Hellfest 2017 – Clisson, Francja (18.06.2017)

Hellfest 2017 – niedziela

Review in English (PDF file)


Po wczorajszej jeździe bez trzymanki w pełnym słońcu, nasze akumulatory wymagały nieco dłuższego ładowania. Mimo zaznaczonej pozycji w rozpisce na godz. 12:50 na Hellfestowej łące pojawiliśmy się mniej więcej koło 14:30. Strasznie żałowałam występu PRONG , który mnie ominął , na szczęście zdążyliśmy na oficjalną prezentację nowego krążka PRONG i konferencję prasową z zespołem w dziennikarskim namiocie. No i okazuje się, że może nie miałam czego żałować? Jeśli ich koncertowy zestaw był promocją nowej płyty, to… kurcze , ta płyta jest nudna. Może chłopaki nie potrafią nagrać tak świeżego i w sumie świetnego w swojej prostocie krążka  jak „RUDE AWAKENING”? Słuch wyostrzył mi się podczas “Forced Into Tolerance” – szybki i bezlitosny oraz “Interbeing”, ale pomiędzy nimi jakoś mało się kleiło. Bardzo lubię barwę głosu wokalisty i stare soczyste brzmienie PRONG, więc czy pozostaje mi wieczór ze słuchawkami w towarzystwie archiwalnych nagrań?  Zdarzają się im przebłyski na miarę  “Revenge Best Served Cold” i wcale nie chodzi mi o to , że mam problem z ich chęcią zaistnienia dla szerszej publiczności, patrz komercjalizacja. nie chodzi też o to, że jestem nadmiernie purytańska, wręcz przeciwnie daleko mi do prawdziwego metalowca, ale monotonna thrashową sieczka i silenie się na pseudo metalowe riffy,  to nie jest metoda na całą płytę. Zostawmy PRONG, festiwal trwa.

Niedzielny dzień koncertowy rozpoczął dla mnie amerykański zespół rockowy założony w 2012 roku przez członków zespołu Thin Lizzy czyli BLACK STAR RIDERS. Wprawdzie Ricky Warwick jako wokalista  to nie  Phil Lynott ale jest to jedyna obecnie możliwość usłyszenia takich hitów jak „The Boys Are Back in Town” i nie METAlicznej interpretacji ludowej pieśni irlandzkiej „Whiskey in the Jar”. Zamysł powstania kapeli, która równie dobrze mogłaby kontynuować działalność pod starą nazwą usprawiedliwia jedynie fakt, że Black Star Riders to kapela amerykańska, a Thin Lizzy pochodził z Irlandii. Członkowie hard rockowej kapeli z Dublina zyskując amerykański rodowód wraz z nową nazwą i własnym materiałem muzycznym paradoksalnie cieszą się popularnością wyłącznie w Wielkiej Brytanii.

BLACK STAR RIDERS zaprezentowali na scenie:

  1. All Hell Breaks Loose
  2. Heavy Fire
  3. The Killer Instinct
  4. When the Night Comes In
  5. The Boys Are Back in Town (Thin Lizzy cover)
  6. Kingdom of the Lost
  7. Finest Hour
  8. Bound for Glory
  9. Whiskey in the Jar ([traditional] cover)

 

Zaraz po weteranach sceny na równorzędnej MAINSTAGE pojawili się południowoamerykańscy emigranci tworzący ILL NIÑO. Naturalizowani amerykanie z New Jersey nie odcinają się od swoich korzeni, co widać i w nazwie, i w repertuarze. Łagodne dźwięki muzyki latynoamerykańskiej występują  w towarzystwie trash metalowej gitary i z chwilami mocnym growlingiem wokalisty. Jest to generalnie taka latynoska odsłona KORN. Wszechobecne latające dredy na scenie i solne wykwity na przepoconych spodniach i koszulach ekipy „Chorego Dzieciaka” tak w  skrócie  scharakteryzuję wizerunek sceniczny kapeli, która nie była dla mnie jakimś odkryciem w wersji live, ale nie mogę też powiedzieć, że mnie zawiedli. Przyjemnie się słucha takiego grania.

ILL NIÑO:

  1. God Save Us
  2. If You Still Hate Me
  3. This Is War
  4. What Comes Around
  5. Liar
  6. I Am Loco
  7. No Murder
  8. Rip Out Your Eyes
  9. Te Amo…I Hate You
  10. How Can I Live

 

Upał był niemiłosierny, kurz wzbijał się przy każdym kroku, większość  szukała cienia i punktów „czerpania” wody . Pod ogrodzeniami ustawiali się tłumnie ludzie a z góry obsługa festiwalu polewała z węży spragnioną gawiedź. Ja bałam się o sprzęt i niestety omijałam te oazy orzeźwienia i chwilowej ulgi.  Żar z bezchmurnego nieba nie pozwalał zebrać myśli. Postanowiłam się zdrzemnąć na trawiastym dywanie prasowego zaplecza. Godzinka snu zrobiła więcej niż mogłam się spodziewać. Z nową energią mogłam wziąć udział w konferencji prasowej „chłopaków” z Prophets Of Rage i posłuchać ich dziwnych socjalizujących poglądów. Zawsze wolałam muzykę niż ich polityczne zaangażowanie pokazujące, że nigdy nie mieli okazji doświadczyć komunizmu i całej tej nieszczęsnej ideologii o równości społecznej w praktyce.
Zostawiłam więc „Proroków Wściekłości” zastygłych w geście zaciśniętych pięści uniesionych w powietrzu, symbolu wspólnej walki o sprawiedliwość społeczną a jednocześnie grafiki z okładki zapowiadanego wydawnictwa POR i pobiegłam pod główną scenę by w wielką przyjemnością popatrzeć oraz przy okazji posłuchać załogi z Mylesem Kennedym na czele.

Myles jest urodziwym wokalistą i ozdobą ALTER BRIDGE, więc nic dziwnego, że zyskał wierną damską publiczność koncertując jeszcze do niedawna u boku Slasha. Abstrahując od porównań z Axlem , Kennedy jest znakomitym wokalistą, a w dzisiejszej odsłonie swojej macierzystej kapeli nie ma wątpliwości  że na scenie czuje się doskonale. Takie dobre, mocne, rockowe granie ma zasłużoną wierną i całkiem sporą publikę.

ALTER BRIDGE:

  1. Come to Life
  2. Farther Than the Sun
  3. Addicted to Pain
  4. Cry of Achilles
  5. Ties That Bind
  6. Crows on a Wire
  7. Isolation
  8. Blackbird
  9. Metalingus
  10. Show Me a Leader
  11. Rise Today

 

Zaraz po występie AB musiałam nawodnić organizm.  Nieustępliwy ponad 35 stopniowy upał nadal nie dawał za wygraną. Z najwyższego punktu festiwalowej łąki dało się zauważyć napływające pod główną scenę zewsząd ludzkie ścieżki, niczym mrówcze trasy prowadzące do kopca. Ogromna tęsknota za latami 90-tymi w muzyce jak mało kiedy była widoczna właśnie w momencie zbliżającej się godziny koncertu supergrupy Prophets of Rage. Długi wybieg pozostawiony przez Stevena Tylera od wczoraj dawał fanom nadzieję, na dużo bardziej namacalny kontakt z dawno niewidzianymi idolami. Nikt pod sceną nie miał wątpliwości, że to właśnie oni są dzisiejszą gwiazdą, mimo iż pora w rozpisce wcale tego nie wskazywała. Czy można jednak wyobrazić sobie lepszą scenerię dla występu starzych dobrych kumpli , w starych dobrze sprawdzonych numerach, dla starej dobrej wiernej publiki czyli swoiste the best of w promieniach zachodzącego słońca?

Projekt ten do życia został powołany w maju ubiegłego roku. Zespół tworzą muzycy znani z grupy Rage Against the Machine: gitarzysta Tom Morello, basista Tim Commerford i perkusista Brad Wilk, DJ Lord z Public Enemy oraz wokaliści: Chuck-D z Public Enemy i B-Real z Cypress Hill. Zanim światło dzienne miało ujrzeć ich pełnowymiarowe wydawnictwo panowie postanowili uraczyć fanów trasą koncertową. Jako aperitif wygłodniała publiczność dostała premierowy numer pod tytułem „Unfuck the World” , do którego teledysk popełnił znany ze współpracy z Rage Against the Machine – Brendan O’Brien. Wszyscy od pierwszych taktów zaczęli śpiewać razem z zespołem. To był istny szał. Gęsty tłum w rytualnym tańcu, wzbijał gęsty tuman kurzu, a promienie nisko świecącego słońca oświetlały na żółto uniesiony las rąk, niosący kolejne osoby w kierunku fosy, niektóre na wózkach inwalidzkich.  Spora grupa publiczności wraca do swojej młodości, wspomagając się zielonym dymem, niektórzy wreszcie usłyszeli te kultowe melodie po raz pierwszy na żywo. Inni dali się ponieść niezwykłej energii i sile tekstów. Ta mieszanka rapu, hard rocka, punku i funku jest tak energetycznym koktajlem który wciąga jak tornado wszystkich bez względu na przynależność do subkultury.  Jedynym mankamentem tego wydarzenia był oczywiście brak charakterystycznego wokalu Zacka de la Rocha zwłaszcza w “Killing in the Name”.
zobaczcie sami: 
https://www.youtube.com/watch?v=tzhEmjCCP68&feature=youtu.be

I jeszcze jedno, amerykanie zafundowali nam chyba najbardziej wzruszający moment dedykowany zmarłemu Chrisowi Cornellowi , kiedy to zagrali instrumentalną wersję  “Like a Stone” AUDIOSLAVE a publiczność śpiewała tekst.
Bezsprzecznie koncert dnia!

PROPHETS OF RAGE:

  1. Prophets of Rage(Public Enemy cover)
  2. Testify(Rage Against the Machine cover)
  3. Take the Power Back(Rage Against the Machine cover)
  4. Guerrilla Radio(Rage Against the Machine cover)
  5. Unfuck The World
  6. Bombtrack (Rage Against the Machine cover)
  7. Fight the Power(Public Enemy cover)
  8. Hand on the Pump / Can’t Truss It / Insane in the Brain / Bring the Noise / Jump Around
  9. Sleep Now in the Fire(Rage Against the Machine cover) (with snippet of Audioslave’s “Cochise”)
  10. Like a Stone(Audioslave cover) (instrumental – dedicated to Chris Cornell)
  11. Know Your Enemy(Rage Against the Machine cover)
  12. Bullet in the Head(Rage Against the Machine cover
  13. How I Could Just Kill a Man(Cypress Hill cover)
  14. Bulls on Parade(Rage Against the Machine cover)
  15. Killing in the Name(Rage Against the Machine cover)

 

 

Zaraz po Prorokach na scenie obok mieli się pojawić  Amerykanie z Los Angeles.  

5FDP znałam głównie z kawałka  „The Bleeding”, który ponad 10 lat  temu narobił sporo zamieszania w rozgłośniach radiowych. Ciekawa nazwa zespołu pochodzi z filmu Quentina Tarantino „Kill Bill Vol.2″ a dokładniej z techniki „Five-Point-Palm Exploding Heart”, której używa Beatrix Kiddo by zabić swojego mentora, Billa. Stwierdziłam, że mimo iż niespecjalnie przepadam za nimi przepadam, to sprawdzę chociaż , kto tym razem jest na wokalu: Phil Labonte(?), Austin Dickinson(?) czy może nadal Ivan Moody. Na hellfeście zaśpiewał , całkiem nieźle – Tommy Vext, bo jak się później dowiedziałam,12 czerwca 2017 roku podczas koncertu w Tilburg w Holandii Ivan wyznał, że jest to jego ostatni występ z zespołem.

 

FIVE FINGER DEATH PUNCH

  1. Lift Me Up
  2. Never Enough
  3. Wash It All Away
  4. Got Your Six
  5. Bad Company (Bad Company cover)
  6. Jekyll and Hyde
  7. We Will Rock You (Queen cover)
  8. Burn MF
  9. Black Hole Sun (Soundgarden cover)
  10. Wrong Side of Heaven (acoustic)
  11. Coming Down
  12. Under and Over It
  13. The Bleeding
  14. The House of the Rising Sun ([traditional] song)

 

W rozpisce miałam zaznaczone jeszcze dwie pozycje, na które musiałam poczekać około godziny. W namiocie TEMPLE dało się słyszeć  intro EMPEROR. Moja ekipa już czekała na wejście do fosy by oddać CESARZOWI co cesarskie, ja jednak miałam jakieś niczym nie uzasadnione parcie ku dużej scenie. Tam właśnie ogromna rzesza fanów czekała na dzisiejszego headlinera – LINKIN PARK. Na zdjęcia wprawdzie nie było szansy w fosie, ale jakaś niezwykła aura, popchnęła mnie w okolice telebimów. Nie jest mi łatwo napisać o Linkin Park, ponieważ nigdy nie byłam fanem. Mam ich koncert na DVD lecz rzadko do niego wracam. Trzeba jednak przyznać , że Linkin Park był jednym z prekursorów nowego kierunku zwanego nu-metal. Ponieważ należę do tych, którzy nigdy nie stali się świadomym wiernym odbiorcą ich muzyki,  i rozpoznaję tylko te topowe kawałki, obserwowałam z zaciekawieniem falujący i śpiewający każde słowo spory tłum zgromadzony na festiwalowej łące. Było więc “In The End” i “Numb” , i była magia, ale kiedy zabrzmiały pierwsze takty akustycznej, fortepianowej wersji “Crawling”, a Chester Bennington zszedł ze sceny pod barierki, wiedziałam, że trzeba podejść bliżej. Ludzie głaskali go po twarzy, dotykali, chwytali za rękę, on śpiewał zaś wprost do nich, chwilami łamiącym się głosem. Autentyczny kosmos. Patrząc na to, miało się wrażenie jakiegoś katharsis.  
 https://www.youtube.com/watch?v=T4tpcOhzkic
Czy w takiej chwili ktoś mógł przypuszczać co stanie się kilka tygodni później w urodziny Chrisa Cornela??? Może tak własnie Chester żegnał się z fanami?
Tym bardziej symboliczny staje się fragment lipcowego koncertu z 2008, z lipcowymi samobójstwami dwójki zagubionych przyjaciół w tle…….. 
https://www.youtube.com/watch?v=lS03VudGTKE

 

Tego wieczora musiałam zajrzeć na scenę VALLEY, gdzie odbyć się miał godzinny koncert

HAWKWIND. Widziałam ich na festiwalu INO-ROCK w Inowrocławiu, więc dzisiaj nie było opcji aby nie oddać się głębokiej psychodeli ponownie.  Niewtajemniczonym powiem, że  brytyjska grupa rockowa powstała w 1969 i można jej w sumie zawdzięczać powstanie Motörhead. Lemmy Kilmister w 1975 roku po zakończeniu kosmicznego rozdziału basowego życiorysu w HAWKWIND, założył z rozpędu swój band. Grupa zaliczana jest do gatunku hard rocka i była prekursorem takich stylów jak space rock czy heavy metal (!). Kosmiczna przestrzeń wytwarzana w zespole mimo olbrzymiej, nawet jak na rockowe standardy, liczby zmian personalnych, (30 osób) zachowała jednak swe zasadnicze brzmienie, głównie za sprawą Dave’a Brocka – śpiew, instrumenty klawiszowe, gitara, harmonijka ustna . Kwaśna atmosfera gęsta od syntezatorowych świstów , wizualizowanych laserowymi przestrzeniami wielobarwnego kalejdoskopu, z jednej strony i oderwana od rzeczywistości publiczność w oparach zielonych używek z drugiej.   Mimo iż tym razem zabrakło pięknych panienek w dziwnych fosforyzujących strojach tańczących na scenie , stanowiących swoisty trzeci wymiar wizualizacji , to publiczność wijąca się w spazmach , przyozdobiona boa z piórami i kolorowymi strojami wyróżniającymi styl dzieci kwiatów wystarczyła, aby koncert uznać za widowisko.

