Impact Festival 2019 – Kraków (11.06.2019)

Impact Festival, imprezę, którą można już dziś śmiało nazwać jednym z najważniejszych wydarzeń tego roku (w końcu nie codziennie człowiek ma okazję zobaczyć zespoły pokroju Alice ln Chains i Tool na jednej scenie), przeszedł do historii.

Nie będzie to standardowa relacja, a raczej zbiór luźnych przemyśleń na temat najważniejszych momentów festiwalu – z uwagi na fakt, że wziąłem udział wyłącznie w jego dwóch głównych koncertach, w żadnym wypadku nie pokuszę się o ocenę całości imprezy.

Nie oznacza to jednak, że nie pomarudzę, bo zlokalizowanie małej sceny na parkingu przed halą koncertową i rozpoczęcie występów zaplanowanych na niej kapel w środku największego popołudniowego skwaru to moim zdaniem totalna porażka. Dodając do tego fakt, że Uncle Acid & The Deadbeats, którzy zasługiwali na main stage, zostali wystawieni w przedbiegach, w środku pory obiadowej, gdy człowiek raczył się piwem w okolicach Wawelu, uznać należy zgodnie za dalekoidącą wtopę. Nic to, na koncert Brytyjczyków przyjdzie mi poczekać do najbliższej okazji.

Na Tauron Arenie zjawiłem się chwilę po godzinie 19.00. Co ciekawe, wchodząc na GA bez problemu zająłem premiowane miejsce w bezpośrednim sąsiedztwie sceny (z tego miejsca chciałbym złożyć wyrazy współczucia płacącym za early entrance i pilnującym swojego miejsca przez kilka godzin), co pozwoliło mi mieć nadzieję na wrażenia niezmącone żadnymi niedogodnościami.

I nie zawiodłem się.

Alice in Chains zaczęli punktualnie 30 minut przed dwudziestą. Przyznać muszę, że w stosunku do tego zespołu jestem całkowicie nieobiektywny, jednak wydaje mi się, że moja miłość do ekipy Cantrella nie przysłoniła mi trzeźwej oceny jej występu. AiC zagrali przekrojowy set z największymi przebojami (z Them Bones, Dam That River, Down in a Hole, We Die Young, Man in the Box i Would? na czele), czym sprawili mi niewysłowioną radość.

Zespół, choć nieco statycznie, odegrał przygotowany set bardzo okazale – DuVall w świetnej formie wokalnej (w Rooster przewiózł okrutnie, przekonując mnie do siebie ostatecznie), uzupełniany harmonicznie przez Cantrella prezentował się rewelacyjnie, co sprawiło, że trzy kwadranse z najważniejszym zespołem amerykańskiej sceny grunge upłynęły mi w mgnieniu oka.

Jakkolwiek jednak pozytywne nie byłyby wrażenia spowodowane występem AiC, nic nie było w stanie przygotować mnie na emocje i doświadczenia wygenerowane przez występ gwiazdy wieczoru.

Tool to instytucja. Zaprezentował się niemal nonszalancko – casualowo ubrani Danny Carey, Adam Jones i Justin Chancellor kontrastowali na scenie z przyodzianym niczym rasowy panczur Maynardem Keenanem, który udowodnił tego wieczoru, że jest wokalnym gigantem.

Zaczeli od Ænema, potem przyszedł czas na The Pot, Parabol, Parabola, premierowy Descending i Invincible, Schism, CC Trip, Intolerance, Jambi, Forty Six & 2, skończywszy na Vicaroius i wyraźnie wyczekiwanym przez publikę Stinkfist.

Podczas koncertu człowiek miał autentyczne wrażenie obcowania z czymś naprawdę dużym. Doświadczenie na poziomie muzycznym, brzmieniowym, wizualnym i (co najważniejsze) emocjonalnym – absolutnie bezcenne. Wystarczy powiedzieć, że po występie grupy czułem się całkowicie zezłomowany, a takie wrażenia zarezerwowane są w mojej głowie wyłącznie dla koncertów wyjątkowych.

Ten taki był.

Różne rzeczy można mówić o działalności Live Nation, ich polityce cenowej i praktykach organizacyjnych – tym razem jednak Impact Festival rozbił bank i zgarnął pełną pulę. Wrażeń, emocji i muzycznych doświadczeń.

Synu

Fan szeroko pojętej muzyki gitarowej. Z wszelkich szuflad i gatunkowych etykiet.
Napisz do autora: synu@kvlt.pl
Synu

Tagi: , , , , , , , , .