IAMX – Gdańsk (6.02.2019)

Który to już raz IAMX miał występować w B90? Drugi? Trzeci? W sumie nieważne, i tak nigdy wcześniej nie byłem. Tym razem jednak, zachęcony opowieściami moich znajomych, wybrałem się zobaczyć co takiego wyczyniają na żywo Chris, jego dwie koleżanki oraz kolega.

Środa, 6 lutego, zimno. Do B90 wpadłem swoim zwyczajem spóźniony. IAMX już grali, obyło się bez supportów. Chris Corner i ekipa kończyli właśnie Alive in New Light, czyli pierwszy numer. Na dzień dobry trochę się zdziwiłem frekwencją. Po entuzjastycznych relacjach poprzednich występów IAMX w Gdańsku naiwnie spodziewałem się tłumu pod sceną, a tymczasem klub był wypełniony może w jednej trzeciej, a pewnie i to nie. Ale z drugiej strony to przecież środek tygodnia, a poza tym wiem dobrze, jak Polacy chodzą na koncerty („raz już go kiedyś widziałem, mogę teraz podczas rozmów z kolegami ze znawstwem kiwać głową i uchodzić za bywalca, więc iść drugi raz mi się nie chce”). Nie ma jednak tego złego – w B90 tego wieczora IAMX nie miał może największej publiczności na świecie, ale za to bardzo wierną.

Stanąłem sobie w strefie, w której stanąć powinienem, czyli trzydziestolatków z brzuszkami. Tak się to jakoś podzieliło, że im bliżej sceny, tym więcej kobiet, a ich faceci zajęli raczej pozycje w okolicy stanowiska nagłośnieniowców. Uznałem, że nie ma co walczyć z przeznaczeniem i zająłem miejsce między nimi. Tak się składa, że do tańców mnie jakoś po zjebanie ciężkim dniu nie ciągnęło, chciałem raczej popatrzeć i posłuchać, a z zony trzydziestolatków z brzuszkami miałem i dobry widok, i dobry dźwięk. I bar bliżej. Dobra strategia to podstawa w tym wieku.

Skoro już przy jesteśmy przy dźwięku i obrazie – dźwięk w B90 był petarda. Nie jakoś super głośno, ale za to wyraziście i czytelnie. Momentami jakość brzmienia sprawiała wrażenie wręcz studyjnej. Na scenie Chris Corner i jego zestaw zabawek zajęli rzecz jasna pozycję centralną. Po jego prawej stronie za swoim stanowiskiem podskakiwała skąpo ubrana Sammi Doll z podklejonymi piersiami, co by się fanom nie objawiło zbyt dużo. Z drugiej strony Janine Gezang, to obsługująca syntezator, to gitarę basową. Za zestawem perkusyjnym na podwyższeniu zasiadł Jon Siren. Wszyscy muzycy razem ważyli pewnie z 40 kilogramów. Promotorzy ewidentnie mogą oszczędzić na kateringu. Podejrzenie o to, że Chris i ferajna przyjęli w życiu więcej używek niż kalorii nie jest pewnie nieuzasadnione. Energii im jednak nie brakowało, nie wnikajmy już czemu ją zawdzięczają. Przez większość koncertu scena tonęła w czerwieni. Sam IAMX giął się i tańczył, obsługiwał swój syntezator i śpiewał zaskakująco dobrze. Ewidentnie był w formie wokalnej, zresztą podobnie jak Sammi i Janine. Na zmianę przywdziewał pióropusz, zdejmował go, zmagał się ze swoją kamizelką (w końcu w sukurs przyszedł techniczny), przechodził na przód sceny i wracał do swojego stanowiska. Nieśmiało nawiązywał kontakt z publicznością, ale na dobrą sprawę nawet nie musiał – publiczność reagowała w zasadzie na każde jego słowo i ruch podczas kolejnych piosenek, jak i między nimi.

Główną część setlisty stanowiły kawałki z ostatniej płyty Anglika Alive in New Light (numer tytułowy oraz Exit, z kolei Mile Deep Hollow i The Power and the Glory poleciały podczas pierwszego i drugiego bisu, przy czym umówmy się, że wrzucanie tej ostatniej do bisu nie było najlepszym pomysłem – publika rozkręcona, chce tańczyć i bawić się do rana, a to niezbyt imprezowy numer) oraz drugiej w jego dyskografii The Alternative. W secie znalazła się nawet jedna piosenka z Kingdom of Welcome Addiction I Am Terrified, której fani domagali się na Facebooku. W zasadzie przy każdym numerze IAMX pod sceną trwała zabawa, krzyki i piski publiczności niosły się między kawałkami, a bokami spod sceny wychodzili spoceni zabawowicze, by zaczerpnąć oddech. Ja w pewnym momencie odkryłem, że ciekawiej mi się słucha, niż ogląda – scena mnie rozpraszała. I tak, próbując się skupić na samej muzyce, doszedłem do wniosku, że momentami twórczość IAMX całymi garściami czerpie z Alphaville, co nie jest bynajmniej zarzutem, bo nikt tak dobrze nie umiał w elektroniczną melodię jak Niemcy. W połączeniu z wykreowanym przez IAMX wizerunkiem zagubionego romantycznego emo-imprezowicza wszystko się zazębia i pasuje. Emotronika – taki termin sobie ukułem dla synth-popu IAMX.

Gdybyście mieli wątpliwości, czy koncert IAMX w B90 był udany, to dodam na koniec, że publiczność nie chciała Chrisa i jego ekipy wypuścić ze sceny, a on był najwyraźniej tak pewny siebie, że w standardowym czasie setu zaplanował trzy bisy. Trzy razy więc wracał na scenę, tyleż razy Janine dziękowała fanom. Aż w końcu zapaliły się światła i wszyscy rozjechali się w swoją stronę – IAMX koncertować, a fani do swoich żyć lub na after do Wydziału Remontowego. Dobrze jest czasami zrobić sobie w środku tygodnia przerwę na imprezę.

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Latest posts by Jakub Milszewski (see all)

Tagi: , , .