KAT & Roman Kostrzewski – Toruń (15.03.2018)

KAT – jeden z niewątpliwie najważniejszych zespołów polskiego metalu to jednocześnie grupa z bardzo smutną i poturbowaną historią. Dzieje sporów między członkami pierwotnego składu, które doprowadziły do powstania dwóch równolegle działających bandów, zna w końcu każdy, kto choć przez kwadrans interesował się krajowym podwórkiem muzycznym. Nie jest też tajemnicą, że większym uznaniem fanów cieszy się aktywnie koncertująca inkarnacja KAT & Roman Kostrzewski, która od początku lutego kontynuuje zimowo-wiosenną trasę, zakrojoną dotychczas na 18 występów.

Omawiany tour zahaczył w czwartkowy wieczór o Toruń, do którego grupa zameldowała się niemal równo rok po poprzedniej wizycie. Podobnie jak przed rokiem koncert odbył się w klubie Lizard King, który (jako jedno z niewielu miejsc zlokalizowanych na toruńskiej Starówce) był w stanie zapewnić odpowiednie warunki dla tego zacnego wydarzenia. Dla mnie tym bardziej wyjątkowego, że KATa w tym wydaniu miałem oglądać po raz pierwszy.

W roli supportu na deskach „Lizarda” zaprezentowali się doświadczeni wyjadacze z zespołu Alastor. I choć korzenie grupy sięgają połowy lat osiemdziesiątych, błędem byłoby kojarzyć band jedynie przez pryzmat eksponowania schematów z przeszłości. Set tego zasłużonego ansamblu oparty był w dużej mierze na nowszych numerach, wpisujących się w konwencję nowoczesnego thrash/groove metalu (choć nie zabrakło oczywiście szlagierów z najbardziej chyba znanymi Nieprawdopodobne i Zło na czele). Konkretny, solidnie rozgrzewający występ.

Przyznam, że mojemu oczekiwaniu na koncert gwiazdy wieczoru nie towarzyszyły jakieś niebotyczne nadzieje. Upływu lat oszukać się w końcu nie da, mając dodatkowo w pamięci koślawe próby odświeżenia klasycznych kompozycji (zarówno w formie akustycznej jak i karykaturalnej reprodukcji kultowego 666) byłem przygotowany raczej na to, że zespół zaprezentuje się w konwencji własnego cover bandu, niepróbującego nawet nawiązać do największych lat swojej świetności. Mój entuzjazm był jednym słowem umiarkowany.

Nastawienie zmieniło się jednak bardzo szybko – grupa zaczęła bowiem z wysokiego C, już na wstępie serwując zgromadzonym fanom kompozycję otwierającą debiutancki album 666. Dalej było jeszcze lepiej – numery z Trzech Szóstek, przeplatane kawałkami z Oddechu Wymarłych Światów, Bastard czy Róży miłości… w bardzo szczery i niewymuszony sposób przywołały piękne duchy przeszłości (ogromna w tym zasługa Romana Kostrzewskiego, którego bezpretensjonalne zachowanie sceniczne nadawało występowi niewątpliwego uroku). Set lista (poza dwoma numerami z Biało- Czarnej) składała się z samych ciosów – Morderca, Śpisz jak kamień, Milczy trup, Piwniczne widziadła, Głos z Ciemności, Diabelski dom cz. II, Noce Szatana, Czarne Zastępy, Masz Mnie Wampirze, epicka Łza dla cieniów minionych, Wyrocznia, czy zagrane na bis Strzeż się plucia pod wiatr i Odi Profanum Vulgus udowodniły, że zespół (rozumiany w kontekście dwóch oryginalnych muzyków) jest wyjątkowo odporny na bieg lat i mimo pokaźnego stażu wciąż zachowuje dynamizm i witalność.

Biorąc pod uwagę energię generowaną przez muzyków nie mogły dziwić entuzjastyczne reakcje zebranej na koncercie publiczności. Owacje, wspólne śpiewy doskonale znanych tekstów, okrzyki i uśmiechy na twarzach pozwalały sądzić, że nie byłem osamotniony w emocjach i wrażeniach jakie wywołał na mnie udział w tej imprezie.

Jeśli miałbym pomarudzić, to przyznam na marginesie, że przeszkadzały mi miejscami ucieczki Jacka Hiro i Krzysztofa Pisteloka w gitarowe akrobacje, nieco niepasujące do klimatu koncertu, ale nie był to na szczęście element, który szczególnie zaważył na ocenie występu jako całości.

Ta bowiem jest maksymalna. Koncert – absolutny ogień.

Synu

Synu

Fan szeroko pojętej muzyki gitarowej. Z wszelkich możliwych szuflad i gatunkowych etykiet.
Napisz do autora: synu@kvlt.pl
Synu

Latest posts by Synu (see all)

Tagi: , , , , , , , .