HAWKWIND:

  1. Earth Calling
  2. Born to Go
  3. You’d Better Believe It
  4. Steppenwolf
  5. Lost in Science
  6. Into the Woods
  7. The Machine
  8. The Golden Void
  9. Vegan Lunch

 

Na domknięcie Hellfestowego rozdziału 2017 wybrałam The Dillinger Escape Plan – najbardziej niebezpieczna grupę świata, głównie dla samych siebie. Amerykanie parający się szeroko pojętą muzykę rockową charakteryzującą się złożonością kompozycji i wpływami jazzu, to również jedna z najciekawszych koncertowych kapel.  Grupa powstała w 1997 roku w Morris Plains w stanie New Jersey w USA a nazwa zespołu pochodzi od nazwiska przestępcy Johna Dillingera, któremu dwukrotnie udało się zbiec z więzienia. Panowie po 20 latach działalności zapowiadając zakończenie wspólnej pracy pod szyldem TDEP, mają się rozstać po zakończeniu tourne związanego z albumem “Dissociation”. Najwyraźniej doszli do wniosku, że najwyższy czas skorzystać z planu ucieczki przed zagrożeniem jaki stwarzają sami sobie. Ten koncert to dla mnie ostatnia szansa na obejrzenia ich w tym wcieleniu na żywo, bo zaplanowany w Krakowskim klubie „Kwadrat”, który miał odbyć się 12 lutego 2017 został odwołany z powodu wypadku zespołu na drodze krajowej nr 1 koło Radomska.
Do fosy wchodziłam podczas “When I Lost My Bet”. Stroboskopowe światła pulsujące z szybkością karabinu maszynowego, czyli w rytm tego połamanego kawałka sprawiły, że w pewnym momencie nogę splątała mi się z jakimś kablem, i gdyby nie przesympatyczny ochroniarz, który w porę mnie złapał , wylądowałabym u podnóża głośników prawdopodobnie ze stalową szyną w głowie. Zdjęcia robiłam na oślep, starając się wyczuć rytm w którym pracował oświetleniowiec. Publika była coraz bardziej rozgrzana, więc obsługa wygoniła nas przed czasem. Resztę koncertu spędziłam wygodnie na wzgórzu przy malowniczej bramie stanowiącej część ogrodzenia z drewnianych bali i swoiste zasieki z wieżyczkami na których zamontowano oświetlenie łapiąc kaskaderskie wyskoki poszczególnych członków TDEP.  
Pierwsze takty One of Us Is the Killer towarzyszyły mi podczas wędrówki poza strefę WARZONE.

DILLINGER ESCAPE PLAN:

  1. Prancer
  2. When I Lost My Bet
  3. Panasonic Youth
  4. Black Bubblegum
  5. Symptom of Terminal Illness
  6. Milk Lizard
  7. Surrogate
  8. Happiness Is a Smile
  9. One of Us Is the Killer
  10. Farewell, Mona Lisa
  11. Sunshine the Werewolf
  12. Limerent Death
  13. 43% Burnt

Mijałam poszczególne instalacje chłonąc ostatni tego roku raz festiwalową atmosferę, żegnając się z miejscem. 
Z głównej sceny dochodziły mnie dźwięki grającego  jeszcze SLAYERA , świadomie odpuściłam ten koncert, i teraz na koniec nawet nie próbowałam podejść bliżej. Mimo iż to kwintesencja trash metalu w najczystszej postaci w tej chwili każdy dłuższy i bardziej świadomy kontakt z koncertem byłby dla mnie taką miętową kostką czekolady dla przejedzonego grubasa z filmu Sens życia wg Monty Pythona.

Czy zatem mam już sprecyzowany pogląd w kwestii „syndromu drugiej płyty”? W przypadku HELLFESTU ta reguła nie znajduje potwierdzenia.


tekst i zdjęcia: Justyna “justisza” Szadkowska

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .