Into The Abyss Festival II – Wrocław (09-10.12.2016)

Wrocławski Into The Abyss Festival zaliczył dopiero drugą edycję, a już można stwierdzić, że jest bardzo mocnym punktem na mapie wydarzeń w naszym kraju. Podczas  weekendu 9-10 grudnia br. w ramach imprezy można było zobaczyć w sumie 13 kapel, a kilka z nich po raz pierwszy wystąpiło w Polsce!

Na pierwszy dzień festiwalu organizatorzy wybrali pięć zespołów. Cold Raven, był pierwszą  kapelą, która tego wieczoru zaatakowała dźwiękiem…Włosi promowali album „Equilibrium and Chaos i z niego wybrali parę numerów (m.in. tytułowy) do setlisty. Mieli tylko pół godziny do zaprezentowania materiału, ale to starczyło, by pokazali, że nieprzypadkowo znaleźli się w tym miejscu. Black metal w ich wykonaniu może nie był szczególnie odkrywczy, ale według mnie Panowie sprawdzili się w roli „przedskoczka”.   

From Hell, czyli numer dwa na liście startowej tego dnia, to Amerykanie, którzy działają od sześciu lat i mają w swej dyskografii jeden –  ale za to dobrze oceniany – album, o tytule „Ascent From Hell”. Na czele tej brygady stoi  George Anderson – wokalista i gitarzysta, który niewątpliwie wyróżnia się swą zabarwioną na blond indiańską fryzurą, a na dodatkowy szacun zasłużył jeszcze z jednego powodu. Otóż pod koniec występu Panowie zdecydowali się na zagranie jednego z hitów Kinga Diamonda, a zatem George mocno musiał wytężyć swoje struny głosowe, by zbliżyć się do  falsetu Mistrza.

Absu jeszcze w Polandzie nie grali, więc zapowiedź ich wizyty we Wrocławiu zmobilizowała wielu fanów do ruszenia się i przyjazdu nawet z odległych zakątków kraju. Black, thrash, death, a wszystko to w okultystycznej posoce. Tak można krótko opisać ich  styl i chyba w Stanach nie ma lepszej kapeli o podobnej proweniencji. Charyzmatyczny Poscriptor (wokal, perkusja) wraz ze swoją ekipą przygotowali zestaw złożony z numerów chyba najbardziej oczekiwanych. „Swords and Leather”,  „Highland Tytant Attack”, “The Sun of Tiphareth” Sam miód po prostu, a  kiedy jeszcze zaaplikowali nam epicki „Stone of Destiny”, publika nie miała już żadnych pytań. Trzeba przyznać, postarali się.

Possessed to oczywiście przede wszystkim Jeff Becerra. Mimo że od 1990 roku porusza się na wózku, to zdołał w 2007 roku reaktywować zespół, formując praktycznie całkiem nowy skład. Od tego czasu Posssessed zagrał setki eventów i nie zwalnia tempa, a nawet prezentuje na żywo nowe kompozycje. Tego wieczoru zaczęli od „Pentagram”, a następnie popłynęły utwory z obu swych legendarnych płyt oraz EPki „Eyes Of Horror”. Mnie osobiście najbardziej poruszył „Tribulation”, który zabrzmiał agresywnie i selektywnie zarazem, a nie ze wszystkimi numerami tak było.  Nowy zaprezentowany utwór „Abanded” to dzieło gitarzysty Daniela Gonzalesa. Dobra death-metalowa, dynamiczna kompozycja! Mam nadzieję, że będzie tego więcej i doczekamy się wydania przynajmniej jakiegoś mini-CD. Na koniec oczywiście zostawili flagowy „Death metal”, odśpiewany chóralnie przez fanów pod sceną.

Rolęzamykacza” spełnił austriacki  Belphegor, czyli formacja, która tego wieczoru miała na scenie najwięcej różnorakich, diabelskich akcesoriów. Helmuth i jego koledzy działają nieprzerwanie od 25 lat, więc stworzyli już sporo dobrego materiału, z którego można by wykroić niejeden dobry set. Tym razem załadowali m.in. takie szlagiery, jak „Feast Upon The Dead, „Stigma Diabolicum”, “Bondage Goat Zombie czy „Totenkult – Exegesis Of Deterioration”, a jako że nagłośnienie było bardzo dobre, finał dnia okazał się konkretny.

W sobotę festiwal przeniósł się do innej miejscówki, to znaczy do Pralni. To klub bardziej undergroundowy i z salą główną mocno zaciemnioną, co część publiki uznała akurat za plus. Pierwszym punktem programu był śląski Brüdny Skürwiel, który skutecznie rozgrzał przybyłych. W dalszej kolejności wpadła na scenę rodzima kapela – Morthus, która przybliżyła publice, dość jeszcze wtedy nielicznej, swoje najnowsze utwory z tegorocznej płyty „Over The Dying Stars”.

Belgijski Dehuman to akurat  bardziej techniczne, choć też brutalne „nawalanie”. Panowie pochodzą z Brukseli i mają już wydane  dwie płyty, a tego wieczoru promowali ubiegłoroczną “Graveyard Of Eden”. Chyba mało kto ich jednak zapamięta, bo z jakichś powodów większe zainteresowanie wzbudził słowacki  Malokarpatan, który zainstalował się na scenie zaraz po Belgach. Panowie  zapunktowali kilkoma pisniczkami, z których zapamiętałem np. „Kýho besa mi to tá stará ohyzdná striga do pohára nalála”. Co prawda wokalista nieco niefrasobliwie traktował swoją rolę i wypadł dość średnio, ale instrumentaliści pokazali pełen profesjonalizm.

Grave Miasma to była jedna z dwóch najbardziej oczekiwanych kapel z tego dnia festiwalu i trzeba przyznać – ich set potwierdził, że są teraz na dobrym kursie. Wiele osób stwierdziło nawet, że zagrali lepiej niż podczas poprzedniej wizyty w Polsce. Brytyjczycy wybrali kilka  numerów z swego debiutu „Odori Sepulcrorum” sprzed trzech lat, ale oczywiście nie zapomnieli też o miażdżącym „This Tomb Is Mine” (z EP „Realm Of Evoked Doom”), który został użyty w trailerze reklamującym cały festiwal.

Headlinerem dnia był Sadistic Intent – zespół, który istnieje już 30 lat i nie ma co prawda żadnej płyty długogrającej w dyskografii, ale kilkanaście taśm demo, EP-ek, splitów i kompilacji zapewniło im wysoką pozycję w death metalowym podziemiu. To był ich pierwszy występ w Polsce i chociaż Bay Cortez  zagrał na basie pożyczonym od Miasmy (jego gitara „padła”), to rozsmarowali publikę po ścianach. Nie  ma wątpliwości, że są wielcy i na żywo ich muzyka jest  bezlitosna. Kultowy ”Eternal Darkness”, który trafił do setlisty, był tego najlepszym dowodem.

Po takim ekstremum dwie ostatnie grupy cieszyły się już „umiarkowanym” zainteresowaniem. Austriacka Kringa została zresztą nie za dobrze nagłośniona i publika zajęła się raczej piwem niż słuchaniem. Epilog należał do miejscowych, czyli Shodan, którzy spisali protokół z umierania imprezy (ich album nosi tytuł „Protocol of Dying”). Na szczęście  pewne jest to, że za rok festiwal znów się odrodzi. Festiwal zebrał tyle pozytywnych opinii, że nie widzę innej możliwości.

Autorem relacji jest Radek Bruch, natomiast zdjęcia są autorstwa Rafała Kotylaka.

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Latest posts by Piotr (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .