King Dude, Drab Majesty, Them Pulp Criminals – Warszawa (22.04.2017)

Na początku kwietnia King Dude wyruszył w europejską część trasy, promującą najnowsze wydawnictwo muzyka zatytułowane Sex. W swoich koncertowych planach na Starym Kontynencie, artysta nie zapomniał uwzględnić Polski, gdzie odegrał trzy sztuki. Jedna z nich miała miejsce w ubiegłą sobotę w Warszawie. Pierwotnie występ miał się odbyć w Proximie, jednak ze względów logistycznych, jak uargumentowali to organizatorzy, został przeniesiony do klubu Pogłos. Przyznam szczerze, że nigdy wcześniej nie słyszałam o tym lokalu, tak jak nigdy jeszcze nie miałam okazji być w Proximie, więc nie mogę silić się na ocenę, czy przeniesienie koncertu w inne miejsce było dobrym lub złym posunięciem.

Tego wieczoru w Pogłosie odbywały się dwie muzyczne imprezy. Być może stali bywalcy wiedzieli dokładnie, na którym piętrze lokalu odbędzie się koncert Króla Kolesia, niemniej jednak widziałam, że niektóre osoby trochę błądziły (zresztą byłam jedną z nich), nim dotarły do odpowiedniego pomieszczenia. Według mnie zabrakło dokładniejszego oznaczenia, co, gdzie i jak.

Jako pierwsi na scenie w roli supportu pojawili się Panowie z Them Pulp Criminals. Była to dla mnie pierwsza okazja, żeby wreszcie bliżej zapoznać się z twórczością zespołu – debiutanckim materiałem. Warto wspomnieć, że dla nich był to również pierwszy koncert w stolicy. Połączenie country, rockabilly i rock‘n’rollowego charakteru muzyki, którą prezentowali, wypadło naprawdę interesująco. Po publiczności było widać, że im dalej w setlistę, tym bardziej ulegała melodiom płynącym ze sceny. Myślę, że nawiązywanie kontaktu wokalisty z publiką miało w tym istotne znaczenie. Tym bardziej, że nie tylko swoją muzyką rozruszali ludzi, ale także żartobliwymi stwierdzeniami. Moją uwagę zwróciła też różnorodność stylistyk wokalnych Tymoteusza – z każdą z nich na żywo radzi sobie naprawdę dobrze.

no images were found

Po krótkiej przerwie technicznej stylistyka kompletnie się zmieniła. Drab Majesty najbardziej wyróżniali się podczas tego koncertu. Publika, która zagęściła się już wcześniej, stała jak zahipnotyzowana. Muzycznie przenieśliśmy się do lat 80. Dwóch muzyków z teatralnie umalowanymi twarzami, niebieskimi grzywkami, które wyłaniały się spod czarnych chust zarzuconych na głowy, wprowadzili nas w świat gotyckiego minimalizmu, syntezatorów, rytmicznej perkusji i zimnofalowego brzmienia gitary oraz wokalu. Dużo dymu i kolorowych świateł dopełniało całości tej sensualnej, ale też nieco romantycznej i mrocznej atmosfery podczas występu duetu z Los Angeles. Mnie osobiście całkowicie porwali, mimo że nie widziałam zbyt wiele (kiedy rozdawali wzrost, to stałam w kolejce po płyty), ale za to słyszałam wszystko. Chociaż prezentowali zupełnie inny świat od Them Pulp Criminals, czy samej gwiazdy wieczoru i pewnie nie każdemu mogła taka stylistyka przypaść do gustu, to zauważyłam, że swoim występem nawet jeśli nie przekonali wszystkich, to chociaż zaintrygowali tłum znajdujący się na sali.

no images were found

O ile poprzednie dwa składy pojawiały się na scenie w miarę punktualnie, tak Król Koleś zaczął swój występ z około 20-minutową obsuwą. Po 21:00 usłyszeliśmy pierwsze nuty gitary basowej, otwierającej Holy Christos. Szczerze mówiąc nie wyobrażałam sobie innego rozpoczęcia setlisty, tym bardziej podczas trasy promującej nową płytę. Po energicznym początku, usłyszeliśmy kolejny singiel, nieco spokojniejszy i bujający I Wanna Die at 69. Następnie King Dude zupełnie zwolnił i postawił na dwa refleksyjne utwory z poprzedniego albumu: Death Won’t Take Me oraz Deal with the Devil. Pomimo tego, że trasa odbywała się pod szyldem Sex, to w setliście znalazło się całkiem sporo kawałków z Songs Of Flesh & Blood – In The Key Of Light, a także pojawił się akcent w postaci utworów z Fear oraz znany i lubiany (chociaż może nie tak bardzo jak skandowany przez publiczność Lucifer’s the Light of the World) Jesus In Your Courtyard. Powiedziałabym nawet, że w zestawieniu utworów podczas koncertu następowały nieoczekiwane „zwroty akcji” i mam tu na myśli konkretnie cichy i spokojny Silver Crucifix – odegrany przy niemal całkowicie milczącej i zasłuchanej widowni – który przerodził się w galopujący, żywy Sex Dungeon USA. Szkoda tylko, że z kolei przy Fear Is All You Known początek utworu muzycznie i wokalnie się trochę rozjechał.

no images were found

Jedną z bardziej pozytywnych cech występów TJ Cowgilla stanowi jego kontakt z publicznością. Sam zresztą podkreślał w wywiadzie, że żartowanie razem z fanami podczas koncertów jest dla niego bardzo istotne. Tym razem nie było inaczej. Z nieodłączną butelką Jim Beama, co rusz wdawał się w interakcje. Coś, o czym trzeba także koniecznie wspomnieć, to powiększony skład zespołu. Tym razem ekipie King Dude’a towarzyszyła przez cały występ basistka. Dodanie gitary basowej do występów na żywo było dobrym pomysłem i jak najbardziej pozytywnie wpłynęło na całokształt brzmienia.

Oczywiście fani nie wypuścili Kinga i jego ekipy tak łatwo. Na bis usłyszeliśmy między innymi elektryzujący Who Taught You How To Love. Na scenie pojawił się wokalista Drab Majesty (odpowiedzialny za produkcję tego utworu) i wspomógł Dude’a gitarowo. Niestety, tym razem nie doczekaliśmy się Lucifer’s the Light of the World.

Sobotni koncert Króla Kolesia był zdecydowanie bardziej rockowy, aniżeli zeszłoroczny w Hydrozagadce. Tłum był mniej statyczny, ścisk i duchota większa, ale satysfakcja z uczestniczenia tamtym koncercie jest z pewnością ogromna. Największy minus – występy TJ Cowgilla mijają zdecydowanie za szybko. Ale chyba właśnie to sprawia, że na kolejny już czeka się z niecierpliwością.

Autorką zdjęć jest Wiktoria Wójcik

Marta (Kometa)

Marta (Kometa)

Studentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej.
Chwalę i krytykuję płyty, piszę koncertowe opowieści.
Marta (Kometa)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , .