Max & Iggor Cavalera – Poznań (24.11.2016)

20 lat temu Sepultura wydała album „Roots”. To dzieło okazało się największym sukcesem komercyjnym tej formacji i niespodziewanie stało się też ostatnią płytą z udziałem Maxa. W roku jubileuszu tego wydawnictwa otrzymaliśmy szansę usłyszenia go na żywo w całości, bo bracia Cavalera ruszyli w trasę podczas której wykonują cały ten materiał. W Polsce na zaproszenie Go Ahead zagrali dwa razy – w Warszawie i Poznaniu, a na scenie towarzyszyli im Marc Rizzo (gitara) i Johny Chow (bas).
Ja miałem możliwość zobaczenia drugiego z tych występów, a przy okazji pierwszy raz przetestowałem sprawność wrocławskiej grupy HeadUp, bo to oni zostali zaproszeni przez organizatorów by otwierać oba wieczory. Tercet ten ma już w dorobku dwa albumy utrzymane w konwencji energetycznego hc/metalu. W tym roku supportowali Gojirę na koncertach w Polsce, więc nie są to bynajmniej początkujący debiutanci. Dostali do dyspozycji około 30 minut i wykorzystali je po to by pograć między innymi nowy utwór „Valtures”.

Potem na scenie pojawiła się brazylijska flaga i wielka płachta z grafiką zaprojektowaną specjalnie na trasę Return To Roots. Po kilkunastu minutach przerwy na wymianę sprzętu zabrzmiało intro, a po nim ten numer, przy którym od razu zakotłowało się pod sceną. „Roots Bloody Roots” musiał wywołać takie reakcje, bo choć jest już niemiłosiernie zgrany i słyszany tysiące razy, to metalmaniacy wciąż go lubią. Ja czekałem jednak na pozostałe, nie tak często grane na żywo, kompozycje. Przede wszystkim na “Lookaway”, bo ten mięsisty groove, to prawdziwa potęga.
Tego wieczoru niestety brzmienie znane z płyty nie przedkładało się szczególnie wyraźnie na poczynania Maxa i Igora na scenie. Co o tym zadecydowało ? Nienajlepsza akustyka tej hali to pierwszy powód, ale zespół też nie spełnił moich (i nie tylko moich) oczekiwań. Zwłaszcza Max, który pozwalał sobie na dość „luzackie” wykonywanie wielu partii gitarowych (z jedną ręką na strunach, a drugą przy mikrofonie), bo do Igora zastrzeżeń raczej nie mam (bębnił na swym zestawie z pełnym zaangażowaniem). “Ratamahatta” i “Itsari” z indiańskimi zaśpiewami w tle, to były ciekawsze fragmenty całego show. Nieźle wypadł także „Born Stubborn” , ale inne numery wyszły dość blado czyli mało selektywnie. Zapowiedziany przez Maxa jako najszybszy na płycie „Dictatorshit” to była właściwie ledwo czytelna ściana dźwięku.
Pozostawała zatem nadzieja, że panowie wykonają jakieś ciekawe dodatki już po przedstawieniu „Roots”. Muzycy wybrali na dogrywkę dość ciekawy repertuar, bo zaczęli od „Procreation Of The WickedCeltic Frost, a sięgnęli też m.in. po „Arise” w ultraszybkiej, dość brudnej wersji czy „We Who Are Not As Others”. W hołdzie dla Lemmy`ego pojawiło się też „Ace Of Spades” (Max wtedy porzucił gitarę i mógł sobie trochę swobodniej poszaleć po scenie). Na sam koniec niestety znów zdecydowali się zagrać „Roots Bloody Roots” (tym razem na życzenie Maxa publika „wykonała” podczas niego pod sceną ścianę śmierci). To był naprawdę słaby finał całego wydarzenia moim zdaniem bo ta wersja była daleka od perfekcji.

no images were found

Tekst: Radek Bruch
Zdjęcia: Justyna Szadkowska

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Latest posts by Piotr (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , .