Knotfest & Hellfest – Clisson (20-23.06.2019)

Hell ain’t a bad place to be– śpiewał niegdyś nieodżałowany Bon Scott. Jest jednak miejsce, gdzie jeszcze lepiej jest być – to Hellfest. Już po raz czternasty do francuskiego Clisson zjechało się kilkadziesiąt tysięcy fanów wszystkich odmianach gitarowego grania. To małe miasteczko nad Loarą znów było niezwykle gościnne dla ludzi z kilkudziesięciu krajów z całego świata. Uśmiechnięci mieszkańcy z wyrozumiałością podchodzili do hałaśliwego tłumu ludzi, przez który trudno było przejechać przez miasto, wszyscy pracownicy jedynego hipermarketu w okolicy nosili okolicznościowe koszulki festiwalowe, a po rzece pływała łódka, w której znajdował się manekin z logiem Hellfestu. Tworzy to naprawdę niezwykłą atmosferę. Organizatorzy festiwalu dbają z kolei o niepowtarzalną oprawę wizualną- główne wejścia przypominające gitarowe wzmacniacze, buchające ogniem metalowe kioski, w których mieszczą się stoiska z merchem i bary, stylowe budynki wokół hellfestowego „rynku” itd. To oczywiście wspaniałe, ale jednak jedynie, dodatki do głównego dania, a tym oczywiście jest muzyka. Mając do dyspozycji budżet liczony w dziesiątkach milionów euro, można sobie pozwolić na zbudowanie line-upu, który przyciągnie maniaków, nawet z tak odległego kraju jak Polska. No właśnie, może się wydawać, że taka podróż do Clisson (1700 km z Wrocławia) to dość karkołomny pomysł, ale da się tam dotrzeć w ciągu doby autem.Można też upolować loty w atrakcyjnej cenie. Obydwie opcje przetestowałem, każda ma swoje plusy. Wracając do muzyki. Na Hellfeście rokrocznie występuje ponad 150 wykonawców. Koncerty odbywają się jednocześnie na trzech, z sześciu dostępnych scen- stoner/doomowej Valey, black/deathowych Altar i Temple, hardcore/punkowej Warzone oraz dwóch Mainstage`ach. W tym roku niespodziewanie impreza rozrosła się do czterech dni, jako że udało się połączyć siły z organizowanym przez Slipknot Knotfestem i pod tym szyldem właśnie odbywały się występy w czwartek.

I dzień

Wspomniany Knotfest zaczęli Amerykanie z Sick Of It All. Ludzi pod sceną było jeszcze niewiele.Tak to jest, kiedy bramy imprezy otwarto na zaledwie dwa kwadranse przed rozpoczęciem imprezy przy czterdziestu tysiącach sprzedanych biletów! Dość osobliwe planowanie. Zostawmy jednak sprawy organizacyjne. Ekipa Lou i Pete`a Kollerów nic sobie nie robiła ze skromnej frekwencji i bez chwili wytchnienia ciskała kolejne hardcore’owe ciosy. Nieważne czy leciały nowinki (cztery utwory z ostatniego długograja Wake The Sleeping Dragon), czy archiwalia z Blood, Sweat and No Tears na czele- energia buchająca ze sceny była niewyczerpana.

Muzyka Amaranthe jawi mi się jako połączenie dżemu z pasztetem- miks niepasujących do siebie elementów, stanowiących wątpliwej jakości produkt finalny. Piosenki owszem przebojowe, a linie melodyczne tak proste, że mogłyby być prezentowane za dnia w RMF FM czy innej rozgłośni prezentującej sformatowaną playlistę. To wszystko zmiksowane z “drapieżnymi” gitarami i growlującymi wokalami. Trochę taki kabaret, choć widać, że sami swoją twórczość traktują niezwykle serio. Było to widać np. w momencie, kiedy przerwali swój występ z powodu źle działających odsłuchów (słyszeli w nich nie siebie, a próbę ze sceny obok). Nawkurzali się wówczas i zachęcali publiczność, by dała upust swej złości krzycząc do akustyków, by zaprzestali swojej fuszerki. Cóż, ja nie cierpiałem z powodu kilkuminutowego przerwania występu.
ⓒJUSTISZA

Owe problemy techniczne mogły być przyczyną opóźnienia Ministry. I tu już oczywiście jest czego żałować. Styrany życiem Al Jourgensen może i wygląda nieciekawie, ale nadal wie jak zagrać koncert, przy którym szczęka opada. Charyzmą przykuwa wzrok, wokalem wierci dziury w głowie, a nieśmiertelne fragmenty Psalm 69 i The Land Of Rape And Honey porywają do szalonego tańca. Szkoda, wielka szkoda, że było tak krótko. 
Knotfest+Hellfest: MINISTRY

Naszego Behemotha nie widziałem od wieków (no, może od trzech lat) i nic się u nich nie zmieniło. Show, oczywiście odświeżone, wygląda imponująco, a dźwięk, jak to w ich przypadku na festiwalach, ponownie chaotyczny, cichy i mało dynamiczny. Trudno było poczuć moc koncertowych killerów- Ora Pro Nobis Lucifer, Ov Fire And The Void czy Conquer All. Udało się jednak nacieszyć oko świetnymi wizualizacjami czy pomysłowymi maskami. Niedosyt na pewno jest, ale jesienna trasa po Polsce na szczęście coraz bliżej.
ⓒJUSTISZA

Niespodzianką pierwszego dnia był dla mnie koncert Papa Roach. Jak dotąd znałem ich jeden utwór (oczywiście Last Resort) i trzymałem się od nich z daleka, myśląc, że to zbyt młodzieżowa muzyka. Tymczasem Jacoby Shaddix oraz jego wesoła kompania pokazali, jak się gra wyrywające z butów wysokooktanowe występy. Takiego energicznego, sympatycznego i naturalnego frontmana może pozazdrościć niejedna kapela. Zaskoczyło mnie to, jak zabawową, szybko wchodzącą do głowy grają muzykę i przy tym wszystkim jak smutne mają teksty. Jacoby nie raz, nie dwa opowiadał o zmaganiu się z codziennością. Wspomniał także, że niektórzy te zmagania przegrywają, czym zgrabnie zapowiedział fantastycznie zaprezentowany cover The ProdigyFirestarter.

Na chwilę opuściłem teren koncertowy, aby z ciekawości wpaść na konferencję prasową Sabaton. Szwedzi promując nadchodzący album The Great War, pojawili się w towarzystwie kilkunastu statystów udających żołnierzy. Opowiedzieli co nieco o nowej płycie (“będzie bardziej mroczna, ale spokojnie, nie pomylicie nas ze Slipknot“), podzielili się refleksją, że tak naprawdę wszystkie muzyczne festiwale są takie same (“różnią się jedynie jedzeniem, jakie dostajemy“), wspomnieli także, że nie zamierzają świętować 20-lecia istnienia zespołu, bo wolą patrzeć wprzód, a nie w przeszłość. W sumie nieźle się bawiłem na spotkaniu z zespołem, ale straciłem przez nie sporą część koncertu Roba Zombie. Muszę przyznać, że bardzo żałuję, bo owa końcówka występu Roba była piorunująca. Jeśli cały gig był taki, jak trzy ostatnie utwory, to był to chyba najlepszy występ Knotfest.

Fanem piewców Odyna z Amon Amarth nigdy zapewne się nie stanę, ale przyznaję, że obejrzałem ich z niekłamaną przyjemnością. Przede wszystkim czapki z głów przed Johanem Heggiem, wie chłop jak zawładnąć sceną. Nie sposób gościa nie lubić, słuchając jego opowieści między utworami. Brawa należą się także za stylową scenografię (jako podest perkusyjny wykorzystany jest wielki hełm z rogami) oraz show sam w sobie. Muzycznie? Cóż, słuchając m.in. Deceiver Of The Gods zastanawiałem się, czy ten słynny algorytm, który sam komponuje muzykę nie świadczy także usług dla Szwedów, ale nawet jeśli, to wychodzą mu dźwięki wybitnie koncertowe.

Punktem kulminacyjnym Knotfestu był, co oczywiste, Slipknot. Wrócili na sceniczne deski po blisko trzech latach absencji, ale prezentują się tak, jakby przez ten czas w ogóle nie odpoczywali, tylko szlifowali formę. Widziałem Amerykanów w tym samym miejscu cztery lata wcześniej i podobnie jak wtedy nie wzięli jeńców. Wszystko się w czasie ich występu zgadzało. Slipknot potrafią znaleźć idealną równowagę między spektaklem a wściekłym graniem prosto z trzewi, między naturalnością a zaplanowanym show. Do tego relatywnie skromna, ale pomysłowa produkcja, świetne światła, cudowne nagłośnienie. I wisienka na torcie, czyli Corey Taylor– frontman idealny. Muzycznie było niezwykle smakowicie: agresywnie oraz intensywnie, ale także spokojnie i melodyjnie. Parę nowszych rzeczy zrównoważonych dużą ilością hitów sprzed lat, ze szczególnym uwzględnieniem pierwszego albumu.
Knotfest+Hellfest: SLIPKNOT

II dzień

Czwartek to był fajny dzień rozruchowy. Parę koncertów już się widziało i to w komfortowych warunkach, bo po pierwsze tylko na dwóch głównych scenach, więc nie trzeba biegać między występami, a po drugie koncerty się ze sobą nie pokrywały. Piątek, jak i kolejne dni, przyniosły to, z czego Hellfest jest znany- zacne gigi już od samego rana, a i ból głowy na co się zdecydować, przy trzech scenach grających jednocześnie. Ja dzień zacząłem od Stinky.

Ekipa Francuzów (nota bene pochodzą z Clisson) była już mi znana, jako że pisałem recenzję ich drugiego albumu. Wiedziałem też, czego się mogę spodziewać- szybkich i mocnych strzałów w pysk osadzonych w stylistyce hardcore/punk. Nie sądziłem jednak, że Stinky potrafią w koncerty aż tak bardzo ! Zjednują sobie publikę błyskawicznie, dyrygują niezliczonymi ścianami śmierci, skaczą po scenie jak po najlepszych dopalaczach. Zresztą scena okazała się zbyt mała dla dzierżącej mikrofon Claire, która część koncertu prześpiewała surfując na rękach fanów albo będąc w środku sporego moshpitu. Wisienką na torcie był dla mnie fakt, że wspomnianą wokalistkę spotkałem później w strefie prasowej, gdzie ucięliśmy sobie sympatyczną pogawędkę i strzeliliśmy selfiaka. Słowem- idealny początek piątku.

Pochodzący z Ohio Valley Of The Sun wydali w tym roku niezwykle smakowity album Old Gods. Ostrzyłem sobie zatem zęby na ich występ. Ten niestety nie dorównał moim oczekiwaniom. Wydaje mi się, że twórczość Amerykanów świetnie wypada na płycie, w warunkach domowych, na koncercie zaś ta sowicie polana grungem pustynna atmosfera gdzieś zanika. Szkoda.

Mimo dających się we znaki, coraz bardziej piekących promieni słonecznych, zjawiłem się pod główną sceną wraz z pierwszymi dźwiękami sympatycznych Szkotów z Gloryhammer. To nie była jednak dobra decyzja. Ja wiem, że power metal to gatunek, do którego trzeba podchodzić z dużym przymrużeniem oka, ale nawet takim wygłupom mówię nie. Żeby móc bez żenady słuchać tych piosenek o Inwazji Jednorożców i wznosić w górę dmuchany młot nie można być trzeźwym, trzeba być po piwerku. A najlepiej ośmiu.

Zupełnie inne doznania zaserwował Radio Moscow. Po ich występie zetknąłem się z opinią, że to “grupa rekonstrukcyjna”, ale przyznaję, że ja akurat nie mam im tego za złe. Panowie grają tak, jakby płyty Jimmiego Hendrixa czy Led Zeppelin nadal były nowościami. Słowem lata 70. w pełnej krasie. Było pysznie.

Zupełnie nie mam pojęcia jak opisać występ Daughters. Co tam się wyczyniało, potrafiliby opisać jedynie dziennikarze muzyczni, a tych w Polsce mamy przecież tylko dwóch. Niby ze sceny płynęły dźwięki, ale trudno rozpatrywać to trzydziestominutowe spotkanie z Córkami w kategoriach koncertu. Głównie ze względu na zachowanie wokalisty, Alexisa Marschalla. Nie wiem dlaczego, ale gość po prostu robił sobie krzywdę. Pal licho to biczowanie się paskiem od spodni na gołe ciało, ale to uderzanie się z całej siły mikrofonem w czoło, ta krew i coraz większe siniaki… Miałem poczucie niepokoju, bo Alexis sprawia wrażenie człowieka, który byłby w stanie walnąć sobie kulę w łeb, jeśli któregoś dnia przyjdzie mu ochota by popełnić na scenie samobójstwo. Jako że dewastował nie tylko swoje ciało, ale i sprzęt (zepsuł chyba z dwa mikrofony) menadżer sceny ściął czas jakim dysponowali Amerykanie i wygonił ich wcześniej. Ja tymczasem zostałem z poczuciem skonfundowania. Zazdroszczę tym, którzy będą mieli okazję zobaczyć Daughters na zbliżającym się Off Festivalu.

Godsmack był, że użyję wyświechtanego zwrotu, powrotem do strefy komfortu. Amerykański, wyluzowany, przebojowy rock, z uśmiechniętym od ucha do ucha głównodowodzącym Sullym Erną. Ten okazał się nie tylko sprawnym śpiewakiem, ale i całkiem niezłym perkusistą. Jego wspólny popis z Shannonen Larkinem był niezwykle ciekawy. Czasem podczas solówek perkusyjnych czy gitarowych zdarza mi się przymknąć oko z nudów, ale w tym przypadku nie było o tym mowy. Pozostała część występu, oparta na ostatnim albumie przeplatanym sprawdzonymi hitami (m.in. Awake) także mogła się podobać. To był znacznie lepszy występ niż ten, także Hellfestowy, sprzed 4 lat.
Knotfest+Hellfest: GODSMACK

Słońce dalej dawało popalić, dlatego zamiast delektować się powracającym do życia Demons & Wizards na Mainstage 2, udałem się pod mieszczącą się pod namiotem scenę Altar, gdzie zainstalowali się klasycy z Diamond Head. Pierwsze co rzucało się w uszy, to głośne, ale selektywne i żrące nagłośnienie. W takich warunkach piosenki Brytyjczyków brzmiały po prostu wybornie. Set zgrabnie skonstruowany, cztery nowości oraz cztery szlagiery z zamierzchłej przeszłości. Oczywiście największy entuzjazm wywołały It`s Electric, Am I Evil? oraz Helpless (przemianowany przez wokalistę Rasmusa Andersena na Hellfest). Jedyny pozostały na placu boju członek pierwszego składu, Brian Tatler ma nosa do wyszukiwania ciekawych muzyków i udaje mu się utrzymać zespół przy życiu. Życzę kolejnych 40 lat kariery.

Na temat występu Dream Theater lepiej abym pomilczał. Lubię ten zespół, z przyjemnością słucham przynajmniej połowy ich dyskografii, ale na żywo po raz kolejny wymęczyli mnie niemiłosiernie. Przyjęcie mieli chłodne, więc chyba nie tylko ja nie wykazałem entuzjazmu.

O odwołaniu Manowar było w Internecie głośno. Przypomnę- zespół żądał możliwości zagrania próby w czwartek, sęk w tym, że w ten dzień odbywał się przecież Knotfest. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że zespół oświadczył, że zrezygnuje z tego zapisu w kontrakcie, jeśli zobaczy większą sumę za swój występ. Na to organizatorzy się nie zgodzili, więc Joey DeMaio oraz jego koledzy zwinęli manatki i pojechali w siną dal. Fani o wszystkim dowiedzieli się na kilkanaście godzin przed planowanym występem, a wierzcie mi, byli maniacy, którzy zjawili się w Clisson właśnie z powodu samozwańczych królów metalu. Szkoda. Tym bardziej, że obie strony wiedziały o problemie już parę miesięcy temu, miały więc czas na wypracowanie kompromisu.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło.Skoro nie zagrał Manowar, mogłem z przyjemnością delektować się Hellhammer. A właściwie Triumph Of Death, bo tak nazywa się projekt Thomasa Gabriela Fishera, który odkurza ponadczasowe kompozycje wspomnianego Hellhammer. Warrior towarzystwo wybrał sobie może i niezbyt znane, ale jak sam podkreśla, chciał te utwory zagrać z przyjaciółmi. Może to jest powód jego szerokiego uśmiechu w czasie tego występu. Tak szczęśliwego Tomka jeszcze nie widziałem, a miałem przyjemność oglądać go wcześniej i z Celtic Frost, i z Triptykon. Na niezwykle ciepłe przyjęcie zareagował ze śmiechem, mówiąc: „Już dobrze, my też was kochamy, a teraz się uspokójcie”. Celebracja zamierzchłych czasów wypadła niezwykle interesująco.Przyznam jednak, że Tom z wyborem basistki oraz perkusisty mógł trafić lepiej.

Świetny, pełen werwy i porywający do zabawy pod sceną koncert zagrali Fu Manchu, ale myślami byłem już pod sceną Altar, gdzie o pierwszej w nocy swój spektakl miał zaprezentować King Diamond. Z całego Hellfestu, to na Kinga czekałem najmocniej i nie zawiodłem się. Król po rzuceniu fajek i zadbaniu o swoje zdrowie faktycznie brzmi, jakby znów miał 30 lat. Andy La Roque razem z Mikem Weadem zabijali riffami i solówkami. Scenografia w stosunku do poprzedniej trasy została zmieniona, ale oparta na tym samym pomyśle dwupiętrowego budynku. Wyjątkowość tego przedstawienia objawiała się w repertuarze. To był pierwszy koncert Kinga na trasie, więc hellfestowa publiczność miała okazję jako pierwsza usłyszeć Masquerade of Madness, utwór zapowiadający nowy, pierwszy od 12 lat album, nigdy wcześniej nie grany Behind These Walls (album The Eye z 1990r.), odświeżony po 33(!) latach The Lake (B-side singla Halloween wypuszczonego w 1986r.) czy Tea (w ostatnich 29 latach zagrany dopiero drugi raz, a po Hellfeście wyrzucony z setlisty). Poza rarytasami obowiązkowa porcja hitów: Welcome Home, Arrival, Halloween, Invisible Guests, Sleepless Nights, Voodoo czy wieńczący występ Black Horseman. Cóż to był za koncert! Nawet jeśli nagłośnienie mogłoby być lepsze, nawet jeśli scenografia była zbyt duża jak na możliwości namiotowej sceny (Andy grając solówki musiał uważać na schodzącego po schodach, wygrywającego teatralne role Kinga), jestem na kolanach. Panuj nam Królu długo i szczęśliwie.

III dzień

Część soboty poświęciłem na zwiedzanie Clisson, dlatego na teren festiwalu wpadłem dopiero na godzinę 17, kiedy to na głównej scenie zaczynali grać Deadland Ritual, czyli nowy projekt Geezera Butlera (Black Sabbath), Matta Soruma (były perkusista m.in. Guns N`Roses, The Cult czy Velvet Revolver), Steve`a Stevensa (Billy Idol) oraz udzielającego się w Apocalyptica Franky`ego Pereza. Wydaje się, że to kolejna supergrupa, która rynku nie zawojuje, choć trzeba przyznać, że ich autorskie piosenki potrafią bujać. Nie to jednak było magnesem przyciągającym ludzi pod scenę, a covery zespołów, które wymienieni muzycy niegdyś współtworzyli. Posłuchać na żywo War Pigs, Neon Knights, Symptom Of The Universe, Rebel Yell czy Slither to zawsze wielka przyjemność.
Knotfest+Hellfest: DEADLAND RITUAL

Sobotnie popołudnie zaczęło się zatem sympatycznie, ale to co najlepsze, miało dopiero nadejść. Następni w kolejce byli Eagles Of Death Metal i ci to dopiero potrafią grać rock `n`rolla! Piosenki osadzone w rollingstonesowej tradycji, pełen energii Jesse Hughes (nie omieszkał wskoczyć w publiczność nie przerywając gry) czy zjawiskowa Jennie Vee. Eagles… byli pełni pasji, a sam Jesse nieustannie powtarzał, jak się cieszy, że może tu być i grać. Nie wspominał wprost o naznaczonym śmiercią dziesiątek ludzi koncercie w paryskim Bataclan, ale wiedzieliśmy doskonale, że ma go na myśli mówiąc, abyśmy celebrowali życie, póki możemy. Tak zjawiskowe występy jak ten są na to świetnym sposobem.
EAGLES OF DEATH METAL - HELLFEST 2019

Wysoki poziom podtrzymali Whitesnake. Lata mijają, a 68-letni David Coverdale nadal na scenie zachowuje się tak, jakby młodzieńczą werwą chciał opanować muzyczny świat. Ale dla publiczności nic już nie musi, wystarczy że wyjdzie na scenę i wraz z Tommym Aldrigem i resztą zespołu wychłoszcze publiczność sztosami z multiplatynowego, eponimicznego albumu czy z jeszcze starszego, pochodzącego z 1984 roku Slide It In. Dodam, że reprezentanci z najnowszego krążka, Flesh& Blood, również wypadli wybornie, udowodniając, że to najlepszy longplay od lat.
WHITESNAKE - HELLFEST 2019

Całkiem zgrabnie wypadli Within Temptation. Lubię ich ostatni album Resist, nawet jeśli jest to produkt muzykopodobny, a nie coś pełnowartościowego. Cóż, każdy ma jakieś guilty pleasure. Świetnie wypadł Mad World, potwierdzając swój koncertowy potencjał. Fani nieźle się bawili także przy Supernova i The Reckoning. Poza tym usłyszeliśmy największe przeboje z dwóch poprzednich krążków (Paradise oraz Faster), grupa cofnęła się także dwie dekady wstecz (Mother Earth zaprezentowany na koniec). Z debiutu niestety nie zagrano niczego. Mnóstwo energii i frajdy ze wspólnego przebywania na scenie, świetna gra sekcji i olśniewająca Sharon den Adel– to był przepis na naprawdę fajny gig.

Wspominałem już o Whitesnake, a sobota miała jeszcze przynieść kolejne występy dinozaurów, zespołów które powstały odpowiednio w 1977, 1969 oraz w 1972 roku. Można się podśmiechiwać z dziadków, można dogryzać fanom tak wiekowych bandów, ale można także delektować się ich koncertami, tym bardziej, że Panowie mimo upływu lat nadal są w wybornej formie. Ten maraton klasyków zaczęli Def Leppard. Pierwsze zaskoczenie- brzmieli naprawdę potężnie. Numery z Hysterii, w oryginale pachnące nieco glamowo, na koncercie urywały głowę. A`propos wspomnianego albumu- Brytyjczycy na obecnej trasie potrafią zagrać ten krążek w całości, tego też się spodziewałem na Hellfeście, ale grupa ograniczyła się do odegrania jedynie sześciu zeń utworów. Podobną ilość usłyszeliśmy z poprzedzających Pyromanii i High`n`Dry. Mam jednak wrażenie, że czego by Def Leppard nie zagrali i tak byłoby wybornie. Joe, Phil i dwójka Ricków gra ze sobą dłużej, niż ja żyję, stanowią więc zgraną koncertową maszynę.

Następni w kolejce byli sympatyczni brodacze z ZZ Top, świętujący półwiecze istnienia. Trochę narzekałem na ich gig sprzed czterech lat, zagrany w tym samym miejscu, ale może to wina tego, że występowali wtedy za dnia, w pełnym słońcu? Tym razem zaczęli o godzinie 22, można było więc cieszyć oko niezłymi światłami. Billy, Frank i Dusty nie robią spektakularnego show, ale w takiej smakowitej oprawie ogląda się ich w przyjemnością. Z jeszcze większą słuchałem ponadczasowych przebojów i tych bardziej dynamicznych z: Got Me Under Pressure, Gimme All Your Lovin czy Sharp Dressed Man na czele, i tych spokojniejszych, nasiąkniętych bluesem, chociażby: I`m Bad, I`m Nationwide czy Jesus Just Left Chicago.
Knotfest+Hellfest: ZZ TOP

W końcu nadszedł czas na mój osobisty highlight wieczoru, the hottest band in the worldKiss! Panowie zapowiedzieli na pożegnalnej trasie najbardziej spektakularny show w karierze, ale trochę kłamali.Było tylko nieco więcej ognia, wybuchów i fajerwerków niż zwykle. Co nie znaczy, że było źle. Kiss jak zwykle wypadli świetnie. Wiem, że to tylko perfekcyjnie zaaranżowany show, a Gene`a Simmonsa interesują jedynie miliony monet, jakie wpadają do jego portfela za każdy występ, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Przynajmniej dopóki otrzymuję świetnie zagrany koncert, pełen utworów, które znam i kocham. I ten właśnie taki był. Jedyne do czego mogę się przyczepić, to do skromnej reprezentacji okresu bezmaskowego, bo po zapowiedziach Paula, który mówił, że odkurzą parę dawno niegranych staroci, naprawdę spodziewałem się takich rodzynków jak: Unholy, Reason To Live, King of the Mountain, czy Forever. Tak bogato nie było, ale przyznać należy, że i tak przez 2 godziny i 15 minut hit gonił hit. Od trzęsienia ziemi na początek (Detroit Rock City, Shout It Out Loud, Deuce), poprzez solowe wtręty wplecione w 100.000 Years, Cold Gin i God Of Thunder, aż po piorunującą końcówkę (Love Gun, I Was Made For Loving You, Black Diamond, Rock And Roll All Nite). Po prostu wspaniały występ. Na pewno jeszcze ponownie złapię Kiss podczas tej pożegnalnej trasy.
Knotfest+Hellfest: KISS

Jako, że Kiss przedłużyli swój show, spóźniłem się na The Sisters Of Mercy. Nie lubię wpadać na koncerty w połowie, trudno mi wtedy wejść w klimat występu. Cieszy mnie jednak, a pierwszy raz widziałem Siostry na żywo, że te złe opinie o ich formie są przesadzone. Może faktycznie najlepiej trzyma się Dr Avalanche (hehe), ale Andrew Eldritch nie brzmi tak źle i nie powiedziałbym, że zarzyna swoje klasyki. Fajnie było pobansować chwilę pod sceną, nawet jeśli dochodziła druga w nocy i nogi odmawiały już posłuszeństwa.

IV dzień

Niedziela zapowiadała się niezwykle aktywnie. Wiedziałem, że plan zobaczenia 15 wykonawców jest zbyt ambitny i prawdopodobnie w pewnym momencie zabraknie mi sił, więc będę musiał zaplanować odpoczynek. Szkoda, że czasem trzeba coś jeść i sikać, przeszkadza to w koncertowych szaleństwach.

Dzień zacząłem od urzekającej Mileny Evy i jej zespołu GOLD. Zaczęło być o nich głośno za sprawą dwóch ostatnich albumów, Why Aren`t You Laughing? oraz Optimist. To dobre płyty, podobają mi się, ale nie czułem dotychczas mocy tych, nieco zalatujących popem, piosenek. Dopiero na koncercie udało mi się poukładać je w głowie. To, że na żywo GOLD, pewnie za sprawą trzech gitar, zabrzmieli ciężej, choć nadal przebojowo to jedno. Druga sprawa to rola Mileny w tym przedstawieniu i fakt jak mimiką oraz gestem uwypuklała najbardziej depresyjne fragmenty swoich i tak już przygnębiających tekstów. To był krótki, zaledwie półgodzinny, ale zapadający w pamięć występ.

Równie oczarowany stałem pod sceną słuchając tego, co proponują Belgowie z Brutus. Niby mieszanka punka, metalu z post-rockiem to nic odkrywczego, ale kompozycje brzmiały świeżo i intrygująco. Ciekawym także było podpatrywanie jak porywająco radzi sobie Stefanie Mannaerts z jednoczesną grą na perkusji i śpiewem. Mnie kupili, dlatego cieszę się na nadchodzącą, grudniową wizytę Brutus w naszym kraju.

Nie mogłem się doczekać występu Messa. W relacji z Into The Abyss wspominałem, jakie na mnie zrobili wrażenie, o czym zresztą nie omieszkałem powiedzieć spotkanym przeze mnie Alberto Piccolo i Marco Zaninowi. Niestety na Hellfeście zaprezentowali się słabiej niż w maju we Wrocławiu. Gdzieś uleciała wyczuwalna ostatnio intymność, wokale Sary były słabo słyszalne. Nie zmienia to faktu, że będę się karierze Włochów bacznie przyglądał.

Wynudziłem się na Employed To Serve. Myślę, że wystarczy rzucić kamieniem w dowolnym kierunku, by trafić na koncert hardcore`owy, który mocniej angażuje słuchacza.

Poczucie niedosytu pozostawił po sobie Yob, ale w tym przypadku jedynie dlatego, że mieli do dyspozycji jedynie 40 minut, więc przy ich długich kompozycjach trudno było skleić sensowną setlistę. Zagrali jedynie pięć utworów, czasem je skracając, by wyrobić się z czasem. Nie można z kolei mieć pretensji do formy Mike`a Scheidta i jego kolegów, bo dawali z siebie wszystko, podobnie jak publiczność pod sceną.

Na przyjęcie nie mogli także narzekać Trivium, w czym niemała zasługa Matta Heafy`ego, który umiejętnie prowokował fanów, do jeszcze większego wysiłku -„Jak dotąd najlepsze przyjęcie mieliśmy na Download w Anglii. Powtarzam, w Anglii!” – czym zmotywował Francuzów do pokaźnych rozmiarów moshpitów i ścian śmierci. Skąd ci ludzie mieli tyle sił na takie szaleństwa w 35 stopniowym upale? Nie mam pojęcia. Ja stałem z boku jak emeryt, umierając z gorąca, ale z chęcią słuchałem kolejnych wałków z udanego The Sin And The Sentence.
Knotfest+Hellfest: TRIVIUM

Z rezerwą podchodziłem do Stone Temple Pilots, no bo jak to tak, po śmierci Scotta Weilanda i Chestera Benningtona wracać z jakimś randomowym kolesiem z X-Factora? Tymczasem Jeff Gutt na scenie wygląda, jakby zjadł zęby na rock`n`rollu, a brzmi po prostu nieziemsko. Zamykając oczy naprawdę można mieć wrażenie, że Scott nadal jest z nami. Kiedy dodamy do tego set oparty na kultowych Core (blisko 9 milionów sprzedanych egzemplarzy) oraz Purple (7 milionów), na dodatek uzupełnionych udaną nowością (singlowy Roll Me Under), nie może być mowy o rozczarowaniu.
Knotfest+Hellfest: STONE TEMPLE PILOT

O Anthrax rozpisywałem się ostatnio w samych superlatywach przy okazji relacji z Wrocławia, nie chcę się zatem powtarzać, napiszę tylko: znów było fantastycznie. Grali oczywiście krócej, takie prawa festiwalu, ale chyba nawet z jeszcze większą mocą. Anthrax na żywo nigdy nie zawodzi.

Jedną z zalet tak dużych festiwali jest to, że zawsze trafię na fajny koncert jakiejś kultowej kapeli, którą znam trochę słabiej. Tak było teraz z Lynyrd Skynyrd. Obowiązkowa Sweet Home Alabama zabrzmiała bliżej końca, Tuesday`s Gone niestety nie było, ale jak się okazało ci przedstawiciele southern rocka niejedną świetną kompozycję mają w zanadrzu. Pomimo sporych zmian w składzie, wymuszonych często przez dramatyczne wydarzenia (katastrofa lotnicza, wypadek samochodowy) grupa na scenie wygląda jak jedna wielka rodzina, która gra, bo kocha to robić. Będę wspominał ten gig z uśmiechem na ustach.

Jako maniak Guns N`Roses nie mogłem przegapić koncertu Slasha, nawet jeśli widziałem go już pięć razy, a ostatnia wizyta sympatycznego kudłacza w Polsce (w Łodzi, w lutym) była taka sobie. Tym razem Saul wraz z Mylesem Kennedym i Konspiratorami nie zawiedli. Co prawda w secie nadal główny nacisk kładziony jest na ostatni, średnio udany album Living The Dream, ale jakoś dobrze mi się tego dnia ich słuchało. Sam nie wiem dlaczego, grunt, że bardzo mi się podobało i, że znów jestem głodny Slasha, a po łódzkim koncercie czułem już pewien przesyt.

Końcem niedzielnych szaleństw był dla mnie Slayer. Kocham ich płyty od lat, ale przyznaję, że jak dotąd nigdy mnie na koncercie nie zabili, zawsze miałem jakieś „ale”. I tak jest tym razem. Co prawda scena wygląda obłędnie, ilość ognia (to płonące logo!) zachwyca, brzmieli wspaniale (nawet jeśli ciężej niż zawsze), setlista to spełnienie marzeń, ale co zrobię, że znów nie dałem się porwać. Truizm, ale Gary Holt to nie Jeff Hanneman, a Paul Bostaph to nie Dave Lombardo. Fanem Kerry`ego Kinga, ani jako kompozytora, ani jako osobowości też nigdy nie byłem. Symptomatycznym było zachowanie Toma Araya, który owszem, wokalnie spisał się bez zarzutu (to nie Warszawa 2010), ale w chwilach kiedy akurat nie śpiewał, zamykał oczy i wyglądał, jakby ucinał sobie krótką drzemkę. I ja go rozumiem, mnie ten występ także trochę nudził.

I na tym skończyły się moje przygody na Hellfest 2019. Przez parę tygodni miałem niezły dylemat, czy fest zwieńczyć oglądaniem Toola czy Tormentora, tymczasem mój organizm, po czterech dniach wypełnionych koncertami, wybrał trzecią opcję- prysznic i sen, zmyłem się więc z festiwalu prędzej niż pierwotnie planowałem. Nie mogę mieć jednak poczucia niedosytu. Znów udało mi się zobaczyć około 40 koncertów. Po raz kolejny zostałem sponiewierany przez zespoły, które dopiero starają się dotrzeć do masowej świadomości (Daughters, GOLD, Stinky), znów też starzy wyjadacze potrafili potwierdzić swoją pozycję na scenie (ze szczególnym wskazaniem na Kinga Diamonda, Kiss i Def Leppard). Następna, jubileuszowa, edycja zapowiedziana jest na 19-21 czerwca 2020. Kto wystąpi? Tego dowiemy się zapewne w październiku/listopadzie, ale już teraz idę o zakład, że jak zwykle będzie na bogato.

Do zobaczenia zatem za rok.

Autorką zdjęć jest Justyna “Justisza” Szadkowska. Więcej galerii znajdziecie tutaj.

 

 

 

 

 

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .