Metal Mine Festival 2018 – Wałbrzych (25.08.2018)

Metal Mine na dobre wpisał się już w krajobraz festiwali w Polsce. Zgodnie z tradycją impreza odbyła się na terenie zabytkowej kopalni węgla kamiennego (oczywiście na powierzchni pod gołym niebem). Miejsce jest naprawdę piękne i oryginalne. Przestrzeń między budynkami została przemyślanie zaadaptowana na potrzeby wydarzenia – wydzielone miejsce na harce pod sceną (gdzie nie można wnosić piwa i słusznie), strefa plażowo-leżakowa (idealna do naładowanie akumulatorów przed kolejnymi występami) oraz sektor gdzie znajdują się foodtrucki i nalewaki z piwem (w tym roku lano Pilsnera, a także Tyskie). Chętni mogli również skorzystać z pola namiotowego. Trzymam kciuki, aby w przyszłości Metal Mine stał się imprezą dwu- lub trzydniową. Myślę, że miejsce nadaje się do tego idealnie.

A jak wypadły same zespoły? Nie widziałem niestety rozpoczynającego festiwal występu Lolitas Masturbate. Były jakieś problemy ze skanerem kodów kreskowych i bez utrudnień na teren festiwalu mogli wejść tylko posiadacze biletów kolekcjonerskich. Miałem e-ticket, więc zamiast stać w kolejce, która się nie poruszała, wybrałem się do okolicznej kawiarni na małą czarną. Zdążyłem natomiast na Slaves of Evil, death metalową załogę ze Śląska. Trudno się do czegoś przyczepić, acz do zachwytów także daleko. Ot, typowy występ kapeli mającej za zadanie rozgrzać nieliczną jeszcze publikę.

Dla mnie Metal Mine zaczął się na dobre wraz z występem Mentor. Co to był za koncert! Artur Rumiński ze stoickim spokojem wygrywał wysokooktanowe riffy, które z miejsca porywają do tańca. Nie oszczędzali się z kolei dzierżący mikrofon Suseł oraz kruszący mury swoim basem Haldor Grunberg. Ich prezencja sceniczna jest równie energetyczna, jak dźwięki wydobywające się z głośników. Debiut Mentora, Guts, Graves and Blasphemy szybko skradł moje serce i cieszę się na każdą okazję obcowania z tymi piosenkami na żywo. Życzę jedynie, by grupa grała częściej i w lepszym „czasie antenowym”.

Wysokie tempo narzucone przez Mentora utrzymali Brytyjczycy z Divine Chaos. Ich thrash metal zawiera sporą ilość melodii, ale także równie dużą dawkę kopiących w tyłek riffów i pysznych solówek. Chylę czoła przed Dave`em Bannettem. Jego partie basu naprawdę dodawały kompozycjom kolorytu. Imponował także Benny F. – takiego frontmana może pozazdrościć niejedna kapela. Za bębnami zasiadł oczywiście, znany z Vadera, James Stewart i jak zwykle jego grę można opisać dwoma słowami – szczęka opada. Kupowałbym płyty nagrane z jego udziałem, nawet gdyby były na nich jedynie ścieżki perkusji. Po występie Panowie szybko pojawili się wśród festiwalowej publiczności, więc nie było problemu by np. stuknąć się piwkiem.

Będziemy napierdalać” rzucił ze sceny (poprawną polszczyzną) Bronislav „Bruno” Kovařík, basista i wokalista Hypnos. Faktycznie Czesi jak obiecali, tak zrobili. Lubię ten ich death metal. Kiedy trzeba, jest gęsto, a jednocześnie Hypnos potrafi poczęstować także czymś melodyjnym i motorycznym. Jako pierwsi tego dnia zadbali także o sferę wizualną – po bokach dwa standy z grafiką nawiązującą do okładki The Whitecrow, ich ostatniego longplay’a z ubiegłego roku, słupy dymu, niezłe światła (mimo wczesnej pory było je dobrze widać dzięki pochmurnej pogodzie) i obowiązkowy headbanging. Niby nic takiego, ale dzięki temu Czechów nie tylko wybornie się słuchało, ale i oglądało z przyjemnością.

Azarath widziałem dotychczas kilkukrotnie i za każdym razem występowali w innym składzie. Nie było inaczej także tym razem. Na bębnach zaprezentował się etatowy zastępca Inferna, czyli Adam Sierżęga, z kolei na gitarze i za mikrofonem nowy nabytek, Marcin „Skullripper” Sienkiel. Potężne brzmienie pomogło Tczewianom w uzyskaniu wrażenia sonicznej anihilacji. Po takich ciosach jak At the Gates of Understanding , Supreme Reign of Tiamat, Baptized in Sperm of the Antichrist (z mojego ulubionego Diabolic Impious Evil poleciały łącznie cztery kompozycje), czy Christscum naprawdę trudno było dojść do siebie. Jednak do koncertu totalnego trochę zabrakło. Mam wrażenie, że wraz z odejściem Marka „Necrosodoma” Lechowskiego z grupy uleciał pierwiastek szaleństwa i nieprzewidywalności.

