Machine Head – Warszawa (19.10.2019)

Machine Head to jeden z tych zespołów, który obecnie budzi skrajne emocje wśród fanów, i tych biernych, internetowych, i tych niezmordowanych die hardów, jednocześnie nie schodząc z podestu najlepszych koncertowych buldożerów ery metalowych weteranów. Po serii niefortunnych zdarzeń, jakie na przestrzeni ostatnich miesięcy zafundował Robb Flynn, włączając batalie związane z krytyką ostatniego wydawnictwa grupy Catharsis (2018) czy odejście Dave’a McClaina i Phila Demmela, wielu postawiło na zespole przysłowiowy krzyżyk. A tymczasem Flynn, ciągle aktywny w mediach społecznościowych, buchnął informacją o zbliżającym się jubileuszu Burn My Eyes (25 lat!), co oznaczało trasę z odegraniem całego materiału. Tylko z kim? Jasne, że trzeba było zebrać oryginalny skład, z racji jednak konfliktów, o których żal się rozpisywać, udało się zwerbować Chrisa Kontosa i Logana Madera, zaś Adam Duce został zastąpiony po prostu przez Jareda MacEacherna. Ale to nie koniec. Jak się bawić, to się bawić, więc w trasę Flynn niespodziewanie zaprosił na pokład perkusistę Matta Alstona (Devilment)  i naszego rodaka Wacława Vogga Kietyłkę (Decapitated). I rozpętała się kolejna burza. Tym razem jednak nie tornado, a wręcz haftowanie tęczą, szczególnie w naszym pięknym kraju i tak zwanym środowisku, bo lepiej Pan Flynn zdaje się nie mógł wybrać.

Raz, że Vogg cieszy się ogromnym uznaniem i talentem stoi niezaprzeczalnym, dwa, że perkusista niezgorsza dopełnia ten skład i ku zaskoczeniu (chyba wszystkich) maszynowy statek nie chyli się ku upadkowi. Przeciwnie. Machine Head zdaje się dzięki takiej zagrywce powoli się podnosi, może PRowo jeszcze brakuje, może nowy numer z Voggiem, choć nośny, to lirycznie niekoniecznie budzi zachwyt, i mimo że niesmak po Catharsis pozostał, ja po koncercie w warszawskiej Progresji 19 października br. kłaniam się w pas i ponownie wchodzę w ten solidny kawał metalowej maszynerii i miele wnętrze aż do wyczerpania. A o to trudno nie było, bowiem Panowie muzycy postanowili zagrać 3,5 godziny z lekkim, “ledwo” 10-minutowym antraktem. Tak, szanowni państwo, tym razem zmęczyłam się koncertem niemiłosiernie, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Po raz enty przyszło mi zmierzyć się z koncertowym obliczem Machine Head i oprócz bólu kręgosłupa, I regret nothing! 

A zaczęło się “niewinnie”, od solidnego, sztandarowego Imperium (Through the Ashes of Empires, 2003). Celowo nie sprawdzałam jak rozkładają się siły na koncertach niniejszej trasy, lecz od pierwszych nut wszystko stało się jasne – najpierw nowy skład w sztandarowych numerach z repertuaru MH, a następnie całe Burn My Eyes w drugim rozdaniu kadrowym i zapowiedziane covery. Okej, jedziemy. Przede wszystkim nie mogę się powstrzymać i z miejsca muszę nieco powychwalać Vogga na drugiej gitarze, który umiejscowił się tego wieczoru po lewej stronie sceny. Każdy numer zagrał z taką lekkością, z takim luzem, uśmiechając się pomiędzy utworami to do publiki, to do żony, która dzielnie z dziećmi obserwowała show, i właściwie nie mam pytań o jakość całego setu. Doskonale również wypadł Alston, który dla mnie okazał się największą niespodzianką. Perkusja w jego władaniu to istna maszyneria w świetnym, odpowiednio solidnym przyłożeniu. No i ci starsi – MacEachern jakby z tyłu całego zamieszania, robił swoje i nic ponadto, zaś Flynn wiódł prym, jak zwykł to robić zawsze. To pogadanki o mroku wewnątrz niego i sile muzyki, to żarty o koledze Voggu i jego nastrojach, to podbijanie publiki do wrzenia, namawianie do ścian śmierci (naliczyłam co najmniej 5), młynków, skandowania i tym podobnych zabaw. No pewnie, że całość zażarła, mocno siadła i świetnie masakrowała.

Przyznam szczerze, że od dawna nie sięgałam po repertuar MH, więc tym bardziej bawiłam się świetnie, z sentymentem wchodząc w całe to szaleństwo pod sceną (dobrze, umownie). Warto pochwalić samą setlistę zbudowaną z numerów ze wszystkich albumów, wyłączając oczywiście debiut. Początek aż do Beautiful Mourning, nowego Do or Die i Locust rozłożył energią, natomiast najlepszym momentem było przejście do Aesthetics of Hate z genialną solówką na dwa baty, a potem popisem solo Vogga, który jeńców nie zostawił. Zaskakująco dobrze zażarły numery po kolei z Catharsis i The Burning Red (pamiętacie kiczowaty teledysk do From This Day? oh, lord) i wypadły naprawdę dobrze w takim zestawieniu. Jak prawdziwy podmuch dawnej nu-ery, o której dziś już można mówić z uśmiechem. Pierwsza część koncertu zakończyła się numerem Halo z najlepszej w moim mniemaniu płyty formacji The Blackening (2007). Krótka przerwa, chwila oddechu przy otwartych drzwiach Progresji (tego wieczoru żar lał się z dachu) i jedziemy dalej. Drugi skład wypadł równie dobrze, szczególnie fajnie obecność zaznaczył Logan Mader, który może nawet skupiał uwagę czasami bardziej niż Flynn. Ciekawe, jak Burn My Eyes brzmi po latach. Ten materiał to klasyka, dla mnie osobiście wręcz nieprzeceniona. Toteż może niekoniecznie pasowały mi covery w środku setu. A pojawiły się hity Metalliki, Motorhead, White Zombie i – o zgrozo – Alice in Chains. Są zespoły, których się nie coveruje, i na pewno to nie ten vibe. Na tym może poprzestanę. Jakieś to jednak urozmaicenie. Ognie buchały, confetti poleciało, na koniec Block, wspólne zdjęcia z publiką, podziękowania i dużo, dużo, bardzo dużo słów na F. Machine Fucking Head złożyli broń około północy. Jako widz słaniałam się na nogach. Zaś Robb i Jared, od początku do końca przecież obecni na scenie, jeszcze się uśmiechali i podrygiwali. I tak to się robi!

Na koniec słów kilka o organizacji, która należała tym razem do Live Nation. Nic nie zawiodło. Wyprzedana Progresja dudniła non stop przez te 3,5 godziny, ludzie przemieszczali się ciągle, wszędzie wszystkich było pełno. Gdy jedni odpoczywali, drudzy raczyli się trunkami na obydwu piętrach. Merch cały czas był praktycznie w ruchu, frekwencja i intensywność zatem mocno dała w kość organizatorom, a jednak o nic nie można się przyczepić. Wspaniały czas, znakomity koncert po raz kolejny od tych Panów, gwoli wyjaśnienia pierwszy set podobał mi się bardziej, metalu jednak nigdy dość, a Machine Head życzę powodzenia. Tak zwyczajnie w świecie. 

Setlista:

Imperium
Take My Scars
Now We Die
Beautiful Mourning
Do or Die
Locust
This Is the End
I Am Hell (Sonata in C#)
Aesthetics of Hate
Guitar Solo by Vogg
Darkness Within
Catharsis
From This Day
Ten Ton Hammer
Is There Anybody Out There?
Halo

Burn My Eyes set: 
Real Eyes, Realize, Real Lies
Davidian
Old
A Thousand Lies
None but My Own
The Rage to Overcome
Death Church
A Nation on Fire
Blood for Blood
I’m Your God Now
Battery (Metallica cover)/ (Ace of Spades / Thunder Kiss ’65 / Angry Chair / Raining Blood)
Block

 

Do następnego!

Autorem zdjęć jest Aleksander Honc – Photocoder.pl

Joanna Pietrzak

Kosmos, alternatywa, pomieszanie z poplątaniem - szukam, sprawdzam, przepadam, odkładam.
Skontaktuj się ze mną: joanna@kvlt.pl
Joanna Pietrzak

Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)

Tagi: , , , , , , , , .