Merry Christless – Warszawa (14.12.2017)

Pierwsza odsłona koncertu zorganizowanego pod szyldem Merry Christless przeszła do historii. Czwartkowa edycja imprezy (ogłoszona po wyprzedaniu się wydarzenia z 15 grudnia) nie dość, że zaplanowana została w przeddzień pierwotnego eventu, to jeszcze zagwarantowała moim zdanim dużo ciekawszy line-up (z całą sympatią do Mentor i Witchmaster, ITE i Infernal War to ciosy, którymi Knock Out zrobiło fanom muzyki metalowej piękny gwiazdkowy prezent).

Nieczęsto zdarza się, bym (uczestnicząc w podobnych wydarzeniach) z wypiekami na twarzy oczekiwał każdego planowanego koncertu, tym razem jednak w podskokach zmierzałem do Progresji z zamiarem punktualnego rozpoczęcia tego pięknie zapowiadającego się wieczoru.

Mimo dość wczesnej pory (event wystartował kwadrans przed 18) frekwencja na otwierającym imprezę występie Poznaniaków z In Twilight’s Embrace była więcej niż zadowalająca. Grupę widziałem dotychczas dwukrotnie, jednak za każdym razem były to małe sztuki zagrane w bardzo kameralnych warunkach. Pewnie też dlatego obawiałem się, że w Progresji energia generowana przez zespół gdzieś uleci, a wrażenia związane z kolejną okazją sprawdzenia ITE w akcji boleśnie ucierpią. Szybko przekonałem się, że nic bardziej mylnego – band promujący materiał z ostatniej płyty zaprezentował się na scenie stołecznego klubu znakomicie. 30 minut wystarczyło Cyprianowi Łakomemu i spółce solidnie dorzucić do pieca. I choć gothenburski sznyt znany z The Grim Muse ustąpił miejsca chłodnemu klimatowi Vanitas, kapela wciąż wypada świetnie. Z niecierpliwością czekam na sposobność zobaczenia ich podczas Metalowej Puenty zaplanowanej 29 grudnia w Bydgoszczy.

 

Po reprezentantach Wielkopolski przyszedł czas na przedstawicieli Śląska. Infernal War miało podczas Merry Christless szansę zrehabilitować się w moich oczach za zeszłoroczny koncert u boku Vadera w Toruniu, po którym (o czym pisałem w relacji z Imperium Poloniae) czułem lekki niedosyt. Tym jednak razem wszystko zatrybiło właściwie i set (choć ponownie złożony głównie z kawałków z Axiom) pomielił gnaty bardzo konkretnie. Poza numerami z ostatniej płyty, zgromadzeni w Progresji mogli usłyszeć również urocze melodie z Terrorfront (Crushing Impure Idolatry) oraz Redesekration (Spill The Dirty Blood Of Jesus) co nie mogło nie spotkać się z żywiołowymi reakcjami publiczności. Zacny koncert.

Kolejną gwiazdą czwartkowego wieczoru była występująca po raz drugi w tym roku w Progresji krakowska Mgła. Będący jedną z największych nazw obecnej sceny bm w Polsce zespół uraczył fanów odegraniem w całości albumu Exercises in futility. Już majowy koncert udowodnił, że ekipa M. to prawdziwy buldożer, wczorajszy występ w tym przekonaniu mnie jedynie utwierdził. Zadymiona do granic Progresja, ledwo widoczni na scenie muzycy i sześć (zagranych w znanej z płyty kolejności) pieśni o daremności ludzkiej egzystencji to rzecz, która na długo zagości w mojej pamięci. Ta muzyka żyje, jest wyrazista, skrajnie sugestywna i wymowna. Jestem przekonany, że gdyby fest zakończył się już na tym występie, ze świecą można by szukać w warszawskim klubie osoby niezadowolonej.

Przedostatnim bohaterem koncertu był reaktywowany w 2009 roku czeski Master’s Hammer, cieszący się w kręgach sympatyków black metalu mianem prawdziwej legendy. Czesi, znani z dość osobliwego poczucia humoru i sporego dystansu do własnej twórczości, mieli okazję zaprezentować się polskiej publiczności po raz pierwszy w historii. I choć występujący w nietypowych kreacjach (Franta Štorm w pociesznym kapeluszu, Petr Mecák w odpustowym habicie, czy Jan Přibyl pod krawatem) muzycy wyglądali, jakby urwali się z balu przebierańców towarzyszącemu praskiemu festiwalowi piwa, niech mnie cholera jeśli nie był to najbardziej bezpretensjonalny i autentyczny koncert całego wieczoru. Lekkość i nieskrępowana energia, która biła ze sceny była naprawdę wyjątkowa, a odbiór z jakim spotkała się muzyka Czechów udowodnił, że po latach nasi południowi sąsiedzi nie stracili nic z żywiołowości i umiejętności zjednywania sobie publiki. Zespół zagrał przekrojowy set z najsłynniejszą Jamą Pekel na grande finale, za którą zebrał w pełni zasłużone, głośne owacje.

Byłem przekonany, że Behemoth nie zdoła przebić poziomem tego, co dotychczas zadziało się w czwartkowy wieczór na scenie Progresji. Jak daleki byłem od prawdy udowodniła już setlista, która poza sztandarowymi utworami grupy (Ora Pro Nobis Lucifer, Conquer All, Blow Your Trumpets Gabriel, czy Ov Fire and the Void) zawierała kawałki, po które zespół sięga niezbyt często. Obecność coveru Siekiery Ludzie Wschodu, Lucifera z tekstem zaczerpniętym z twórczości Tadeusza Micińskiego, Demigod, Alas, Lord Is Upon Me czy Daimonos szczerze mnie zaskoczyła. A był to dopiero początek. To, co bowiem zaczęło dziać się na scenie przy udziale zaproszonych (zgodnie z zapowiedziami) przez Nergala specjalnie na tę okazję ex-muzyków Behemoth niewątpliwie zapisało się w koncertowej historii grupy złotymi zgłoskami. Zagrane wraz z Baalem Ravenlockiem i Lesem (oraz Inferno na gitarze) Lasy Pomorza, Transylvanian Forest i Hidden in a Fog, zaprezentowane z udziałem Desecratora (bez basu, czego wymagało odniesienie się do pierwotnego składu zespołu) Cursed Angel of Doom, czy zaserwowane przy asyście Havoca Antichristian Phenomenon, As Above So Below i Chant for Eschaton 2000 okazały się prawdziwymi perełkami. Co najistotniejsze, mimo upływu lat między muzykami wciąż czuć dobrą chemię, widać było wyraźnie, że wspólny koncert momentami przynosił grającym większą frajdę niż obecnej w Progresji publiczności. Set uzupełniały numery z Pandemonic Incantations i Satanicy (Diableria (The Great Introduction), Driven by the Five-Winged Star i Decade of Therion) co złożyło się w sumie na 19 utworów i prawdopodobnie najdłuższy (i bez cienia wątpliwości jeden z najważniejszych) koncertów Behemoth w historii. Czysta, niczym niezmącona magia.

To, co działo się przez sześć godzin na scenie stołecznej Progresji można z powodzeniem nazwać nie tylko najważniejszym wydarzeniem końca roku, ale także jedną z najlepszych imprez 2017. Jeżeli nie zdecydowaliście się wziąć udziału w tym koncercie (ani odsłonie 15 grudnia) możecie żałować po stokroć. A nawet bardziej.

Autor zdjęć: Łukasz MNTS Miętka

Synu

Synu

Fan szeroko pojętej muzyki gitarowej. Z wszelkich możliwych szuflad i gatunkowych etykiet.
Napisz do autora: synu@kvlt.pl
Synu

Latest posts by Synu (see all)

Tagi: , , , .