Legendy Metalu – Wrocław (28.09.2019)

Dwa dni po otwarciu trasy Behemoth nadszedł czas na powrót do wrocławskiego klubu A2, tym razem, aby na własne oczy zobaczyć pierwszą, i miejmy nadzieję, że nie ostatnią edycję inicjatywy zatytułowanej Legendy Metalu. Ciekawy pomysł wspólnej trasy Acid Drinkers, Vadera oraz Kata z Romanem Kostrzewskim wspomaganych przez innych wyjadaczy w postaci Quo Vadis nie mógł nie wypalić – stąd też dość wysoki poziom imprezy nie powinien dla nikogo być zaskoczeniem.

Wstyd mi przyznać, ale z legendarnym Quo Vadis zetknąłem się w sobotę po raz pierwszy w życiu. Muzycy natychmiastowo po krótkiej zapowiedzi Jarka Szubrychta zajęli swoje miejsca na scenie. Choć występ Szczecinian został ciepło przyjęty przez zaskakująco (przynajmniej dla mnie) licznie zgromadzoną publiczność i nie można mu było niczego konkretnego zarzucić, to jednak wyraźnie czuć było, że to nie o nich chodzi tego wieczoru.

Chodziło o te trzy twarze z plakatu promującego trasę. Jako pierwszy z trójki legend na scenie zawitał Peter wraz z Vaderem. Cóż – można narzekać (moim zdaniem całkiem słusznie) na wydawany ostatnimi czasy w tempie taśmy produkcyjnej materiał, jednak na żywo Vader to cholerny walec. Kapela Wiwczarka gdy ma swój dzień potrafi porazić niszczycielską siłą, a sobotni wieczór zdecydowanie był TYM dniem. W występie nie brakowało niczego – doskonały wokal Petera, świetna praca Hala i Pająka, no i chyba przede wszystkim absolutnie szalone tempo Jamesa Stewarta obsadzającego zestaw perkusyjny poddające w wątpliwość jego człowieczeństwo. Do tego świetnie dobrany repertuar opierający się głównie na starszych klasykach – usłyszeć można było chociażby Sothis, Wings, Epitaph, Decapitated Saints, Litany, Dark Transmission czy The Crucified Ones, nie obyło się również bez numerów nowszych lecz również trafionych – Triumph of Death, Grand Deceiver czy grane na bis Sword of the Witcher i zapożyczony od Judas Priest Steeler również spotkały się z aprobatą publiczności. Minusy? Może jeden – godzina Vadera to zdecydowanie zbyt mało.

Kolejnym zespołem na scenie było kultowe Acid Drinkers dowodzone przez Tomasza ‘Titusa’ Pukackiego. Odkąd sięgam pamięcią, to za wyjątkiem dwóch czy trzech albumów darzyłem tę kapelę szczerą niechęcią, w której dodatkowo utwierdził mnie ich przeciętny występ na tegorocznym Pol’and’Rock Festivalu, jednak oto we Wrocławiu dokonał się mały cud – kapela wygrała z moim sceptycyzmem, a gdyby nie dolegliwości zdrowotne, zapewne ruszyłbym w sam środek radosnego, szalonego pogo pod sceną. Skąd ta nagła zmiana nastawienia? Nie wiem. Może to kwestia setlisty, która w sobotni wieczór sprawiała wrażenie złożonej wyłącznie z samych hitów, może znakomitego nagłośnienia w A2, dzięki któremu zespół zabrzmiał mięsiście – nieważne. Ważne jest to, że mimo braku moich ulubionych utworów Kwasożłopów, ich występ podsumowałbym słowem „petarda”. I to taka naprawdę potężna. Choć irytowały mnie trochę polityczne wtręty inicjowane przez bawiącą się publiczność (aczkolwiek przyznam się bez bicia, że przez moment dałem się ponieść i sam skandowałem pewne hasło dotyczące obecnej władzy), to muzycznie było po prostu znakomicie. Zastanawiam się nawet nad wzięciem udziału w kolejnej trasie koncertowej Drinkersów, wszak dobrej zabawy nigdy za wiele.

Podczas gdy Piotr Luczyk zapewne był zajęty przygotowywaniem się na kolejny festyn, na wrocławskiej scenie zameldował się Roman Kostrzewski z zespołem. Była to dla mnie pierwsza okazja do usłyszenia na żywo utworów z niedawno wydanego albumu Popiór, i choć kawałki te są dobre i hańby Kostrzewskiemu nie przynoszą (w czym niemała zasługa Jacka Hiro odpowiedzialnego za większość tych kompozycji), to jednak reakcja publiczności zdecydowanie potwierdza umiłowanie starszych hitów. A tych w setliście nie brakowało, można było więc usłyszeć numery prawdziwie legendarne, takie jak Porwany obłędem, Bastard, Piwniczne widziadła, Głos z ciemności, Łzę dla cieniów minionych, dwie pierwsze części Diabelskiego domu (podczas „dwójki” lider formacji tajemniczo zniknął ze sceny na około trzy czwarte utworu) czy zagrane na bis Odi Profanum Vulgus i Wyrocznię. Oczywiście nie zabrakło również tańców-połamańców Pana Romana oraz jego konferansjerki, tym razem stojącej na przyzwoitym poziomie. Legenda polskiej sceny od strony wokalnej wypadła bardzo dobrze, a jej instrumentaliści również dotrzymywali kroku swojemu niezmordowanemu liderowi. Kapela nawet pokusiła się o wzbogacenie swojego występu o drobny element wizualny – konkretnie chodzi mi tu o czerwone światła przez cały występ ułożone w pentagram. Mała rzecz, a w sumie cieszyła. Szkoda mi jest jedynie tego, że Irek Loth nie brał w tym udziału. Znany z Virgin Snatch Jacek Nowak jest jednak godnym zastępstwem, więc traktowałbym to bardziej jako kwestię sentymentalną.

Pierwsza edycja Legend Metalu przeszła już do historii i zgodnie z przewidywaniami była niezwykle udaną trasą. Pragnę z tej okazji podziękować klubowi A2 zajmującego się jej organizacją za ściągnięcie w cztery miejsca tylu legendarnych polskich kapel jednocześnie – wzięcie udziału w tym przedsięwzięciu było prawdziwą przyjemnością. Według słów Jarka Szubrychta jest to edycja pierwsza, ale nie ostatnia – wprost nie mogę się już doczekać informacji o gwiazdach, które będą występowały podczas kolejnej.

Łukasz W.

Powinno być ciężko.
Ale w sumie to nie musi.
Łukasz W.

Tagi: , , , , , , , , , , .