Hellfest 2017 – Clisson, Francja (17.06.2017)

Hellfest 2017 – sobota

Review in English (PDF file)


Posilając się porcją świeżych croissantów w towarzystwie kawy, planowałam mój drugi dzień w piekle, i uświadomiłam sobie kilka rzeczy. Po pierwsze, wczoraj zdecydowanie przekroczyłam limit zdrowego rozsądku w kwestii ilości „obejrzanych” zespołów. Po drugie, jeśli spróbuję pobić wczorajszy rekord, to trzeci dzień mogę spędzić na ostrym dyżurze. Po trzecie, z uwagi na piekielny żar powinnam zadbać o nakrycie głowy. Obiecałam sobie, że dzisiejszy dzień to nie będzie tylko bitwa o wejście do fosy celem gromadzenia setek zdjęć topowych zespołów, ale przede wszystkim swego rodzaju ucieczka od codzienności.

Na dobry start zaplanowałam weryfikację dobrej reputacji The Dead Daisies. Filarami Martwych Stokrotek są bowiem muzycy z Mötley Crüe, Thin Lizzy, Whitesnake, a nawet od Billy Idola i Dio. Cóż, moja nieco zmaltretowana ekipa zdołała się wyszykować dopiero na występ Phila Campbella and The Bastard Sons. Weteran sceny Phil w towarzystwie młodzieży zagrał nieco sentymentalny, lecz dobry, mocny rock’and’rollowy koncert. Campbell był gitarzystą w Motörhead od 1984 roku, aż do śmierci Lemmy’ego dlatego „korzystanie” z tego repertuaru jest zabiegiem mocno komercyjnym.  Dziedzictwo Motörhead jeszcze długo będzie ściągać na jego koncerty sporą rzeszę fanów , niemniej jednak trzeba oddać, że koncert był szczery. Prócz Campbella, grają tam także jego trzej synowie (Todd, Dane iTyla).  Wokalistą zespołu jest Neil Starr, który mimo widocznej tremy dał się poznać jako bardzo przekonujący wykonawca takich hitów, jak “Killed by Death” i “Ace of Spades”.  Były i niespodzianki. Podczas “Born to Raise Hell” gdzieś z zaplecza na scenie pojawił się Whitfield Crane, którego – przyznam się – nie poznałam, póki nie zaśpiewał. Kiedy zaś wykonali bardziej rockową wersję  psychodelicznego “Silver Machine” z repertuaru Hawkwind, kupiłam ich bez reszty!

PHIL CAMPBELL AND THE BASTARD SONS

  1. Big Mouth
  2. Spiders
  3. Rock Out (Motörhead cover)
  4. Going to Brazil (Motörhead cover)
  5. Take Aim
  6. Straight Up
  7. Born to Raise Hell (Motörhead cover) (with Whitfield Crane)
  8. No Turning Back
  9. Silver Machine(Hawkwind cover)
  10. Ace of Spades(Motörhead cover)
  11. Killed by Death (Motörhead cover)

 

Bez napinki z większym szacunkiem do własnej kondycji, regenerując się na terenie prasowej strefy, czekałam na występ Ugly Kid Joe. Crane już pokazał się na scenie, więc nie miałam złudzeń, czy nadal ma długie pióra…. Ech, nie wiem czemu oni to robią, jakby musieli udowodnić sobie jakieś przejście w dorosłość, ścinają włosy, rzeźbią muskuły, albo wstrzykują sobie botoks. Kurcze, wiem, że nie wrócą czasy, kiedy kapele mojej młodości kradły mi serce. Wokaliści czy inni członkowie ulubionych kapel rozsadzały żądze młodych zmysłów. Wpatrując się w teledyski, marzyłam o szaleństwie pod sceną lub wręcz możliwości spotkania z idolem. Zderzenie z obecną rzeczywistością bywa o tyle bolesna, bo widzę, że wizerunek ukochanych postaci wcale nie wiąże się z ich kiepską kondycją, bardziej jest to chyba próba przejścia w inny wymiar. Odcięcie od przeszłości. Gdzie te seksowne podłużne dołeczki na policzkach Whitfielda, gdzie jego cudowne blond pióra? Przecież tak niedawno konkurował o moje serce z Axlem. Teraz jego umięśniona sylwetka i niższy głos ledwo dają się rozpoznać w dawnych hitach takich, jak “Everything About You”.  Niby jest dawny pazur, ale jakiś taki mniej lotny, bliżej ziemi, cięższy, brutalniejszy, z szerokim  karkiem. Wiem, że nie wszyscy widzieli UKJ w czasach ich debiutu, ale czasami po prostu nie potrafisz wyjaśnić, dlaczego niektóre wizerunki kapel przylgnęły do ​​twojego mózgu i pozostają bez względu na upływający czas nie do ruszenia, bez konkretnego powodu. Ugly Kid Joe zyskał ogromną sławę po wydaniu swojego pierwszego albumu “America’s Least Wanted” w 1992 roku, a singel “Everything About You” był chyba najbardziej znanym hitem poza coverem folkowego standardu “Cats In The Cradle”. Uwielbiałam ich na równi z Guns’N’Roses, więc po informacji, że kiedy po zawieszeniu działalności w 2010 r. ogłoszono powrót zespołu w najsłynniejszym składzie: Withfield Crane (wokal), Klaus Eichstadt (gitara), Dave Fortman (gitara), Cordell Crockett (bas) i Shannon Larkin (perkusja), byłam w 7 niebie! Tu, na Hellfeście, miałam mieć znowu spotkanie 3–go stopnia z przeszłością. Czasy świetności Ugly Kid Joe to niebywale finezyjne miksowanie  funku, rapu, hard rocka czy nawet thrash metalu, tego mi dzisiaj cholernie brakuje. Przełykając łzę goryczy za nieskazitelnym chłopięcym wizerunkiem frontmana, oddałam się wspomnieniom. Wszystkie kawałki wybrzmiały w nowych, odświeżonych wersjach, a mój ulubiony z nowszego repertuaru  Devil’s Paradise wypadł doskonale. Gdyby nie baseballówka na głowie zamiast długich blond piór i napakowana sylwetka Cranea, mogłabym czuć się usatysfakcjonowana.

UGLY KID JOE:

  1. Intro
  2. Neighbor
  3. Panhandlin’ Prince
  4. No One Survives
  5. Devil’s Paradise
  6. Cat’s in the Cradle (Harry Chapin cover)
  7. I’m Alright
  8. Milkman’s Son
  9. Ace of Spades(Motörhead cover)
  10. Funky Fresh Country Club
  11. Everything About You

 

Zaraz po sentymentalnej podróży w przeszłość postanowiłam przyjrzeć się polecanej przez kumpla kapeli z Danii. Mowa o Pretty Maids, czyli taki trochę SAXON, hard/heavymetalowy zespół utworzony  1981 roku z inicjatywy wokalisty Ronniego Atkinsa i gitarzysty Kena Hammera. Fantastyczna energia i radość grania. Z przyjemnością wysłuchałam i zobaczyłam weteranów w akcji.

PRETTY MAIDS:

  1. Mother of All Lies
  2. Kingmaker
  3. Back to Back
  4. Red, Hot and Heavy
  5. Rodeo
  6. Pandemonium
  7. Bull’s Eye
  8. Little Drops of Heaven
  9. Futur

 

Z zupełnie nieuzasadnionych przyczyn przyssałam się do głównych scen i jako kolejna do focenia przypadła mi glamrockowa satyryczna formacja.  Kapela swym kabaretowym podejściem do samych siebie i świata wzbudza tyle entuzjazmu, że o wejściu do fosy mogłam tylko pomyśleć. Odpuściłam walkę, bo widziałam ich z bliska na konferencji prasowej.

Bez problemu mogłam się przyjrzeć, który z nich ma perukę, kto ma doczepiane włosy, w jakich częściach ciała gości botoks, wreszcie kto posiadł sztukę aktorstwa w najwyższym stopniu kunsztu. Podoba mi się ich konsekwencja i ogromna pasja do szyderczego traktowania niezdrowej sensacji wokół nich. Czym jest więc to, co próbują podać ludziom ze sceny i na płytach? Są bandy grające na instrumentach z poprzedniej epoki, a do nagrań w studio używają starego wyposażenia i próbują w ten sposób przywołać klimat i brzmienie dawnych lat.  Stell Panther robią to wizerunkowo. Przywdziali kolorowe stroje, a zachowaniem i sposobem grania przybliżają nam słodkie lata 80. Dla mnie bomba! Dla wielu jak się okazuje też, nie wiem tylko czy muzyka, która jest bardzo przekonująca, nie schodzi na plan dużo dalszy, w porównaniu do opiętych różowych legginsów na męskich pośladkach i błyszczyka na wydatnych ustach poprawianego między akordami na basie. Przyglądając się reakcjom żeńskiej części  publiczności, mam pewność, że faceci w lajkrach  nie tracą męskości, i jak za dawnych czasów prowokują pod sceną morze falujących gołych biustów i staników na scenie. 

 

STEEL PANTHER:

 

  1. Eyes of a Panther
  2. Goin’ in the Backdoor
  3. Just Like Tiger Woods
  4. Fat Girl (Thar She Blows)
  5. Death to All but Metal
  6. That’s When You Came In
  7. Poontang Boomerang
  8. Community Property
  9. 17 Girls in a Row
  10. Gloryhole
  11. Party All Day (Fuck All Night)

 

W zeszłym roku na Hellfeście byłam zachwycona występem Twisted Sister. Ta energia i nieopanowana radość wylewająca się ze sceny kompletnie niekompatybilna z wiekiem ekipy, było na co popatrzeć! Okazało się, że Dee postanowił nie ciągnąć tego dłużej. Zakończył działalność Zakręconej Siostrzyczki i zajął się karierą solową. W wywiadzie udzielonym prasie wyznał, że nie jest w stanie wykrzesać  już tyle energii na scenie, by dorównać koncertom z dawnych czasów. Przypominając sobie jak skakał i z wykopem w szpagacie zadziwiał mnie w zeszłym roku w Clisson, uznałam, że to lekka przesada. Może to jednak czas, kiedy właśnie jeszcze zadziwiając fanów swoją energią i sprawnością, przerywa działalność w pełnej krasie?  

“Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść
Niepokonanym
Wśród tandety lśniąc jak diament
Być zagadką, której nikt
Nie zdąży zgadnąć nim minie czas”.

 

Tak, właśnie tak należy rozumieć decyzję Snidera. Teraz już bez przerysowanego makijażu i błyszczącego stroju , za to w czerwonych dżinsach i dopasowanym podkoszulku (jakież on ma ciało w wieku 62 lat !!!!) pomykał po scenie, śpiewając nieśmiertelne kawałki Twisted Sister w nowych i nieco bardziej rockowych wersjach. Zaśpiewał swoją wersję kawałka NIN – moim zdaniem wyśmienicie! Było też wspomnienie o Cornellu i wykonanie piosenki Soundgarden. Dobry, choć stonowany występ w porównaniu do tego z zeszłego roku.

Szukając na rozpisce kolejnego punktu do „zaliczenia”, zdałam sobie sprawę, że Dee zastąpił w harmonogramie zapowiadany przy ogłoszeniu składu festiwalu W.A.S.P. Niestety niepowtarzalny styl wiekowego Amerykanina odebrał mi szansę na koncert Decapitated… no cóż.

 

DEE SNIDER wykonał:

 

  1. We Are the Ones
  2. The Kids Are Back (Twisted Sister song)
  3. Close to You
  4. Head Like a Hole (Nine Inch Nails cover)
  5. We’re Not Gonna Take It (Twisted Sister song) (Dedicated to combat against… more )
  6. Crazy for Nothing
  7. Outshined (Soundgarden cover) (Dedicated to Chris Cornell)
  8. I Wanna Rock(Twisted Sister song)
  9. So What

 

 

Tymczasem w namiocie  VALEY, chyba najbardziej nieprzychylnym dla fotografów, czekała niesamowita Chelsea Wolfe. Dama gotyckiego rocka powinna być moim zdaniem zaproszona na nasz Castle Party w Bolkowie. Jej pozycja i zasłużona popularność tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że publiczność potrafi zachwycać się wyrafinowaną i niebanalną muzyką. Mimo iż robienie zdjęć równało się z orką na kamienistym polu, już po kilku kawałkach zadecydowałam, że będzie to koncert, który obejrzę w całości. Mroczna i depresyjna muzyka była jak chłodzący balsam. Jej niski i zmysłowy głos kołysał licznie zgromadzoną, zaczarowaną publiczność.  Jej kontrowersyjna uroda i misterny ubiór idealnie współgrają z muzyką, która ociera się o ponure meandry stylu Nicka Cave’a.  Nie bez powodu jej twórczość posłużyła do promocji „Gry o Tron” czy „Fear the Walking Dead” . Muszę przyznać, że Chelsea  zdetronizowała mojego zeszłorocznego faworyta tej muzycznej niszy – Kinga Dude
 

CHELSEA WOLFE:

  1. Feral Love
  2. Carrion Flowers
  3. Dragged Out
  4. After the Fall
  5. Simple Death
  6. Iron Moon
  7. Static Hum
  8. 16 Psyche
  9. Pale on Pale
  10. Survive

 

 

Po niezwykłej muzycznej podróży w klimacie wilgotnych i mrocznych lasów Transylwanii trafiłam wprost w okolice zwrotnika Koziorożca, na australijską pustynię Tanami, za sprawą AIRBOURNE. Niewysocy bracia Joel i Ryan O’Keeffe to filary heavy metalowej kapeli, porównywanej często do AC/DC. Każdy, kto był na ich koncercie, wie doskonale, jaki to wulkan energii. Zawsze jest głośno, szaleńczo szybko i kolorowo. Wokalista rozbija sobie na głowie wstrząśnięte puszki z piwem, pryskając fontannami na szczęśliwą publikę. Wspina się na konstrukcje sceny i biega jak opętany wszędzie, gdzie tylko oczy i temperament mu pozwolą, ku rozpaczy bezradnych ochroniarzy, nie tracąc przy okazji głosu, gra na gitarze i daje z kolegami hard rockowy występ na pełnym gazie.

 

AIRBOURNE:

 

intro:

Main Title from “Terminator 2″(Brad Fiedel song)

  1. Ready to Rock
  2. Too Much, Too Young, Too Fast
  3. Down on You
  4. Rivalry
  5. Girls in Black
  6. It’s All for Rock ‘n’ Roll
  7. Breakin’ Outta Hell
  8. Cheap Wine & Cheaper Women
  9. Stand Up for Rock ‘n’ Roll
  10. Live It Up
  11. Runnin’ Wild

 

 

Mimo iż australijskie słońce przyjemnie piekło na dużej scenie, to na VALEY do występu szykował się PRIMUS. Nadszedł więc czas, aby zobaczyć jednego z dzisiejszych headlinerów. PRIMUS to w zasadzie nie tyle zespół, co zjawisko. Trudne do opisania, sklasyfikowania, nie mówiąc o zrozumieniu, albo się w TO wchodzi bez pytań, albo odrzuca w milczeniu. Mózg i siła napędowa grupy, czyli Les Claypool , który uczynił z gitary basowej instrument nadrzędny, a w połączeniu ze swoim niezwykle dziwnie brzmiącym głosem dla tłumu gęsto zgromadzonego w namiocie, jak i wokół niego, stał się kimś w rodzaju guru. Tak samo wyjątkowa, jak muzyka, którą gra, była zawsze oprawa graficzna – jedyna w swoim rodzaju i obleśnie karykaturalna. Złośliwe i często obrazoburcze komentarze rzeczywistości w tekstach, świetnie zilustrowane plastelinowymi animacjami teledysków zaowocowały przecież muzyczną czołówką do serialu “SOUTH PARK” . Jak przystało na scenę VALEY beznadziejne światło do fotografowania spowodowało, że mogłam bez reszty oddać się koncertowi. Popłynęłam też w otchłań wspomnień do czasów, kiedy to w akademiku podkręcona do granic potencjometru w moim kasetowcu firmy JVS  basowa linia melodyczna „My Name is Mud” bezlitośnie piętnowała moje współlokatorki oraz sąsiadów wokół. Spoglądając od czasu do czasu na scenę, widząc w sumie nieruchomego Lesa przy mikrofonie, zdałam sobie sprawę, że jego obecny wygląd szanowanego szefa zakładu pogrzebowego pasuje chyba bardziej do tej twórczości niż dawne wcielenie zwykłego kopacza grobów o imieniu Mud