Po Azarath postanowiłem zrobić sobie przerwę na zapoznanie się z ofertą foodtrucków. Stąd byłem pewien, że występu The Haunted nie zobaczę w całości. Okazało się jednak, że na jedzenie czeka się krótko, więc udało mi się wciągnąć pysznego burgera z Kimchi i zameldować się pod sceną dokładnie w momencie, kiedy pojawili się na niej Szwedzi. O koncercie mogę powiedzieć jedno – jakie szczęście, że nie straciłem ani sekundy tego gigu! To co wyczyniają The Haunted jest czystym, pieprzonym szaleństwem. Marco Aro już w czasie pierwszego numeru zeskoczył ze sceny by wrzeszczeć swoje partie wraz z fanami w pierwszym rzędzie. Ten manewr powtarzał wielokrotnie, a po koncercie wszystkim przybijał piątki i dziękował. Szacun! Nie mogłem oczu oderwać od Adriana Erlandssona. Co ten koleś wyczyniał ze swoimi bębnami, to była poezja. Przyznaję, że nie przepadałem za jego grą w Cradle of Filth, średnio się według mnie sprawdzał w szybkich i gęstych partiach, ale do The Haunted pasuje idealnie – jest groove, moc i prostota, która wali prosto w ryj. A ja sam biję się w pierś, bo twórczość Szwedów dotychczas olewałem. Ostatnim albumem, który wrzucałem do odtwarzacza był One Kill Wonder sprzed… 15 lat! Po tym pełnym energii koncercie, w czasie którego głowa sama się machała, muszę przeprosić się z ich dyskografią. To jest jedna z zalet festiwali – zawsze trafisz na coś świetnego, na co do klubu byś się nie wybrał.

Za chwilę minie rok, od kiedy po świecie rozniosła się wieść, że członkowie Decapitated zostali aresztowani w Stanach Zjednoczonych za porwanie i gwałt. Po początkowych „heheszkach” okazało się, że sprawa jest poważna i, że Vogg wraz ze swoimi kompanami mogą spędzić za kratkami wiele lat. Dziś, dwanaście miesięcy później, sytuacja jest zgoła inna – zespół nadrabia stracony czas i ze spokojem na twarzy zabija dźwiękiem w czasie gigów. Widziałem ich dopiero co w Červeným Kostelcu podczas Metalgate Czech Death Fest i dokładnie taki sam występ dostałem teraz w Wałbrzychu – dopracowany, przemyślany, z klasowym nagłośnieniem i światłami, z setem nastawionym na dwie ostatnie płyty studyjne. Przyznaję, Decapitated to ścisła światowa czołówka. Ja jednak tęsknię za czasami, kiedy Wacław wolał grać czterdzieści dźwięków zamiast dwóch oraz kiedy było więcej szaleństwa i w muzyce, i na scenie.

Nie bardzo wiem, co mam napisać o występie Kata & Romana Kostrzewskiego. Dziennikarska rzetelność wymaga, by rzeczowo przybliżyć i ocenić koncert. Ja jednak nie jestem dziennikarzem, tylko fanem, który miłość do muzyki Kata wyssał z mlekiem matki. Trudno mi więc ze spokojem patrzeć jak nisko upadła ta legenda. Nie smakuje mi już ten kotlet, bo Roman z Irkiem Lothem odgrzewają go już od kilkunastu lat.

Festiwal zwieńczył występ Mord`A`Stigmata. Było wpół do pierwszej w nocy, pod sceną hulał wiatr (tylko nieliczni fani zostali po gigu Kata), a zespół postanowił zacząć swój koncert sennie, by nie rzec usypiająco. Nie było więc łatwo poczuć energię płynącą ze sceny. Dodam jednak, że występ Mordy był chyba najlepiej nagłośniony i oświetlony tego dnia. Jako, że zmęczenie po 9 godzinach koncertów dawało o sobie znać, drugą połowę koncertu postanowiłem spędzić na leżaku odpływając. Bądź co bądź nowe oblicze muzyczne Statica i jego kolegów nadaje się na takie tripy idealnie.

Wraz z ostatnimi nutami Mord`A`Stigmaty trzecia, dodam że udana, edycja festiwalu Metal Mine przeszła do historii. Organizatorzy zapowiedzieli że czwarta odsłona będzie mieć miejsce 24. sierpnia 2019 roku. Zapisujcie tę datę w kalendarzu i wpadajcie wtedy do Wałbrzycha, naprawdę warto.

Foto: Monika Wawrzyniak

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , .