Hellfest 2018 – Clisson, Francja (21-22.06.2018)


DO TRZECH RAZY SZTUKA


Trzecia KVLTowa wizyta na francuskim Hellfeście, to akurat właściwa liczba, by o festiwalu napisać bez zbędnych uniesień, rzeczowo i obiektywnie. Tak mówi przysłowie, a co przyniosła rzeczywistość?

„Czas dzielimy triadycznie na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, na narodziny, wzrost i rozkład, na młodość, dojrzałość i starość (trzeci wiek). W historii widziano epokę kamienia, brązu i żelaza. Wszędzie tak jest. Rosjanie wiedzą, że Bóg lubi trójkę, Niemcy, że raz to żaden raz, prawdziwy raz to trzy razy, u Rzymian było “ommne trinum perfectum”, a trzech tworzyło zgromadzenie. W ogóle trójki, triady i trójce, żeby do trzech się ograniczyć, to ważna sprawa.”- jak pisał prof. Bralczyk na temat tytułowego przysłowia.

Moja czerwcowa wizyta, w sennym przez większość roku Clisson, była właśnie trzecim podejściem do imprezy, której termin przesunął się na trzeci(!) weekend czerwca w stosunku do poprzednich edycji. Nomen omen była to 13 odsłona festu!  Mam zatem trzecią próbę zmierzenia się z fenomenem organizacyjnym, pełnym szacunku podejściem do festiwalowiczów  i dość eklektycznym traktowaniem hasła „muzyka metalowa”, weryfikując lineup imprezy.  Trzy próby: jak się udało przy pierwszej – dobrze, ale może się miało to szczęście przy drugiej – świetnie, jeśli nie, to  przy trzeciej – już musi. Czwartej próby, może już nie będzie. Koniec wstępu.


czwartek – 21.06.2018


Podróż na dwa samochody , w 15 osób, była tak samo pełna wrażeń jak zawsze, tym razem nieco dłuższa, 22 godziny (z 2 godzinną przerwą na spanie, na parkingu dla TIR-ów), głównie przez silny ruch na autostradzie spowodowany francuskim strajkiem kolejowym.

Festiwalowy tłum wypełniający ulice wykwintnego miasteczka Clisson – był już bardzo widoczny – kiedy to przed południem dotarliśmy na pole namiotowe.  Część ekipy zajmowała właśnie lepsze miejscówki pod drzewami a my udaliśmy się po odbiór akredytacji. Pogoda jak zwykle stabilna. Dzień był jasny, słoneczny i ciepły, na szczęście bez ekstremalnych temperatur.
W Hell City, przyległym do zamkniętego terenu strefy Hellfestu, utworzyła się już niebotycznych rozmiarów kolejka po bilety na edycję 2019 w promocyjnych cenach.  Dało się zaobserwować nowe organizacyjne szlify w zakresie infrastruktury festiwalowej, jak np. betonowy bruk z odwodnieniem do kanalizacji  w miejscu dawnego pylącego klepiska, nowe zaplecze sanitarne w pełni skanalizowane, oprócz rzędu wspomagających TOI TOI – z grubej tektury(!), oraz asfaltowe drogi dojazdowe dla technicznej wygody obsługi festiwalu. Nowością okazał się też system bezgotówkowej płatności na terenie festu – bilet wstępu wymieniano na opaskę zbliżeniową.

Moi towarzysze podróży jak zwykle zanurzyli się w miasteczkowe namioty w poszukiwaniu płytowych „okazji”,  a ja wygodnie zagłębiona w plażowy leżak, wertowałam szczegółową rozpiskę rozpoczynającego się jutro triatlonu.
Ci , którzy wraz ze mną i w tym roku brali udział w tej wszechstronnej dyscyplinie sportowej wiedzą, że jest to kombinacja umiejętnego pływania w lineupie, strzelania kadrów  i biegania między scenami, a na wynik końcowy ma wpływ również dobór stroju i przygotowanie sprzętu fotograficznego. Zdobyte na poprzednich edycjach doświadczenie podpowiadało mi aby skupić się na głównych scenach, z kilkoma wyjątkami. Mimo to, aplikacja na moim smatrfonie wskazała odpowiednio 18,2 km, 16,7km  i 17,9km “przebiegu”  na każdy z 3 dni.

 Dla przypomnienia, Hellfest to przede wszystkim rozmiar i rozmach. Dwie główne sceny obok siebie grające na zmianę (z przerwą ok. 5 minut między artystami); 3 “mniejsze” miejsca, Altar, Temple (oba namioty wielkości boiska piłkarskiego), Valley (nieco mniejszy), i samodzielny festiwal w festiwalu – czyli Warzone.

Czas na krótką regenerację po podróży w hotelu,” rozmowę” z psychologiem, ustalenie strategii w zakresie żywienia i regularnego nawadniania…. Do jutra!


piątek – 22.06.2018


Zasada obowiązująca dzisiaj, to 3 x bez:  bez nadwyrężania się, bez kłopotów, bez bicia rekordów ,ale jak zwykle trzymanie się jej wyszło różnie.

Na pierwszy „piekielny” ogień poszła  Oś Czasu  Chrisa Slade’a , a więc fenomenalne kawałki AC/DC oraz Gary’ego Moore’a i Dave’a Gilmore’a.  Bez zbędnego rozpisywania, zdanie do  Chrisa – trzymaj się AC/DC, to było genialne! Mniej konferansjerki, a jeden wokalista w zupełności wystarczy!
Niemniej, całkiem dobry początek festu!

O 14:20 Sons of Apollo, na scenie obok,  ściągnęli naprawdę spore tłumy. Czy to może dziwić? Wszak to supergrupa sklejona z  Dream Theater, Mr. Big, Guns ‘N Roses, i Journey. Było  mocno, riffowo i z pazurem. Bębny jak trzeba, bas, gitarki w punkt, a wokal z rockowym brudem. Zabrakło mi czegoś z „Teatralnego” repertuaru, ale jak wiadomo byłby to jedyny kawałek w mocno skompresowanym festiwalowym secie. Ron “Bumblefoot” Thal i Billy Sheehan w świetnej formie. No a Portnoy w różnych konfiguracjach focony na Hellfeście po raz 3! Mimo to czułam niedosyt.

Duże sceny pozostały  w trybie iście nostalgicznym.  Za utrzymanie w klimacie odpowiedzialny był teraz australijski “Różany tatuaż” Angry’ego Andersona, który rozbujał publikę  na bluesową nutę, zupełnie jak na zlocie motocyklowym. W dalszą podróż  do epoki sweet  80’s,  zabiera nas weteranka sceny amerykańskiej, Joan Jett w towarzystwie Blackhearts . Yeah ! Kto nie kocha rock ‘n’ rolla ręka do góry! Ależ ona daje czadu i na dodatek pięknie wygląda! Świetna składanka dobrego rocka.

Mesuggah z  Jensem Kidmanem,  mimo pełnego słońca, wprowadzili mnie i resztę tłumu w szalony headbanging. Jestem zupełnie nieobiektywna w ich przypadku, ale tak już z nimi mam od lat 90. Może dodam , że focenie i potrząsanie nie idzie w parze, musiałam działać naprzemiennie. Secik wybrzmiał soczyście, choć po zmroku, z pewnością lepiej by wypadło chociażby takie  The Hurt That Finds You First czy końcowy Demiurge. Najbardziej zabrakło mi magicznego Break Those Bones Whose Sinews Gave It Motion.

Z szalonego rollercoastera przesiedliśmy się na huśtawkę. Nostalgicznie bujał nas kolejny gigant lat 80.  Joe Tempest i szwedzka spółka z o. o.  pod szyldem EUROPE. Chłopaki nagrywają nowe, doskonałe płyty, ale nic nie zastąpi wspólnego wrzasku w podskokach podczas „Finałowego Odliczania” – to taki moment, kiedy dźwięk można właściwie zobaczyć i poczuć w powietrzu. REWELACJA!

Jakoś tak mimochodem w drodze do wodopoju mój wzrok skupił niecodzienny widok sceny  w namiocie TEMPLE.  Wabikiem okazało się MYSTICUM , choć po prawdzie, scenografia, która posłała mą szczękę na trawę. Trzy monstrualne podesty, trzy ostre trójkątne snopy światła, skierowane na trzech gitarzystów, na tle ledowego ekranu z tyłu sceny. Z resztą podesty też były ledowymi ekranami. Obrazy migające na tych wszystkich ekranach razem wziętych, w takt automatu perkusyjnego, przebiły mocą nawet moje ukochane Meshuggah. Tak! To było dla mnie objawienie.  Jak potem doczytałam w hotelu, Norwedzy nagrali swego czasu najciekawszą płytę black metalową w historii  “In the Streams of Inferno“, bagatela, jakieś 22 lata temu . Mimo tej rewelacyjnej oprawy i naprawdę świetnej muzy, publiczność nie dopisała. Szkoda.

Wróciłam pod dużą scenę, gdzie wszyscy czekali na przysłowiowy kwiatek do kożucha, czyli bosonogiego Stevena Wilsona, który pojawił się w doskonałym nastroju. Zazwyczaj skupiony i milczący tym razem przecinał set, by sadzić sarkastyczne dowcipy.  W pewnym momencie stwierdził, że jego zespół pasuje tutaj jak Abba . Może to było nawiązanie do ich szwedzkich scenicznych poprzedników, a może chodziło o stylistykę jego muzyki?  Cóż , zostawmy widzom kontekst do własnych przemyśleń, bo w sumie najciekawsze było w tym występie to,  że  lider obiecał publiczności cięższą set listę i dotrzymał słowa. Zagrali “Sleep Together” i “The Creator Has a Mastertape“. Kawałki  Porcupine Tree przyczyniły się do ogólnego ciężaru dźwięku, szczególnie z ryczącymi nisko-tonowymi dźwiękami,  zapewnianymi przez mojego ulubieńca Nicka Beggsa. Momentami  basowe popisy wprowadzały najbliższą okolicę w drżenie, dając nieprzyjemne odczucie zatykania uszu. Wybaczam jednak wspaniałomyślnie, przecież miało być ciężko!
Utwory z nowego albumu “To The Bone” ograniczono do “Pariah” i “People Who Eat Darkness“, podczas których Wilson użył mocno sfatygowanej gitary z lat 60. Ten nietypowy występ z pewnością był ogromną gratką dla stałych bywalców regularnych koncertów Stefka, do których i ja należę.

Przyszła kolej na ciekawostkę przyrodniczą w postaci nudzących się gwiazd sceny muzycznej i wolnego chwilowo od kontraktów filmowych gwiazdy Hollywoodu. Na scenę szykowali się  Alice Cooper, Johnny Depp i Joe Perry. Postanowiłam zweryfikować to zjawisko z rzeczywistością, które roboczo nazwałam „super trio – ojciec, wuj i stryjo”. Wiadomo przecież jak Johnny działa na kobiety, wiadomo jak Alice, wiadomo jak Joe. Taka kumulacja mogła być niebezpieczna dla otoczenia.  Okazało się, że jak przestaniemy śledzić zblazowane miny Johnnego i przewidywalne pozy Joego oraz aktorskie zapędy Alice , usłyszymy niesamowitego Tommy’ego Henriksena, Duffa McKagana,  Matta Soruma,  Bruca Witkina. Ok, przyznam, że Johnny wyciągnął asa z rękawa, i wtedy uwierzyłam, że to nie tylko wygłupy zblazowanych gwiazd. Zaśpiewał „Heroes”…. Tak moi drodzy, kapitan Jack Sparrow zaśpiewał Davida Bowie i to bardzo dobrze. Kurtyna.

Zgłodniałam, więc podjęłam decyzję – odpuszczam Stone Sour.  Potem miałam mały dylemat – Therion, który widziałam dwukrotnie, czy coś, czego nie będzie okazji zobaczyć – Bad Religion. Pognałam do WARZONE! Punk rock w starym dobrym stylu , czyli Greg Graffin ,  Brett Gurewitz (Mr. Brett) i  Jay Bentley. Pamięcią poszybowałam do mocno sfatygowanej taśmy z  No Substance (1998), promowany singlem Raise Your Voice z udziałem Campino – lidera kultowej niemieckiej grupy Die Toten Hosen. Co to za czasy! Patrząc na scenę widziałam zadowolonych z tego, co robią wigorzastych ale stonowanych, poważnych Panów w średnim wieku.  Z całą stanowczością stwierdzam: Punks Not Dead, a i z pewnością jego uprawianie pięknie konserwuje. Fantastyczny występ!

Tymczasem na głównej scenie rządzili  Judas Priest.  Oto headliner, który tworzy spektakl ku uciesze tłumu. Wkracza na scenę, a przez następną godzinę i pół oglądamy jeden z największych zespołów heavy metalowych wszechczasów. Spektakl ten to blichtr i elegancja z niezniszczalnym Robem Halfordem na czele, który zmieniał kilkukrotnie jeden błyszczący płaszcz na inny, podczas gdy w tle obracały się okładki albumów, a fani zgadywali tytuł następnego utworu. Wszystko to oglądałam z właściwej odległości od sceny. Ja niestety nigdy nie będę w stanie polubić zaślinionej brody i wąsów Roba. Zwyczajnie nie mieści mi się to w obiektywie. Z pełnym szacunkiem dla legendy skomentuję ten sentymentalny i przewidywalny występ usłyszanym w tłumie zdaniem:

 – Hi I’m Rob Halford and I’m a million years old, and I can still sing and perform better than every hard rock singer a third of my age.

Na finał, z MAIN STAGE  wypłynął na fanów, otoczył,  po czym  wessał  dziwny i cudowny świat  A Perfect Circle.  Byłam już mocno zmęczona, mimo to zatoczyłam z Jamesem idealny okrąg.  “Counting Bodies …” na początek z “eMOTIVe“, potem w większości utwory z “Eat the Elephant” , poza tym magia scenicznej oprawy i fantastyczne wykonanie na żywo przekonały mnie ostatecznie do jeszcze nieosłuchanej nowej płyty. Rewelacyjne zamknięcie dnia.

Podsumowanie:

obejrzane występy  – 12
wypite piwa – 3
odkrycie – Mysticum
rozczarowanie – Sons of Apollo
przyjemna niespodzianka – Hollywood Vampires
ilość pokonanych km  – 18,2
karta pamięci  64 GB – zapełniona w 98%


tekst i zdjęcia : Justyna “justisza” Szadkowska

pełna galeria zdjęć do obejrzenia tu:  Hellfest dzień 1

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , .