Machine Head – Gdańsk (18.10.2019)

Wielki heavy metalowy piątkowy wieczór w Gdańsku – do B90 wpadali Machine Head, co by nie mówić, mimo wszystko jedna z bardziej cenionych załóg współczesnego metalu.

Większość z nas kojarzy tę historię – po bardzo przeciętnym ostatnim albumie Catharsis ze składu odeszło dwóch szanowanych i ważnych członków – perkusista Dave McClain i gitarzysta Phil Demmel. Fiasko płyty i frustracja problemami kadrowymi podlewana jest od czasu do czasu internetową nadaktywnością Roba Flynna, który nie zawsze gada do rzeczy. Ale wpadł za to na świetny pomysł (choć może trzeba go przypisać managementowi zespołu?) – w 2019 roku przypadają 25 urodziny kultowego już debiutu Machine Head Burn My Eyes. Wiadomo już, że standardowym sposobem świętowania jest ogarnięcie trasy, na której gra się całą jubileuszową płytę, i to Machine Head właśnie postanowili zrobić. Ale zespół poszedł też najpierw jeden kroczek dalej – Flynnowi udało się na tę okoliczność zaprosić ponownie do zespołu dwóch członków z czasów tamtej właśnie płyty, by ją co wieczór odgrywać w możliwie najbardziej oryginalnym składzie (z tamtego składu zabrakło tylko wieloletniego basisty Adama Duce’a, który odszedł z Machine Head skonfliktowany z Flynnem w 2013. Jego miejsce zajął wtedy były gitarzysta Sanctity Jared McEachern). Ale i to było mało, więc zespół wykonał kolejny, drugi krok do przodu – poza oryginalnym w 3/4 składem, który miał grać Burn My Eyes, Flynn skompletował jeszcze jeden skład Machine Head, który miał na koncertach wykonywać resztę setu. W tym zestawie, poza Flynnem i McEachernem, wylądowali też perkusista Matt Alston (Devilment) oraz – co było, trzeba przyznać, sporą niespodzianką – Wacek „Vogg” Kiełtyka z Decapitated. Dwa składy zmieściły się w jednym busie, więc na aktualnej trasie Machine Head grają zarówno set przekrojowy, jak i wspomniane Burn My Eyes w całości.
Mając to wszystko na uwadze, trudno być zaskoczonym, że oba polskie przystanki na trasie się wyprzedały. Niewątpliwie ogłoszenie Vogga w składzie pomogło tym koncertom marketingowo, ale bez niego lipy też pewnie by nie było. Pierwszy polski koncert w ramach rocznicy Burn My Eyes odbył się w gdańskim klubie B90 18 października. Oczywiście, jak to ostatnio mają w zwyczaju Machine Head, całość jechała bez supportów, ale za to długo. Warto było zatem wbić do klubu wcześniej, żeby nie stracić koncertu w kolejce przed lokalem lub do baru.
Machine Head wyszli punktualnie. Puszczone z taśmy Diary of a Madman Ozzy’ego płynnie przeszło w intro z Imperium, co oznaczało, że najpierw na deskach zamelduje się skład z Voggiem i Alstonem. Widać było, że zespół jest w świetnej formie. Flynn, pomimo internetowych gównoburz i wykładów o depresji, wydawał się być w dobrym humorze. Jednocześnie nie zamykała mu się gęba – kiedy nie śpiewał, pokrzykiwał do ludzi, nakręcał ich i wypełniał z naddatkiem wszystkie funkcje przynależne frontmanowi tak dużej kapeli. Basista Jared McEachern już chyba poczuł się ze względnie nową odpowiedzialnością dobrze, bo widać było u niego swobodę, choć podczas setu przekrojowego jego bas trochę ginął, przynajmniej w miejscu, w którym stałem. Alston (znamienne, że Flynn nie przedstawił go publice) ukryty wysoko na scenie za pokaźnym zestawem perkusyjnym okazał się być bestią. Jego perkusja była bardzo głośno ukręcona, dzięki czemu można było się zachwycić tym, jak precyzyjny jest to muzyk. No i Vogg – specjalnie stanąłem po lewej stronie, by przyglądać się jego pracy na scenie. Człowiek, który ma jedne z najlepszych łap w metalowej gitarze, z początku wydawał się nieco onieśmielony. Zajął swoje miejsce, ale lekko z tyłu, nie wychodził do przodu, zerkał od czasu do czasu na lidera, jakby nie był pewien umówionych wcześniej ruchów na scenie. Ale wszystko to, co wychodziło spod jego palców, było na najwyższym poziomie. Z minuty na minutę czuł się coraz lepiej. Odniosłem zresztą wrażenie, że lepiej bawi się przy tych starszych kawałkach z setu, w którym z przyczyn oczywistych nie było w nim numerów z debiutu, ale za to dość porządna reprezentacja tych bardziej „nu” albumów. Zaraz po Imperium poleciało Take My Scars z The More Things Change, poza tym mieliśmy jeszcze zaskakująco dobrze wypadające na żywo Ten Ton Hammer z tej samej płyty, The Blood, The Sweat, The Tears i From This Day z The Burning Red oraz Bulldozer z Supercharger. Najsłabiej reprezentowana była nowa płyta, czemu trudno się dziwić – w secie był tylko utwór tytułowy. Za to nieźle na żywo wypadł nowy singiel Do Or Die (w którym Vogg chyba otworzył się na dobre), gorzej zaś poprzedzający ostatni album Is There Anybody Out There?. Trzeba jednak przyznać, że Flynn wie, jakie są mocne i słabe strony tego zestawu i potrafi coś zamienić w nic, nakręcając publikę, zachęcając ją do circle pit, a ta odwdzięczała się zaangażowaniem i własną inicjatywą. Lider pozwolił też Polakom nacieszyć się swoim reprezentantem w składzie – Vogg miał swoje pięć minut solo na scenie, które uzupełnił zresztą riffem z Noża Illusion. Miał też okazję przetłumaczyć koledze, co oznacza „napierdalać”, a Flynn odwdzięczył się historią o tym, jak Wacek wylądował w Machine Head. Koncert trwał w najlepsze, pomiędzy kawałkami grupa robiła coraz dłuższe przerwy, czemu trudno się dziwić – pierwsza część potrwała w zasadzie ponad dwie godziny. Kiedy jednak muzycy wracali na scenę, nie widać było, żeby zeszła z nich para. Wisienkami na torcie tej części koncertu były momenty z The BlackeningBeautiful Mourning, Aesthetics of Hate i Halo, do tego jeszcze znakomicie zagrany Darkness Within. W tych wszystkich numerach widać było także klasę Vogga, który z luzem grał wszystkie solówki po prostu idealnie i od strony technicznej kładł Flynna na łopatki.
Po fantastycznym Halo lider zaprosił wszystkich na chwilę przerwy. Po około 10 minutach z głośników poleciało intro w postaci Real Eyes, Realize, Real Lies, a Flynn wyprowadził kolejny skład Machine Head – poza nim i McEachernem na scenę wkroczył Logan Mader ze swoimi specyficznie upiętymi dredami, a za perkusją pokazał się Chris Kontos. O dziwo pod sceną się lekko rozluźniło, prawdopodobnie co bardziej zmęczeni po prostu przesunęli się nieco dalej. Machine Head mocarnie przelecieli przez Burn My Eyes. W tym secie bas Jareda był bardziej słyszalny, a perkusja Kontosa nie waliła aż tak, jak Alstona. Wszystko się znów zgadzało. Niesamowite, jak nie zestarzała się ta płyta. Po raz kolejny uświadomiłem sobie, że poza oczywistym hiciorem w postaci Davidian ten album składa się z samych bangerów. Średnie tempa urozmaicane co jakiś czas przyspieszeniami (jak choćby w Nation Of Fire) to masakrujące połączenie. Świetnie wypadły praktycznie wszystkie numery, ze wskazaniem na None But My Own i ciężki Death Church. W międzyczasie zespół pozwolił sobie na medley złożony z Sanitarium oraz Motorbreath wiadomo kogo, ale ewidentnie im to tego dnia nie poszło, więc szybko zrezygnowali z dokładania kolejnych kawałków i wrócili do ustalonego planu.
Cały koncert Machine Head trwał niemal 3,5 godziny. Jestem pod wrażeniem, jak znieśli to Flynn i McEachern, którzy przecież obecni byli na scenie cały czas. Choć przerwy między poszczególnymi utworami nieco się dłużyły, to nie widać było po nich spadku zaangażowania. Niemniej jednak bardziej podobał mi się urozmaicony set z pierwszej części – być może to kwestia tego, że mogłem sobie po prostu przypomnieć, jak dobre momenty w swojej dyskografii ma ta kapela. Nie zmienia to jednak faktu, że był to znakomity koncert i wiem, że świadomi tego są zarówno członkowie ekipy Machine Head, jak i zgromadzona w B90 publika.

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Latest posts by Jakub Milszewski (see all)

Tagi: , .