Ihsahn, Ne Obliviscaris – Wrocław (13.11.2018)

Sympatycy Ihsahna (zarówno solo, jak i z Emperorem) mieli prawo ostatnimi laty czuć się głodni koncertów swojego idola. Rok 2018 szczęśliwie zmienił tę sytuację. jak przyznał sam artysta w czasie wrocławskiego występu: “Nie było mnie w Polsce przez 19 lat, a gdy w końcu przyjechałem, gram czwarty koncert w przeciągu kilku miesięcy”. Po tym co zobaczyłem kilka dni temu w klubie Zaklęte Rewiry, mam nadzieję, że Vegard Tveitan będzie wpadał do naszego kraju jeszcze częściej, koncert był bowiem zjawiskowy!

Sam się zastanawiam co się złożyło na tak pasjonujący gig. Światowa produkcja? Gdzie tam – zwykłe światła oświetlające czterech facetów. Szaleństwo na scenie? Skądże znowu – muzycy w skupieniu odgrywali swoje partie. Z tego co zaobserwowałem, był to nieco inny skład, niż trzy miesiące temu w Warszawskiej Progresji – poza klawiszowcem Nicolay`em Svennæsem. Panowie, jak wspomniałem, nie byli zbyt żywiołowi, niemniej jednak ciekawym doświadczeniem było obserwowanie gry perkusisty – gość okłada swój zestaw jak zwierzak, mając przy tym minę, jakby brzydził się tym, co robi. Fajne połączenie.

Przepis na udany gig był prosty- świetnie zagrane doskonałe utwory. Ihsahn nie raz powtarzał w wywiadach, że formuła black metalu była dla niego za ciasna, stąd decyzja by w swojej twórczości eksplorować znacznie większą liczbę gatunków. Tak też było na koncercie – ostre, blackowe fragmenty zestawione z wycieczkami w szalone lata 80., przyprawione lirycznymi, balladowymi wręcz fragmentami, a to wszystko podlane klawiszowo-ambientowym sosem. Pysznie!

Frekwencja w klubie nie powalała (choć wstydu zdecydowanie nie było), ale ci którzy przyszli, reagowali wybornie. Ihsahn z uznaniem kiwał głową na zbiorowe śpiewy w Mass Darkness czy Until I Too Disolve. 16 utworów zagranych w ciągu 90 minut zleciało mi zbyt szybko. Trzymam więc kciuki, aby Ihsahn solo szybko do nas wrócił.

Setlista Ihsahn
1. Lend Me The Eyes Of Millenia
2. Arcana Imperii
3. Sámr
4. Pressure
5. Hiber
6. Pulse
7. Tacit
8. Until I Too Dissolve
9. Mass Darkness
10. My Heart is of the North
11. The Paranoid
12. Celestial Violence
13. Wake
14. Frozen Lakes on Mars
15. A Grave Inversed
16. The Grave

Zanim na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru, publiczność rozgrzewali Australijczycy z Ne Obliviscaris. Po zawirowaniach z ubiegłego roku nie ma już śladu. Przypomnijmy – grupa straciła basistę, Brendana Browna, wyrzuconego z powodu ciążących na nim zarzutów stosowania przemocy wobec członków swojej rodziny. Zespół zmagał się z krytyką, że o wszystkim wiedział, lecz nie reagował. Dziś, kilkanaście miesięcy później, Ne Obliviscaris są w innym miejscu – wydali swój trzeci album (Urn) i ponownie zjeżdżają świat z koncertami.

Lubię ten zespół na żywo, zawsze grają świetnie, tak było i tym razem. Sprawdził się nowy basista, Martino Garattoni, który wygrywał na swoim 6 strunowym instrumencie prawdzie cuda. Marc Campbell mniej growlował, więcej skrzeczał, a szkoda. Matt Klavins i Benjamin Barett jak zwykle dbali o słuszną porcję gitarowego ciężaru, a Ben dodatkowo potrafił oczarować solówkami. Na dodatek materiał z nowego albumu naprawdę pierwszorzędnie sprawdza się na żywo. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie pogarszające się z każdą minutą nagłośnienie. Było coraz głośniej i coraz bardziej jazgotliwie. Daniel Presland zagłuszał swoją perkusją gitarzystów, z kolei Xenoyr miał problemy, aby się przebić ze swoim wokalem przez tę ścianę dźwięku.

Set Ne Obliviscaris:
1. Devour Me, Colossus (Part I): Blackholes
2. Intra Venus
3. Libera (Part I): Saturnine Spheres
4. Urn (Part I): And Within the Void We Are Breathless
5. Urn (Part II): As Embers Dance in Our Eyes
6. And Plague Flowers the Kaleidoscope

Jako pierwszy na scenie zameldował się Norweski, instrumentalny tercet Astrosaur, ale nic na temat ich koncertu nie napiszę. Przez korki wpadłem do klubu mocno spóźniony i widziałem zaledwie parę minut tego występu.

Tagi: , , , , , .