 

PRIMUS:

Intro: Clown Dream (Danny Elfman song)

  1. Those Damned Blue-Collar Tweekers
  2. Wynona’s Big Brown Beaver
  3. Too Many Puppies
  4. Frizzle Fry
  5. Mr. Krinkle
  6. The Toys Go Winding Down
  7. My Name Is Mud
  8. Jerry Was a Race Car Driver

 

Prosto z basowych lekcji pobiegłam pod dużą scenę, aby zająć dogodne miejsce nieopodal wybiegu, na którym miał prężyć się już całkiem niedługo niejaki Steven Tyler z kolegami. Czas oczekiwania umilał nam kwartet na cztery wiolonczele i perkusję, czyli fińscy absolwenci Sibelius-Akatemia, wirtuozi instrumentów w klasycznej odsłonie, grający repertuar Metalliki. Droga do sukcesu, jaką odbyła APOCALYPTICA  na dużych scenach, jest ciekawa i zasłużona. Dzisiaj urodziwi panowie z Helsinek, prezentując po 20 latach materiał ze swojej debiutanckiej płyty w odsłonie na wiolonczele wspomagane perkusją, prócz wirtuozerii gry, na scenie wykonują iście cyrkowy taniec ze swoimi zmysłowymi „partnerkami”. Jest co podziwiać!

Usłyszeliśmy wspaniały zestaw metalicznych hitów:

APOCALYPTICA  : Tour: 20 Years of “Plays Metallica by Four Cellos”

  1. Master of Puppets
  2. Creeping Death
  3. One
  4. For Whom the Bell Tolls
  5. Fight Fire With Fire
  6. Orion
  7. Battery
  8. Seek & Destroy
  9. Nothing Else Matters

 

Czekając w podnieceniu na AEROSMITH, wybaczyłam im, że skazali nas na dodatkowe kilometry, które musieliśmy pokonać w drodze pod obie duże sceny z powodu wybiegu ustawionego dla Stevena. Dla tej chwili, kiedy ten wiekowy, blisko 70-letni rockman w groteskowo kolorowym przebraniu, charakterystycznym wyłącznie dla niego, doskoczył do statywu obficie ustrojonego kolorowymi szarfami, warto znosić trudy i cierpienia całego dnia! Dziki tłum na festiwalowej łące uświadomił mi, że oto znów jesteśmy uczestnikami historycznego wydarzenia, jesteśmy świadkami występu jednej z największych gwiazd rocka na tej planecie!  Tyler i Perry mimo wieku są nadal apetyczni i pozostają w czołówce najbardziej pożądanych obiektów westchnień milionów fanek.  Kiedy w 2014 roku widziałam AERO w Łodzi podczas promocji ich ostatniego krążka „Music For Another Dimension”, przekonałam się, że to nadal sceniczna petarda. Dzisiejszy koncert, nieco bardziej bluesowy i ze sporą ilością coverów, potwierdził słyszaną tu i ówdzie teorię, że kolesie z AEROSMITH wraz z ekipą z The Rolling Stones pochodzą z innej planety. Cieszmy się zatem, że postanowili robić karierę właśnie tu, na Ziemi! Nikt, tak jak oni nie potrafi szarpać za serca w nieśmiertelnym, zawsze wzruszającym „Dream On” ze Stevenem przy klawiaturze białego fortepianu i Joe grającym obłędną solówkę na fortepianie, by na zakończenie przysypać oczarowaną widownię deszczem konfetti. Oby to trwało jak najdłużej !

 

AEROSMITH:

intro: O Fortuna(Carl Orff song)

  1. Let the Music Do the Talking
  2. Young Lust
  3. Cryin’
  4. Livin’ on the Edge
  5. Love in an Elevator
  6. Janie’s Got a Gun
  7. Stop Messin’ Around (Fleetwood Mac cover) (Joe Perry on vocals)
  8. Oh Well (Fleetwood Mac cover)
  9. Mama Kin
  10. Sweet Emotion
  11. I Don’t Want to Miss a Thing
  12. Come Together (The Beatles cover)
  13. Dude (Looks Like a Lady)
  14. Train Kept A-Rollin'(Tiny Bradshaw cover)

 Encore:

  1. Dream On
  2. Mother Popcorn(James Brown cover)
  3. Walk This Way

 

 

Pozostając w amoku doznań, jakie sprawił Steven z ekipą, z premedytacją i ku zdziwieniu mojej grupy odpuściłam występ KREATORA. Zawsze bardziej podobał mi się eklektyzm w muzyce niż czystość stylu. Więc mając do wyboru hardcore punk z crossover thrashem w jednym i nieskazitelną czystość thrashu z Niemiec, pognałam do WARZONE. Moja pierwsza wizyta w dolinie nie mogła odbyć się we właściwszym momencie. Strefa WARZONE to w zasadzie jakby odrębny festiwal. Miejsce osobne, z odrębną publiką i niepodrabialną atmosferą. Występujący chwilę wcześniej kolesie z Agnostic Front rozgrzali publiczność do tego stopnia, że chmura kurzu unosiła się wysoko nad tłumem, tworząc apokaliptyczną wizję zbliżającej się zagłady. Do takich wniosków doszła też ochrona, bo po pierwszym kawałku, który zagrali SUICIDAL TENDENCIES, nie było już wstępu do fosy pod scenę. Musiałam zadowolić się zdjęciami z poziomu widza, co nie przeszkodziło mi napawać się niebywałą atmosferą panującą  wokół.

Mike Muir za mikrofonem i Dave Lombardo schowany za swoim zestawem, mimo iż mocno podtatusiali i przyciężcy na deskorolki, to trzymający fason na scenie – z bandankami na głowach i w krótkich koszykarskich spodenkach w nieco większym rozmiarze. Już nie skaczą jak za dawnych lat, ale czad w gardłach i buntownicze teksty rozkręcają publikę do czerwoności. W dolinie WARZONE wszystko było ściśle ze sobą powiązane, z jednej strony scena i muzyczny przekaz, z drugiej strony scenografia jakby żywcem przeniesiona z cyklu o Mad Max’ie, wszystko to spowodowało, że publiczność została mimochodem wciągnięta na iście filmową „Drogę Gniewu”. Widok galopującej w kręgu masy ludzkiej wzbijającej obłoki duszącego pyłu był piękną ilustracją do „War Inside My Head”. Dałam się ponieść tej pierwotnej energii jak za dawnych, dobrych czasów akademickich imprez.

 

SUICIDAL TENDENCIES:

 

  1. You Can’t Bring Me Down
  2. I Shot the Devil
  3. Clap Like Ozzy
  4. Freedumb
  5. Trip at the Brain
  6. War Inside My Head
  7. Subliminal
  8. Possessed to Skate
  9. I Saw Your Mommy
  10. Cyco Vision
  11. Pledge Your Allegiance

 

Razem z SUICIDAL TENDENCIES po prostu „Zastrzeliłam Diabła”, co przyznacie ,mogło być idealnym zakończeniem drugiego dnia w festiwalowym piekle!

 

tekst i zdjęcia: Justyna “justisza” Szadkowska

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , .