Legendy Metalu – Kraków (29.09.2019)

Początek mojej koncertowej jesieni przypada na ostatni przystanek krótkiej mini trasy pod nazwą Legendy Metalu, podczas to której polscy fani muzyki metalowej mieli okazję zobaczyć trójkę prawdziwych pionierów ciężkiego grania w naszym kraju. Wszyscy (raczej) zgodnie stwierdzą, że takie nazwy jak Kat (wraz z niezmordowanym Romanem Kostrzewskim), Acid Drinkers czy Vader odegrały istotną rolę w promocji oraz rozwoju gatunku na polskiej ziemi (tej ziemi). Najlepszym tego dowodem była tłumnie zgromadzona publiczność – być może krakowskie Studio nie pękało w szwach, ale każdy z koncertów zebrał sporą liczbę fanów pod sceną, którzy do samego końca wieczoru czerpali maksymalną przyjemność i bawili się w najlepsze przy pierwszoligowym metalu z rodzimego podwórka. Ktoś złośliwy mógłby rzec, że to taki koncert życzeń lub występ z cyklu “best of” dla starych dziadów, ale kto by się tam przejmował, prawda?

Trasa była też dobrą okazją do odwiedzenia klubu po remoncie, który – będąc szczerym – nigdy nie należał do moich ulubionych miejsc. Dotychczasowe koncerty, w starej odsłonie Studio, w większości przypadków pozostawiały sporo do życzenia pod względem jakości brzmienia, dlatego ciekaw byłem czy rewitalizacja okaże się pomocna w zmianie mojego zdania o tym klubie. Na salę koncertową wchodzę na ostatnie 20 minut występu gościa specjalnego trasy, który otwierał wszystkie występy. Formacja Quo Vadis od ponad 30 lat jest dowodzona przez Tomasza Skaya, który realizuje własną wizję mieszanki death/thrash metalu z różnymi progresywnymi udziwnieniami. Fanem nigdy nie byłem, po występie również nie zostanę. Tyle, co zobaczyłem, raczej mnie nie przekonało. Nic górnolotnego, po prostu nie moja bajka.

Quo Vadis

Quo Vadis

Totalnie moją bajką był jednak Vader, którego zmiana stylu po płycie Welcome to the Morbid Reich niezbyt mi odpowiada, ale koncertowo to wciąż niezawodny death metalowy batalion. Peter z ekipą bezbłędnie przez nieco ponad godzinę pokazali zasłużony status polskiej legendy brutalnego metalu, a zaprezentowany set jedynie potwierdził, że na żywo nie mają sobie równych w precyzji. Na dzień dobry fani zostali przywitani zestawem Wings i Litany, które zapowiedziały resztę bezlitosnego występu. Nie zabrakło klasyków jak Cold Demons, Sothis, Decapitated Saints, miło było usłyszeć potężny i powalający Epitaph z nieco zapomnianej (a przynajmniej takie odnoszę wrażenie) płyty Revelations. Z tegorocznego wydawnictwa Vader zaprezentował “jinglowy” Grand Deceiver (wypadający jednak bez większych fajerwerków) oraz cover Steeler nieśmiertelnej grupy Judas Priest, który wraz z numerem Sword of The Witcher stanowiły bis i zarazem koniec krakowskiego koncertu. Było jak zawsze – piekielnie dobrze!

Vader

Vader

Nazwa Kat, czy to z Panem Luczykiem, czy Panem Kostrzewskim, nie raz i nie dwa wirowała na internetowych screenach oraz tablicach jako “meme”, a premierom płyt projektów każdego muzyka towarzyszyło niemałe poruszenie. Koniec końców Popiór okazał się niemałą niespodzianką i dowodem na to, że Roman wraz z uzdolnionymi muzykami potrafi stworzyć interesujący materiał, czego nie można powiedzieć o drugim Kacie, ale to już dyskusja na zupełnie inny tekst. Tego wieczoru zespół zabrzmiał znacznie mocniej i bardziej metalowo aniżeli 3 lata temu. Czuć było też duży plus obecności Jacka Hiro w roli gitarzysty, który moim zdaniem nadał dużej świeżości i wspomnianego ciężaru. Kat brzmiał i atakował swoim bluźnierczym czarcim metalem, a w trakcie numerów jak Bastard, Porwany Obłędem czy Piwniczne Widziadła, czuło się tego samego diabła zawartego na krążkach. Momentami wokalnie Roman odpuszczał, ale w żadnym stopniu nie popsuło to zabawy przy numerach, które nuci się i zna na pamięć tak wiele lat. Co do nowych numerów – wypadły zaskakująco dobrze, najjaśniej (w tym najczarniejszym znaczeniu) jednak Modłości, które mogłyby z łatwością znaleźć się na nowej odsłonie kultowych Ballad. Po wybrzmieniu szaleńczego Odi Profanum Vulgus zespół zszedł ze sceny, a na nas czekał ostatni występ tego wieczoru.

Kat & Roman Kostrzewski

Kat & Roman Kostrzewski

Finał należał do wielkopolskich thrash metalowców z Acid Drinkers, którzy podobnie jak reszta pchają ten metalowy wózek w Polsce już 30 lat.  Nie byłem, nie jestem i raczej nigdy już nie zostanę wielbicielem muzyki poznańskich kwasożłopów, ale skłamałbym, pisząc, że występ był nudny lub nieciekawy. Titus, Popcorn i Ślimak wspomagani na scenie przez Dzwona wręcz zawodowo rozbujali publikę, która dosłownie oszalała wraz z wybrzmieniem pierwszych dźwięków otwierającego koncert Barmy Army. Z każdym numerem zespół nabierał rumieńców, a tłum nie przestawał bawić się w najlepsze. Ze znanych mi numerów naprawdę fajnie wypadły Drug Dealer, Acidophilia i The Joker, cały koncert był zresztą miły dla oka i ucha. Ot, idealne mielenie na dobre zakończenie weekendu i nadchodzący poniedziałek.

Acid Drinkers

Acid Drinkers

Jeżeli wierzyć konferansjerowi ówczesnego wieczoru, Panu Jarkowi Szubrychtowi (który swoją drogą sprawdził się w tej roli naprawdę fajnie i mam nadzieję, że już na stałe zagości jako prowadzący), to dopiero pierwsza odsłona inicjatywy Legendy Metalu i kwestią czasu będzie ogłoszenie kolejnej edycji. Mam własne typy, ale pozostaje grzecznie poczekać, a co do samego koncertu – było zawodowo i oldschoolowo. Klubowa odsłona, jak i cała organizacja przebiegły bez większych zarzutów, a ja zaciskam mocno kciuki za przyszłe przedsięwzięcia.

Autorem zdjęć użytych w relacji jest Łukasz MNTS Miętka.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .