Imperium Poloniae – Kraków (29.11.2016)

Brak mojego wolnego czasu daje się mocno we znaki. Dowodem na to jest fakt, że relację z krakowskiego przystanku Imperium Polonaiae publikuję z ponad tygodniowym poślizgiem. „Lepiej późno niż wcale”, a więc przejdźmy do rzeczy.

Olsztyński Insidius miał tak naprawdę szczęście w nieszczęściu. Z jednej strony dużym plusem jest możliwość zaprezentowania się przed tak znaczącymi hordami, ale z drugiej to nie lada wyzwanie by zachęcić miłośników metalu do wcześniejszego przyjścia na koncert. Choć ich debiutancki album naprawdę przypadł mi do gustu i wiązałem z występem duże nadzieje, szczerze przyznaję że byłem rozczarowany. Fakt faktem, nagłośnienie w Kwadracie pozostawiało wiele do życzenia, ale inną sprawą był brak mocy ze sceny. Statycznie, być może z nadmiernym stresem, nie wiem. Mam nadzieję, że po takim przetarciu szlaku na kolejnych koncertach Insidius poradzi sobie o wiele lepiej. Niestety, ale koncert zupełnie bez historii.

Po krótkim wstępie, sala momentalnie zapełniła się i poczułem ducha unoszącego się w powietrzu terroru i wkurwienia. Tak moi drodzy Państwo, na deskach pojawił się (nie mam zamiaru przesadzać) najbardziej bezlitosny zespół w Polsce czyli Infernal War. Black metalowy legion z Częstochowy nie pozostawił nawet ułamka wątpliwości, że ten wieczór nie będzie należał do nich. Już otwierający hit Ściąć Nazarejczyka nastroił całe zgromadzenie i dał wyraźnie do zrozumienia, kto będzie rządził przez następne kilkadziesiąt minut. Zero kompromisów, tylko czysty wpierdol. Zarówno nowe utwory z Axiom jak i stare szlagiery (z dużym naciskiem na rewelacyjnie zagrany Genocide Command) skutecznie siały zniszczenie. Ktoś może narzekać na potraktowany nieco po macoszemu Terrorfront, ale dla mnie to była bomba. Bez opóźnionego zapłonu lecz z ogromną siłą rażenia!

Nie ukrywam, że po występie Infernal War miałem spore obawy czy Vader da radę zbliżyć się swoim ciężarem do małopolskich black metalowców. Otwierający set Wings natychmiast rozwiał moje wątpliwości i nakazał traktować ten koncert zupełnie inaczej, przecież występ Petera i spółki to po prostu swojska biesiada w towarzystwie kawałków „best of”. Choć The Empire uważam za album słaby, to skłamałbym mówiąc, że nowe utwory nie dają na żywo rady (przede wszystkim Prayer to the God of War, który uważam za jeden z jaśniejszych punktów wieczoru). Setlista całego występu była naprawdę niezła, rewelacyjny Xeper, kapitalny Kingdom i zupełnie niespodziewany This is the War z pewnością zadowoliły większość death metalowych maniaków. Niemniej trudno nie oprzeć się wrażeniu, że końcowa część regularnego setu (czyli mniej więcej po legendarnym Carnal) straciła na mocy, a na twarzach niektórych osób pojawiało się…znużenie. Choć Ci bardziej wytrwali nie mogli odmówić sobie dalszej rzeźni w rytmach nieśmiertelnych Black to the Blind czy Sothis. Na szczęście bisy, z kapitalnie wieńczącym cały wieczór Raining Blood dopełniły misterium całego wieczoru.

Cały wieczór przebiegł niezwykle sprawnie, jak w zapowiadanej niemieckiej machinie koncertowej. Mimo, że moje oczekiwania były nieco większe to nie mogę powiedzieć, iż poczułem się rozczarowany lub zawiedziony. Świetny Infernal War i swojsko-dobry występ Vader mogę uznać za miłą odskocznię od codziennej prozy życia.

Zdjęcie użyte relacji pochodzi z wrocławskiego koncertu, którego autorem jest Infernal Impressions.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , .