Jinjer, The Agonist – Wrocław (10.11.2019)

Dwanaście minut spędzonych z muzyką Jinjer na tegorocznym Mystic Festivalu wystarczyło, aby zespół z Ukrainy trafił na moją listę kapel do sprawdzenia w tak zwanym „pełnym anturażu”. Tuż po zakończeniu czerwcowej imprezy ogłoszono dwa klubowe koncerty Ukraińców w Polsce, więc przyjmując to za dobry znak, natychmiastowo podjąłem jedyną słuszną w tym wypadku decyzję – jadę do Wrocławia.

Przyznaję, że zaszokowało mnie ogromne zainteresowanie tą trasą. Zainteresowanie, które przerosło nawet Knock Out Productions, i to tak bardzo, że zarówno w Warszawie, jak i we Wrocławiu trzeba było przenosić wydarzenie do większych lokacji niż pierwotnie zakładano – a te również szybko się wyprzedały. Choć wrażenie pozostawione przez Jinjer w Krakowie było niezwykle pozytywne, a ich studyjne dokonania również stoją na wysokim poziomie, to fakt, że na moment pisania niniejszej relacji wyprzedana jest grubo ponad połowa przystanków trasy promującej niedawno wydany krążek Macro był dla mnie naprawdę zaskoczeniem. Wkrótce jednak to zaskoczenie miało przerodzić się w pełne zrozumienie. Ale po kolei!

Jako pierwsi miejsce na scenie zajęli ukraińcy ze Space of Variations. Muzyka pierwszego z występujących w niedzielny wieczór zespołów zawierała w sobie tak zwany „pierwiastek wszystkiego” – było tu zarówno mięsiste metalowe granie, rockowe patenty, szybkie i wściekłe romanse z hardcorem oraz miażdżące kark breakdowny, wszystko z niemałą dawką elektroniki. Do tego wokalista zdzierający sobie gardło i biegający po scenie jak wściekły. Jak udało się to wszystko upchnąć w ledwie trzydziestominutowy set? Nie wiem, nie pytajcie mnie. Wiem natomiast, że bujało to niesamowicie i wielka szkoda, że nie trwało choć odrobinę dłużej. Będę musiał jeszcze kiedyś na nich zapolować.

Space of Variations podnieśli poprzeczkę naprawdę wysoko, i w mojej opinii grająca po nich Khroma niestety jej nie przeskoczyła, dając występ jedynie poprawny i pozbawiony tej magii, której poprzednia kapela miała aż w nadmiarze. W efekcie proponowany przez nich groove metal (również podlany elektronicznym sosem) okazał się dla mnie na tyle nużący, że w połowie setu uznałem, że lepszym wyborem będzie pozwiedzanie Zaklętych Rewirów – oglądanie wystroju, malunków na ścianach i tak dalej. Bardzo ładne miejsce tam mają w tym Wrocławiu, a do tego dobrze nagłośnione.

Po krótkiej przerwie nadszedł czas na „gościa specjalnego” trasy – kanadyjski The Agonist. Muzycznie – pełna profeska, co tu dużo gadać. Choć wielkim fanem melodeathu nie jestem i żaden krążek Kanadyjczyków raczej nie zagości w moim odtwarzaczu, to na żywo zespołu słuchało się całkiem dobrze, i jeśli miałbym do czegoś/kogoś mieć zastrzeżenia, to byłaby to Vicky Psarakis, która kilka late temu w dosć kontrowersyjnych okolicznościach zastąpiła Alissę White-Gluz (obecnie Arch Enemy) na stanowisku wokalistki kapeli. Na pewno nie można było narzekać na wizualną stronę jej występu, jednak do wokali mógłbym się przyczepić. Nie do growlu, bo ten Psarakis ma naprawdę znakomity i potężny. Problemem dla mnie były fragmenty śpiewane, podczas których wokalistka momentami niemal piszczała. Nie wiem jak brzmi to na nagraniach studyjnych, jednak na żywo hmm… potwierdza się stare porzekadło mówiące, że wygląd to nie wszystko.

Gwiazda główna jak zwykle nie zawiodła, a Tatiana Shmailyuk od pierwszych dźwięków rozpoczynającego występ Jinjer Teacher Teacher zaczarowała wrocławską publiczność, ta zaś odwdzięczyła jej się jednym z najbardziej entuzjastycznych reakcji, jakie do tej pory dane mi było zobaczyć. Muzycznie – uczta. Ukraińcy mimo promowania swojego niedawno wydanego krążka Macro zagrali z niego jedynie cztery utwory (tyle samo z EPki Micro), w tym mojego faworyta w postaci Retrospection, najszerszą reprezentację w Zaklętych Rewirach znalazł King of Everything. Publika oprócz sprawdzenia nowych wałków mogła więc rozgrzać się przy numerach takich jak Pisces, I Speak Astronomy czy Words of Widsom i wykorzystała to do absolutnego maksimum – szalony młyn i ściany śmierci sprawiły, że z klubu wychodziłem mokry jak po solidnej lecz niekoniecznie orzeźwiającej kąpieli. Gdybym miał się do czegoś doczepić, to może jedynie do tego, że występ gwiazdy wieczoru był odrobinę za krótki. Nie obraziłbym się na dodatkowe 10 minut poświęcone na zagranie czegoś z potraktowanego po macoszemu pełnowymiarowego debiutu zespołu, z którego usłyszeć można było jedynie Who’s Gonna Be the One.

Setlista
Teacher, Teacher
Sit Stay Roll Over
Ape
Judgement (& Punishment)
I Speak Astronomy
Dreadful Moments
Who’s Gonna Be the One
Retrospection
Perennial
On the Top
Pit of Consciousness
Just Another
Words of Wisdom
Pisces
Captain Clock

Tak czy inaczej Jinjer w niecałe półtorej godziny zaprezentowało się rewelacyjnie i momentalnie przestałem się dziwić procentowi wyprzedanych koncertów na trasie. Kto nie był, ma czego żałować, choć zapewne okazja do wzięcia udziału w ich koncercie nadarzy się w niezbyt odległej przyszłości, bo zespół do Polski wpada dosyć często. Ja takie rozwiązanie gorąco polecam – żadne słowa nie są w stanie oddać tego, jak dobry był to występ.

Łukasz W.

Tagi: , , , , , , , , .