Kvelertak, Skeletonwitch – Warszawa (18.11.2016)

Jak rozpocząć weekend po przeżyciu paskudnego listopadowego tygodnia? Zaiste udać się na sztukę, która dotknie nie tylko Twojej duszy, ale i…..bla, bla, bla. Na rzeź się wybrać! I taką w ubiegły piątek 18 listopada br. zafundował norweski łomot pod postacią Kvelertaka i ich amerykańskich kamratów ze Skeletonwitch. I zawiadamiam: dobrze, że warszawska Hydrozagadka jest klubem parterowym, bo “drżenie w posadach” w przypadku rzeczonego koncertu to naprawdę mało powiedziane.

Wieczór rozpoczął punktualnie o 20.00 nieznany mi do tej pory skład Skeletonwitch. Panowie sygnują się metką metalu ekstremalnego (jakby metal to było mało), ale tyle tu naleciałości różnych pobocznych gatunków (i black, i melo-death, i thrash), że niespecjalnie zamierzam wnikać, co rzeczywiście grają. A zagrali mocno, energicznie i cholernie gorliwie! Dwie gitary, bas i konkretna perkusja, plus żywe srebro na wokalu, to zawsze dobra mieszanka. O ile nie jestem fanką – kolokwialnie rzecz ujmując tzw. napierdalanki – tak w przypadku Skeletonwitch dało się poczuć tę energię. Frontman Adam Clemans z uprzejmością portiera kłaniał się publiczności, wyginał na wszystkie strony, a i klęknął, zionąc swoim wokalem potężnie i z uczuciem. Z emocjami. Z wściekłością. Ciekawe zjawisko, na pewno przyjrzę im się lepiej następnym razem. Muzycy promują w Europie swoją najnowszą EPkę The Apothic Gloom.

(Setlista jest na ostatnim zdjęciu)

no images were found

Krótka przerwa, zmiana instrumentarium na podium i w ciągu 5 minut klub wypełnił się tłumem. Przyznam, że dawno nie widziałam tak skrajnego przekroju wiekowego publiki – od młodzianek i młokosów, po sędziwych i dostojnych bywalców niejednego koncertu spod znaku metalu (te naszywki na bezrękawnikach – szał!). Już w czasie montażu perkusji, pod sceną zrobiło się tak duszno, że moment rozpoczęcia był nie tyle ekscytujący, co trochę i niepokojący. Kvelertak nie do końca się mieści(ł) w moich upodobaniach, ale jest to zespół, który ma coś, przy czym warto się zatrzymać – niejednoznaczność: może to rock podkręcony do granic możliwości, może metal wymieszany z punkiem i z dumą nie stroniący od hard-rocka. I jeszcze śpiewają (głównie drą się niemiłosiernie) w ojczystym języku, a przez ortodoksów blacku określani są mianem niedostatecznie trv. Uwielbiam takie hybrydy, w muzyce których wszystko się zgadza, mimo że…nic się nie zgadza! Formacja promuje właśnie swoją trzecią płytę Nattesferd (recenzja), bardzo dobrze odebraną, i w Polsce świetnie znaną. I jak się zaprezentowali? Ano tak: Kvelertak nie bierze jeńców, poraża brzmieniem i morduje energią. Konkretne blasty i żywsze niż Chodakowska na sterydach gitary, charakterystyczny wokalista bez wytchnienia miotający się po niewielkiej scenie i publika tak nakręcona, że Hydro znów wypełniła się oparami (kto nie był na tego typu koncercie w tym zacnym klubie wyjaśniam: kapało z sufitu). W otwierającym Dendrofil For Yggrasil od razu rozpętało się piekło, tzn. pierwszy młyn i nieśmiałe stage divingi. Wokalista ku uciesze wszystkich zebranych zaprezentował się w bardzo udanym stylistycznie looku – goła, wytatuowana klata, a na głowie maska na wzór sowy z rogami (obowiązkowo), kryształami i świecącymi oczami! Ot, taki radosny wiking. I zarządził – czas właściwie się zatrzymał.  Sekstet promował głównie najnowszy materiał, ale pojawił się też cały przekrój ich najlepszych numerów. Z  Nattesferd, oprócz otwierającego popłynęły m.in. van-halenowski wydłużony 1985 ze świetnym przerywanym intro, brudny  Bronsegud, Ondskapens Galakse, czy dziewięciominutowy moloch Heksebrann; z Meir zabrzmiały np. Månelyst czy euforyczny, żwawy Kvelertak, przy którym publika totalnie zawrzała; i nie zabrakło rodzynków z pierwszego albumu, jak Mjød, Nekroskop czy Offernatt. Bisy były dwa, żeby się nie rozdrabniać. Przerywników brakło, bo i po co przy takim natężeniu rozruszanego tłumu, który oprócz fantastycznych szaleństw na środku sali koncertowej ochoczo wyrywał się do dzielenia sceny z przedmówcami. Były więc skoki non stop, wokalista Erlend Hjelvik też sobie ich nie żałował, wraz z rykami i cyrkami na rękach fanów, saltami i pozami, o których może niekoniecznie będę chciała pamiętać. Konferansjerki nie było, prócz polskiego “dziękuję”, które oczywiście wprawiało w kontemplację. Żart – euforia do potęgi! W końcowym numerze, kiedy zdawać by się mogło, że za chwilę wszyscy pomdleją ze zmęczenia – nic z tych rzeczy! – zespół zaprosił fanów na scenę i wspólnie pląsali w rytm szatańskich riffów. 

(Setlista jest na ostatnim zdjęciu)

no images were found

 

Podsumowując, ten koncert to istny wybuch – emocji i radości grania. Muzycy zagrali z przyjemnością, szaleńczo dynamicznie, i nie sposób było nie wejść w ten klimat. Kvelertak pokazali się jako równi goście, którzy lubią łoić, pić w międzyczasie (i dzielić się płynami z publiką) i zwyczajnie bawić się do upadłego. Co ciekawe, warto pamiętać jak długą drogę przebyli. Nikomu nieznany norweski zespół z pomysłem na inną formę metalu/hard-rocka, dema rozdawane w street teamach, aż do koncertów na największych festiwalach u boku Alice In Chains, Slayera czy Metalliki. Nie najgorzej. Przyznam się teraz na koniec do jednego: nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Jasne, przyjaciele wspominali, że Panowie są legendarnie żywiołowi, ale opinie są przecież zawsze subiektywne. Trochę potraktowałam ten koncert jak walkę Pudziana z Popkiem – niby silą się na poważnie, ale jest trochę zabawnie i podśmiechujkowo. Jakże się pomyliłam i kajam się w pas, bo koncert Kvelertaka był jednym z najlepszych w tym roku.

Do następnego!

 

Joanna Pietrzak

Joanna Pietrzak

Kosmos, alternatywa, pomieszanie z poplątaniem - szukam i sprawdzam. W końcu jesteś tym, czego słuchasz.
Joanna Pietrzak

Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , .