Megadeth, Judas Priest – Katowice (13.06.2018)

Judas Priest. Legenda, której nikomu nie trzeba przedstawiać. Trzy lata minęły od ostatniego razu, gdy Bogowie Metalu nawiedzili nasz kraj, promowali wtedy swój przedostatni album Redeemer of Souls na występach w Łodzi i Gdańsku. Ale zdaje się, że to właśnie katowicki Spodek upodobali sobie najbardziej, więc dnia 13 czerwca br. złożyli kolejną wizytę w kulturalnym sercu Górnego Śląska. Również tym razem Judasi przywieźli ze sobą porcję świeżego materiału, prosto z tegorocznego wydawnictwa Firepower. A w roli gościa specjalnego wystąpił jeden z czołowych przedstawicieli światowego thrash metalu – równie legendarny Megadeth. Środowy wieczór nie mógł zapowiadać się lepiej.

 

Katowicki Spodek miał być praktycznie wypełniony po brzegi. Po godzinie 18.00 pomału zaczęli napływać głodni wrażeń fani heavy metalu, spośród których najbardziej wytrwali od razu zajęli miejsce pod samymi barierkami, by zapewnić sobie najlepszy widok i wrażenia audiowizualne. Niespełna dwie godziny trwało wyczekiwanie, czuć było, że coś wielkiego wisi w powietrzu, a uczucie ekscytacji potęgowało wielkie logo Megadeth rozwieszone ponad sceną. Punktualnie o 20.00 na hali zgasło światło, a na deskach pojawili się muzycy jednego z zespołów, tworzących Wielką Czwórkę Thrash Metalu. Dave Mustaine i jego grupa zaczęli bardzo mocno, chyba od najbardziej rozpoznawalnego utworu – Hangar 18. To był cudowny cios, ten numer (podobnie jak cała płyta Rust in Peace) w ogóle się nie starzeje. Następnie wjechał numer z Dystopii, ostatniego albumu grupy, zatytułowany The Threat Is Real, a po nim nastąpił powrót do debiutanckiego krążka – pokręcony numer Rattlehead. Świetny kontrast, i z miejsca słowa uznania za ułożenie playlisty w ten sposób! Kolejne uderzenie ze sceny to wspaniałe Take No Prisoners, mój osobisty faworyt spośród arsenału Megadeth. Uwielbiam perkusję i riffy w tym kawałku. Dalej wjechały numery The Conjouring (dzień wcześniej, podczas koncertu w czeskim Pilznie grupa wykonała ten numer na żywo po raz pierwszy od 2001 roku) i Tornado of Souls (czyli jak żartował Dave, „piosenka o pogodzie”), a po tych klasykach znów znalazło się miejsce dla nowości – tytułowego utworu Dystopia, z albumu, który został nagrodzony Grammy 2016. Ósmą kompozycją, po którą sięgnęli muzycy była bardzo cieple przyjęta przez publiczność Symphony of Destruction. Po chwili ze sceny popłynęły dźwięki dobrze znane wszystkim fanom Metalliki, dla której Mustaine skomponował między innymi kawałek The Four Horsemen. Mowa tu oczywiście o Mechanix, które zabrzmiało niezwykle dobrze. Ostatnim etapem podstawowej setlisty było Peace Sells, podczas którego na scenę wkroczył sam Vic Rattlehead, słynna maskotka grupy. Na bis Dave i spółka zagrali Holy Wars… The Punishment Due, kolejny klasyk z repertuaru grupy.

Występ grupy Megadeth byłby rewelacyjny, gdyby nie nagłośnienie, o którym powiedziano już wiele w innych relacjach z tego koncertu. Nie będę zatem się powtarzał, powiem tylko, że szkoda za cicho nagłośnionego wokalu, bo klasyki grupy trzeba było rozpoznawać po riffach. Gitary brzmiały w porządku, brakowało za to basu Davida Ellefsona, który jest przecież kluczowym elementem większości utworów zespołu. Jedno jest natomiast pewne – Mustaine dał z siebie wszystko, śpiewał na tyle dobrze, na ile potrafi, ale za cuda, które wyczyniał na gryfie gitary należy mu się dozgonny szacunek. Na koniec lider zespołu dodał, że po zakończonej europejskiej trasie Megadeth wraca do Stanów, by udać się do studia i nagrywać kolejny, szesnasty już, album studyjny. Oby swoją sławą przerósł nie tylko Dystopię, ale i Rust In Peace!

Organizatorzy koncertu dali zgromadzonym w Spodku fanom pół godziny na oddech po thrashowym ataku. O 21:30 miał się zacząć pokaz siły jednego z największych zespołów w historii, a scenę zasłonił ogromny kawał materiału z logotypem Judas Priest. Klasycznie, tuż przed występem gwiazdy wieczoru z taśmy puszczono War Pigs Sabbathów, którego tekst wybrzmiał z setek gardeł na płycie i trybunach Spodka. Po instrumentalnym intro wielka kurtyna opadła, a Priest uderzył ze swoim najnowszym numerem, Firepower. Publiczność oszalała, gdy kwintet zaczął swoje półtoragodzinne przedstawienie. Kolejnym numerem był Grinder z płyty British Steel, tej, która utorowała zespołowi drogę do wiecznej chwały i sławy. W sumie przyszło nam usłyszeć aż cztery spośród dziewięciu kompozycji z tego krążka. Po chwili zabrzmiał Sinner, ubrany w mocniejsze brzmienie i cięższe gitary, nad którymi górował genialny wokal Roba Halforda. Pamiętam, że w zeszłym roku po koncercie Anthrax w Warszawie stwierdziłem, że po pięćdziesiątce chcę być pełen wigoru jak Joey Belladonna. Dziś dokładam do tego, że po sześćdziesiątce pragnę mieć siłę jak Rob Halford. Jego głos praktycznie w ogóle się nie zestarzał, co zresztą udowodnił już na tegorocznym albumie. W każdym numerze rewelacyjnie wyciągał te swoje rozpoznawalne na całym świecie górne partie.

Z płyty Sad Wings Of Destiny zabrzmiał numer The Ripper, traktujący o Kubie Rozpruwaczu. W dalszej części koncertu z tego samego krążka popłynęły dźwięki Tyrant. A skoro przy tym temacie jesteśmy, to brakowało mi trochę Victim Of Changes, bardzo chciałbym usłyszeć ten kawałek na żywo.

Judasi zaprezentowali kolejną nowość, Lightning Strike, rewelacyjny i mocny punkt programu. Dalej nareszcie coś z rewelacyjnego albumu Screaming For Vengeance, genialny numer Bloodstone, a zaraz po nim stary, dobry Saints In Hell, który został wykonany na żywo po raz pierwszy dopiero w marcu tego roku! Album Stained Class, z którego pochodzi ten utwór, obchodzi w tym roku swoje czterdziestolecie, świetnym dodatkiem do tej rocznicy byłoby wykonanie Better By You, Better Than Me, świetnego coveru grupy Spooky Tooth. Ale Judas Priest ma tak bogatą i fascynującą dyskografię, że aby zadowolić każdego, ich koncert musiałby trwać co najmniej trzy godziny.

Następnym punktem był utwór Turbo Lover, ze znienawidzonej przez „true” fanów płyty Turbo. Tak czy inaczej, numer jest genialny, a jego wykonanie było potężne. Kolejne utwory, które zabrzmiały w Spodku to bujający Tyrant, spokojniejszy Night Comes Down i szybki Freewheel Burning. Następnie klasyk nad klasyki, You’ve Got Another Thing Comin’, po którym ekipa na chwilę zniknęła, a Rob Halford wjechał na scenę na chopperze, by tym samym rozpocząć Hell Bent For Leather – to był cios! A po nim jeszcze mocniejsze uderzenie, genialny Painkiller, który zakończył zasadniczą cześć setu Judasów.

Po krótkiej przerwie Panowie pojawili się na scenie z Rising From Ruins, świetną kompozycją z ostatniego albumu, by po chwili wrócić do korzeni z trzema utworami, które zamykały ich występ – Metal Gods, Breaking The Law i Living After Midnight. Mocne zakończenie prosto z płyty British Steel.

Niestety podczas bisu na scenie zabrakło Glenna Tiptona, który mimo swojej choroby towarzyszył swoim kolegom na scenie podczas większości koncertów na obecnej trasie. Jeszcze trzy dni wcześniej wyszedł na scenę w czasie koncertu grupy w Kopenhadze. Życzymy Glennowi szybkiego powrotu do formy, ale warto też dodać, że zarówno on, jak i K.K. Downing mają w grupie godne zastępstwo. Gitarowy duet Richie Faulkner i Andy Sneap idealnie pasuje do nowego, odmłodzonego wizerunku grupy, dzięki czemu klasyki zespołu brzmią świeżo i inaczej niż podczas koncertów w klasycznym składzie grupy. Rob Halford nadal ma w sobie ogromną energię, jego wokal działa bez zarzutu, a do tego jest po prostu charyzmatycznym liderem grupy. Ian Hill stoi z boku, ale na swoim basie wykonuje mrówczą robotę i buduje całą atmosferę utworów, a w sekcji rytmicznej wtóruje mu Scott Travis, który od płyty Painkiller nieprzerwanie gra świetnie na bębnach.

Występ Judas Priest był wyjątkowym wydarzeniem, które na długo pozostanie w mej pamięci. Ujrzenie Bogów Metalu i idoli z pierwszych lat mojej fascynacji metalem było czymś naprawdę pięknym. Gdyby nie ich muzyka, to nie wiem, czy moje dziesięcioletnie ja zwróciłoby się w stronę ciężkiego gitarowego grania. Ten zespół to kawał historii i worek wspomnień, a ich koncert był po prostu świetny. Fajnie było też zobaczyć Megadeth, których również bardzo cenię. Szkoda tylko, że ich muzyka nie zabrzmiała najlepiej. Niemniej jednak czapki z głów dla Metal Mind Productions za zorganizowanie kolejnego święta heavy metalu w najlepszej miejscówce na Śląsku – katowickim Spodku. Do zaś!

 

Autorem zdjęcia Judas Priest jest Aleksander Honc.

Vladymir

Vladymir

Now I am become Death, the destroyer of worlds.
Vladymir

Tagi: , , , , , , , , , , , .