Back in Black AC/DC, Walk This Way Aerosmith czy Enter Sandman Metalliki. Zespół zdawał się również chłonąć energię od publiki, pozwalając sobie na zagranie coveru Come Together The Beatles, w który z kolei Panowie wrzucili fragment legendarnego Stairway to Heaven Led Zeppelin i zakończyli całość świetnym solowym popisem Tony’ego Romboli. A co do publiki – był to dopiero mój szósty koncert w Warszawie, lecz po raz pierwszy towarzystwo spod sceny mnie nie zawiodło. Uwielbienie dla Godsmack było widoczne gołym okiem, ludzie szaleli cały czas i żywiołowo reagowali na wszystkie zachęty Erny (ten zaś bardzo często zagadywał publiczność), wszystkie numery były śpiewany razem z frontmanem zespołu, nie widziałem również przypadków arogancji, jakie niestety często mam okazję obserwować na koncertach. Cała energia wytworzona przez znakomitą publiczność (w tym i mnie, a co!) działała na zespół jak paliwo i była natychmiastowo zwracana w postaci fenomenalnej, natchnionej wręcz gry. Dodatkowe słowa uznania należą się dźwiękowcom – choć oczywiście były osoby, które skarżyły się, że było zbyt głośno (whaaat?) oraz narzekania, że na samym przodzie słyszalność wokali była słaba, to ja nie mogę o nagłośnieniu powiedzieć ani jednego złego słowa – zarówno instrumenty, jak i Sully Erna bezproblemowo docierali do moich uszu.

Setlista:
When Legends Rise
1000hp
Cryin’ Like a Bitch
Say My Name
Straight Out Of Line
Awake
Unforgettable
Something Different
Keep Away
The Enemy
Love-Hate-Sex-Pain
Voodoo
Batalla
de los Tambores (+ Back in Black, Walk This Way, Enter Sandman)
Whatever
Under Your Scars
Bulletproof
Come Together (+ Stairway to Heaven)
I Stand Alone

Słowem podsumowania – kto nie mógł zjawić się we wtorkowy wieczór w Progresji, naprawdę ma czego żałować. Choć pełniący rolę supportu Like a Storm nie był czymś, za czym będę szczególnie tęsknił, to główna gwiazda wieczoru spełniła oczekiewania znacznej większości osób zgromadzonych w klubie – i to z nawiązką! Jeśli z jakiegoś powodu nie byliście na warszawskim koncercie Godsmack, to niezwłocznie zaopatrzcie się w bilety na ich czerwcowy występ w krakowskim klubie Studio – na sto procent będzie warto.

 

Łukasz W.

Powinno być ciężko.
Ale w sumie to nie musi.
Łukasz W.

Latest posts by Łukasz W. (see all)

Tagi: , , , , , , , .