Hamferð, Svartmálm – Oslo (08.12.2018)

Ostatni koncert w roku musi skończyć się czymś dobrym, stwierdziłam. Stąd decyzja o koncercie Hamferð i Svartmálm w Oslo zapadła dosyć szybko. Tym razem gig miał się odbyć w pubie Revolver, zaraz obok Kniven, który jest znanym miejscem spotkań norweskich metali, a w czasie Inferno Festival służy jako dodatkowa scena. W Revolverze jednak nigdy nie byłam i omyłkowo weszłam do samego pubu, jednak okazało się, że scena znajduje się za budynkiem, w piwnicy. Prawdziwe DIY, w środku nawet nie było szatni, a w Oslo śnieg i zima pełną parą, więc wiele osób po prostu stało w kurtkach. Poza tym scena okazała się niska i malutka, jak zresztą cała ta miejscówka. Zastanawiałam się, jak taka scena pomieści sześciu rosłych Farerów…

Nie było jednak czasu na przemyślenia, gdyż punktualnie o wpół do dziewiątej na scenę weszli Svartmálm. I grali dokładnie to, co sugeruje ich nazwa zespołu – black metal. W zasadzie mocno atmosferyczny, zimny i bardzo, bardzo przyjemny. Muzycy mieli na sobie czarne kaptury i corpsepaint, a do tego każdy czymś się wyróżniał, jakimś wisiorem czy innym szczegółem – przyjęli bowiem oni pseudonimy czterech jeźdźców apokalipsy – stąd na wokalu mieliśmy Śmierć (Deyði), na gitarze Plagę (Pest), na basie Głód (Hungur), a na perkusji Wojnę (Kríggj). Pan Śmierć w dodatku też zasuwał na gitarze, a przy jego mikrofonie zaczepiona była czaszka kozła. Wszystko razem wzięte dawało niesamowity klimat, a zimna muzyka z północnych wysp idealnie pasowała do całej otoczki.

Svartmálm zagrali wszystkie utwory ze swojego pierwszego longplay’a o nazwie takiej samej jak zespół, i dokładnie w tej samej kolejności, jednak ich występu absolutnie nie można nazwać nudnym. Widać było, że zespół nie jest wprawiony w graniu przed większą, międzynarodową publiką (obecne tournee było ich pierwszym poza Wyspami Owczymi), ale radzili sobie naprawdę dobrze. Takie Vík Frá Mær brzmiało doskonale na żywo, będąc chyba najlepszym utworem podczas koncertu. Publice też podobało się to, co słyszą, kiwali głowami, sącząc piwo, czy lekko bujając się do rytmu. Doskonała rozgrzewka przed tym, co miało nastąpić za chwilę.

Hamferð weszli na scenę posępni i oniryczni, jak zwykle pod krawatem i w garniturach, od razu wprowadzili odpowiednią, pogrzebową wręcz atmosferę do Revolvera. Jón Aldará ukłonił się kulturalnie, po czym Farerowie ruszyli niczym miażdżący wszystko przed sobą czołg wraz z utworem Vráin z pierwszej EP-ki. Nie starczyło nawet czasu na oklaski, kiedy zespół zaczął już ze swoim chyba najbardziej znanym utworem Deyðir Varðar, tym samym, który grali podczas całkowitego zaćmienia słońca w 2015 roku, najlepiej widocznego właśnie na Wyspach Owczych. Kiedy sobie o tym przypomniałam, ciarki przeszły mi po plecach. Zdaje się, że nie tylko mi, ponieważ publika też reagowała w odpowiedni sposób, kilka osób machało głowami w niemym zachwycie, inni zamknęli oczy, a starszy pan, który stał obok mnie, miał łzy w oczach (szacunek za taki odbiór muzyki!).

Jón Aldará popisywał się swoim głosem, który notabene był w doskonałej formie – słuchacze mieli okazję zaznajomić się z jego doskonałym, niskim growlem czy czystym, wręcz operowym śpiewem. Najlepszy przykład jego umiejętności mogliśmy usłyszeć w utworze Stygd czy kolejnym, Tvístevndur Meldur, z najnowszego albumu. Hamferð są niczym doom metalowa opera, w której Aldará jest solistą – nie da się ukryć, że to on przyciągał największą uwagę publiczności, śpiewając z pasją, a jego ruchy cechował niezwykły dramatyzm, kiedy wyginał się do tyłu czy niemalże padał na kolana, a w jego oczach stały łzy. Przyjemnie było patrzeć na frontmana, który tak przeżywa własną muzykę.

Hamferð zaserwowali publiczności większość utworów ze swoich dwóch pełnych albumów, płynnie przechodząc z jednego utworu do drugiego, praktycznie bez żadnych przerw na oddech. Brak kontaktu z publiką zwykle jest czymś, co mi przeszkadza, jednak nie tym razem; tak głęboki i zaangażowany sposób wykonywania muzyki niezwykle pasuje do farerskiego sekstetu, który zgodnie ze swoją filozofią zachowuje ten pogrzebowy nastrój przez cały gig, a Aldará niczym kaznodzieja prowadzi nas przez kolejne utwory, majestatyczne w swej prostocie.

Koncert zakończył się utworem Ódn oraz głębokimi pokłonami, jak gdyby zespół oddawał hołd wszystkim przybyłym. To wtedy rozległa się wrzawa oklasków, która długo, długo nie cichła. Norweska publika domagała się więcej, skandując „Me-re! Me-re!” (norw. „więcej”). I dostaliśmy to, czego pragnęliśmy. Zespół wyszedł po raz kolejny, po czym frontman poczekał aż zapadnie cisza i zapowiedział utwór „o Norwegii”, co wzbudziło entuzjazm w odsłonie kolejnych oklasków i okrzyków. Było to Harra Guð títt dýra navn og æra, gdzie Aldará wznosił dramatyczną inwokację do Boga, tym razem tylko swoim czystym, niskim wokalem, przy akompaniamencie organów i wolnych partii gitarowych.

Kiedy orszak pogrzebowy Hamferð zniknął, długo nie mogłam otrząsnąć się po tym, co zobaczyłam. Po przegapieniu Farerów na początku tego roku w Krakowie cieszę się, że udało mi się zobaczyć ich w roli headlinera. Hamferð tworzy jedyną w swoim rodzaju, dramatyczną i pogrzebową atmosferę, lecz zdecydowanie nie stypę. To metalowo-operowe widowisko trzeba zobaczyć na własne oczy i z czystym sumieniem polecam je każdemu, kto w ciężkiej muzyce szuka czegoś więcej. Kto szuka chwytającej za serce sztuki, znajdzie ją u Hamferð.

Setlista Hamferð:

Vráin
Deyðir Varðar
Við teimum kvirru gráu
Stygd
Tvístevndur meldur
Sinnisloysi
Frosthvarv
Hon syndrast
Evst 
Ódn
Harra Guð títt dýra navn og æra

Tagi: , , , , , , , .