Laibach – Wrocław (24.02.2019)

Nie minął nawet rok od ostatniej wizyty Laibacha we Wrocławiu, gdy grupa poinformowała, że wraca do stolicy Dolnego Śląska, ponownie do urokliwej Sali Gotyckiej Starego Klasztoru. Trudno jednak mówić o przesycie, gdyż każda wizyta Słoweńców jest okazją do kontemplowania zupełnie różnych wizji artystycznych. Poprzednim razem daniem głównym była ścieżka dźwiękowa nagrana do przedstawienia Also Sprach Zarathustra, a na obecnej trasie grupa prezentuje reinterpretacje piosenek z musicalu Dźwięki Muzyki (Oskar dla najlepszego filmu w 1965 roku). Fani obecni podczas występów Laibacha w Katowicach w 2016r. oraz w Poznaniu w 2017r. mieli już okazję przedpremierowo zapoznać się z prezentacją tych utworów na żywo, lecz było ich wtedy zaledwie kilka. Pełen album ukazał się niedawno, bo w listopadzie 2018r. i w ramach promocji tegoż wydawnictwa podczas polskich koncertów (dzień później grupa zagrała w warszawskiej Progresji) mieliśmy okazję posłuchać tego soundtracku w całości.

Nie powiem – w czasie wrocławskiego gigu „momenty były”. Podobało mi się okraszone twinpeaksowym klimatem wprowadzenie do My Favourite Things, zdynamizowanie Edelweiss czy gościnny udział Mariny Martensson (zajęta wychowywaniem dziecka Mina Špiler była nieobecna). Niemniej jednak miałem wrażenie, że to nie jest ten Laibach, który znamy i kochamy. Ubrany w białą sutannę Milan Fras wymieniający dyskretne uśmiechy z Luką Jamnikiem, sympatyczne i przebojowe piosenki o szarlotkach, kucykach i sznyclach… Prowokacją bym może tego nie nazwał, ale po głowie biegała mi myśl, że Laibach nas zwodzi. I faktycznie, tak jak Krystian Lupa w „Wycince” testuje cierpliwość widzów spowalniając tempo swego spektaklu, jak Lars von Trier karmi spektatorów niespiesznymi obrazami w pierwszej części swojej „Melancholii”, tak Laibach zaserwował nam nużący i dłużący się (mimo, że trwał zaledwie 35 minut) początek swego koncertu chyba tylko po to, by w drugiej odsłonie lśnić pełnym blaskiem. Śmiem twierdzić, że po dziesięciominutowym intermezzo, byliśmy świadkami czegoś naprawdę wielkiego. Wyrazista oprawa wizualna oraz Milan (ubrany już w ciemny garnitur) w skupieniu dyrygujący swoim zespołem, który w zjawiskowy sposób odkurzał swoje archiwalia. Smrt za Smrt (Rok Lopatič grał jak natchniony!) jak zwykle porażał swoim ciężarem, nie tylko muzycznym, ale także także tekstowym. Z kolei Ti, Ki Izzivaš (głos Miny puszczony był z taśmy, a jej wizerunek wyświetlony na telebimie, podobnie jak Borisa Benko w części pierwszej) hipnotyzował. Nie było to jednak zaskoczenie, bo zespół prezentuje te kawałki regularnie. Najsmaczniejszym kąskiem było w moim przekonaniu zaprezentowanie utworów niegranych od dekady- począwszy od Mi kujemo bodočnost z pierwszego albumu, a na silnej reprezentacji Novej Akropoli (Vier Personen, Krvava Gruda – Plodna Zemlja, utwór tytułowy) skończywszy.

To była niezwykła przyjemność patrzeć i słuchać jak w te kompozycje sprzed trzydziestu kilku lat wstępuje nowe życie, w czym niemała zasługa nowych w zespole Bojana Krhlanko (perkusja) oraz Vitja Balžalorsky`ego (gitara). Nie był to jednak koniec atrakcji tego wieczora, gdyż podczas bisów Laibach znów zmienił klimat na lżejszy i zaprezentował Sympathy for the Devil z repertuaru Stonesów, a także znany z drugiej części filmu Iron Sky, ultraprzebojowy The Coming Race oraz Surfing Through the Galaxy.

Nie wiem jakie plany na przyszłość mają Słoweńcy i z jakim repertuarem pojawią się u nas ponownie, ale jedno jest pewne – warto będzie znów wybrać się na ich występ. Doznania artystyczne na wysokim poziomie gwarantowane!

Tagi: , , , , , , .