Knock Out Tour – Drown My Day, Virgin Snatch, Decapitated, Frontside – Szczecin, Peron 5 (24.11.2018)

Ten koncert zwyczajnie nie mógł się nie udać. Zestawienie, które zaproponował Knock Out Productions sprawiło, że ciarki mnie oblazły już wtedy, gdy zobaczyłem plakat reklamujący event. Drown My Day, Virgin Snatch, Decapitated oraz Frontside rozbudziły spore zainteresowanie. Przed szczecinskim Peronem 5 pojawiłem się standardowo dużo wcześniej niż planowane otwarcie drzwi w obawie sporej kolejki do wejścia. Ku mojemu zdziwieniu, zainteresowanych nie było wielu i nie zmieniło się to nawet wtedy, gdy ochroniarz ogłosił piętnastominutowe opóźnienie spowodowane problemami technicznymi.

Kiedy wreszcie drzwi Peronu 5go się otworzyły, mogłem zająć dogodne miejsce na samym środku, tuż przy barierkach, co dawało całkiem niezłą perspektywę. Koncert, mimo obsuwy czasowej otwarcia klubu, rozpoczął się punktualnie. Scenę rozgrzał Drown My Day, którzy przybyli do Szczecina po pięcioletniej przerwie. Pomimo niewielkiej frekwencji gapiów, dali z siebie sto procent. Półgodzinny gig trwał stanowczo za krótko, chłopaki grali tak dobrze, że słuchało się ich z ogromną przyjemnością. Zdecydowanie pomógł w tym kontakt z nieliczną publicznością – ważna sprawa, o której niewielu wyżej notowanych artystów pamięta.

Kiedy krakowiacy zwolnili scenę, nastąpiła szybka zmiana aranżu wystroju, która oznaczała, że do występu Virgin Snatch pozostało tylko kilka minut. Powiem szczerze, że nie spodziewałem się takiego sztosu. Ludzie na widowni wciąż czuli kije w pewnych miejscach, co zmusiło Zielonego do dwukrotnego zejścia w publikę, tylko po to, by zachęcić obecnych do wspólnego pogowania – i całkiem dobrze mu to wyszło. Genialnie pobudził widownię, niestety – wyzwolił w niej też to, co w koncertach najgorsze. Ci, którzy już rozkręcili się przy klubowym stoisku z piwem, zaczęli napierać swoimi roznegliżowanymi i spoconymi torsami na pierwsze rzędy, skandując typowe dla takiego zachowania teksty. Bywa. Ostatni numer – G.A.W.R.O.N.Y zachęcił wszystkich do wspólnego śpiewania i w aranżu na kilkadziesiąt gardeł brzmiał nawet trochę jak hymn.

Kiedy Virgin Snatch zebrali już swoje manatki, poczułem jak koncert Decapitated zbliżał się wielkimi krokami. Widziałem ich dwukrotnie na festiwalowej scenie i oba gigi wspominam niezwykle ciepło. Nie miałem okazji podziwiać ich jeszcze na klubowych deskach, stąd głód i ciekawość wzrastały z każdą minutą. Kiedy spóźnienie przekroczyło dziesięć minut, światła delikatnie przygasły, a z głośników wydobyły się pierwsze dźwięki sampla rozpoczynającego show. Niesamowita energia biła ze sceny już od pierwszych sekund, a przy kawałkach takich jak Blood Mantra, Kill The Cult czy Earth Scar zrobiło się już naprawdę gorąco. Przed bisem zagrali jeszcze Never, do którego długi wstęp przyprawił mnie o nieustające dreszcze. Jedyne czego tak naprawdę mi zabrakło, to kontaktu z publiką. Krótkie „cześć Szczecin” na początku, szybkie „dzięki” pomiędzy numerami i „do zobaczenia niebawem” pozostawiły lekki niedosyt.

Niestety, w trakcie bisu musiałem się ewakuować spod sceny na tyły klubu, gdyż godzina odjazdu ostatniego pociągu była już bliska. Załapałem się jeszcze na początek występu kończącego ten koncert Frontside i z tego, co zauważyłem, była tam i krew, i ogień i śmierć. Publika rozgrzana poprzednimi kapelami i ośmielona napojami z chmielu bawiła się całkiem dobrze. Ja niestety musiałem już wyjść i udać się na nieodległy dworzec kolejowy, bo na dworcowe noclegi w takim chłodzie jestem już za stary. Gig uważam za udany, chociaż frekwencja tłumu mogła być nieco większa. Wątpię, by spowodowane to było doborem zespołów – to raczej wina specyfiki klubu, bo o Peronie 5 słyszy się różne opinie. Ja osobiście bardzo lubię organizowane tam koncerty i zawsze chętnie biorę w nich udział. Oby do następnego!

Tagi: , , , , , , , , , , .